WOŁOMIN (mieszkanie Korolów)

 

Antoni Marianowicz

JA/ONI, VI A

„Dowiedziałem się, że jest pokój u niejakiej Korolowej, egzaltowanej starszej damy, wdowy po kasjerze kolejowym pochodzenia rosyjskiego czy ukraińskiego. Mieszkała tam jeszcze jej bardzo zgrzybiała matka i dwudziestoparoletni syn Sergiusz Korol. […] Korolowie mieszkali na pierwszym piętrze starego domu, w długim lokalu w amfiladzie, o dwóch wejściach. Ja miałem przechodni pokój. Było też coś w rodzaju łazienki, ale bez kanalizacji. Stała tam miska z wodą, którą przynosił Sergiusz. Stanowił to jego jedyne zajęcie – nikt z tych Rosjan, ale to dosłownie nikt, nie pracował. Żyli chyba tylko z wynajmowania pokoi. Korolowie żądali za pokój dość dużo – dla mnie to było nic, ale o tym nie musieli wiedzieć”. (s. 134)

„Na przykład w domu Korolów. Wyobraź sobie, że Sergiusz pisywał wiersze. Nie miał kultury literackiej ani warsztatu, ale nie był pozbawiony pewnych zdolności. Uważał mnie za wyrocznię, opowiadałem mu więc o poetach Skamandra i o awangardzie, a przede wszystkim poprawiałem jego teksty i z tego powodu byłem mu wręcz niezbędny. Odbił nawet na powielaczu tomik wierszy, prywatny druk, który rozprowadzał wśród znajomych. Zapamiętałem jedną frazę, która miała w sobie pewną siłę poetycką: „Golibroda z czarcim wąsem w brudnej szybie ujrzał dzień…” Pozostało to w mojej podświadomości do tego stopnia, że zatytułowałem jedną z moich książek właśnie Golibroda z czarcim wąsem”. (s, 144)

„Kiedyś leżeliśmy z Helenką w łóżku i ona, mając dobry wzrok, zauważyła nagle coś dziwnego na piecu. Weszła na krzesło i zdjęła przedmiot, który miał ewidentnie kształt aparatu podsłuchowego. Akurat nikogo nie było w domu, więc poszliśmy za przewodem, którego koniec zwieńczony słuchawką znaleźliśmy na biurku Sergiusza. […] zaczekałem na Sergiusza. Długo nie wracał co pozwoliło mi na dokładne przemyślenie sprawy. Oświadczyłem mu, że pora zagrać w otwarte karty. Mam świadomość, że on wie o mnie dużo – o wiele za dużo. I pokazałem aparat. […] Powiedziałem mu, że po odkryciu aparatu zawiadomiłem moich przyjaciół w Warszawie i, jeśli spadnie mi włos z głowy, będą wiedzieli, kto jest za to odpowiedzialny. Wtedy Sergiusz zmienił taktykę i dał mi najświętsze słowo honoru, że nic nie zrobi, że mnie nie wyda i że mogę traktować go jak przyjaciela. Wyciągnął rękę. Wyczułem, że mówi szczerze i zostałem. On rzeczywiście nie złamał przyrzeczenia, ale był w tym dodatkowy element grozy”. (s. 147)

Bibliografia

– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.