Róg ulic CHŁODNA – ŻELAZNA (wacha)
Basia Temkin-Bermanowa
JA, II B (15.08.1941)
„A[dolf] zdecydował się podwieźć nas na Pragę, bojąc się dla nas jakichś szykan. Jedziemy nareszcie. Przybywamy na „rogatkę” przy Chłodnej i Żelaznej. Żandarm sprawdza przepustki, wszystko w porządku, przepuszcza, a tu jakiś policaj granatowy zaczyna mu coś łamanym językiem na nas wygadywać, że za dużo osób czy coś w tym rodzaju. Nie dają jechać. Zbliża się tymczasem na rowerze żandarm kontrolny. Ale jednak wszystko jest w porządku. W międzyczasie, oczywista, denerwujemy się. Żandarm mówi: – Aber warum schrecken Sie! Wreszcie macha ręką: Jazda!” (s. 32)
ONI, III
„Ocalał on [Bencjon Fiks, mały brat Julii – dop. B.K.] w cudowny sposób dzięki temu, że – zabrany wraz ze starszą siostrą pielęgniarką ze szpitala – uciekł w ostatniej chwili z szeregu, poleciał na wachę przy Chłodnej, wypatrzył moment, gdy żandarm zagapił się na jadący wóz, i smyrgnął na drugą stronę. Mały berbeć trafił jakoś do babci [Zofia Kalotowa – siostra znajomej dozorczyni jego rodziców, mieszkająca na Kruczej –B.K.], obiecał jej, że będzie płacić, gdy zarobi handlem, i dobra kobieta przyjęła go.” (s. 179-180)
Władysław Szpilman
JA, II A
„Każdego ranka wychodziłem z domu zazwyczaj od razu po śniadaniu. Do codziennego rytuału zaliczał się długi spacer na ulice. Miłą, do ciemnej, ponurej dziury, w której mieszkał Jehuda Zyskind wraz ze swoją rodziną. Wyjście z domu – coś pozornie bardzo zwykłego – w warunkach getta, a szczególnie w czasach ulicznych łapanek, urastało do rangi prawdziwego wydarzenia. Wpierw należało odwiedzić niektórych sąsiadów, wysłuchać ich skarg i narzekań, a przy okazji dowiedzieć się, jaka sytuacja panuje dziś w mieście: co z łapankami, czy słyszeli coś o obławach i co dzieje się przy strażnicy na Chłodnej. Dopiero potem można było odważyć się wyjść z domu, lecz i na ulicy trzeba było być czujnym: co krok zatrzymywaliśmy nadchodzących z przeciwka przechodniów, by uzyskać kolejne informacje o panującej sytuacji. I tylko tak zabezpieczony marsz dawał jakąś gwarancję, że uniknie się łapanki.” (s. 50-51)
ONI/JA, II A
„Getto dzieliło się na małe i duże. Małe getto, zawarte pomiędzy ulicami Wielką, Sienną, Żelazną i Chłodną, miało po ostatnim zmniejszeniu tylko jedno połączenie z dużym: przy zbiegu Chłodnej i Żelaznej. Duże getto obejmowało całą północną część Warszawy z mnóstwem małych, cuchnących uliczek i zaułków, które roiły się od biedoty żydowskiej, gnieżdżącej się w nędzy, brudzie i ciasnocie. W małym getcie panowała również ciasnota, nie wykraczała ona jednak poza granice zdrowego rozsądku. W pokoju mieszkały trzy, co najwyżej cztery osoby, a ulicami, przy odrobinie uwagi, można było przejść bez ocierania się o innych ludzi. A nawet jeśliby się to zdarzyło, to nie wynikało z tego żadne niebezpieczeństwo; w małym getcie żyły w przeważającej części inteligencja oraz zamożne mieszczaństwo, stosunkowo mało zawszone, nie roznoszące insektów, które niechybnie łapało się w dużym getcie. Koszmar rozpoczynał się, gdy pozostawiało się za sobą ulice. Chłodną, ale by ją przekroczyć, trzeba było mieć sporo szczęścia i wyczucie sytuacji.” (s. 51)
ONI/JA, II B
„Ulica Chłodna należała w całości do „aryjskiej” części miasta. Panował na niej ożywiony ruch samochodów, tramwajów i pieszych. Przepuszczanie ludności żydowskiej ulicą Żelazną, z getta małego do dużego lub w kierunku odwrotnym, wymagało zatrzymywania ruchu na Chłodnej. Było to niewygodne dla Niemców i dlatego na przejście zezwalano Żydom jak najrzadziej. Gdy szedłem Żelazną, już z daleka widziałem tłum ludzi na rogu Chłodnej. Spieszący się w interesach przestępowali nerwowo z nogi na nogę w oczekiwaniu na litość żandarma, w którego gestii leżała decyzja, czy tłum na Żelaznej był już wystarczająco gęsty, by otworzyć przejście. Gdy taki moment nadchodził, wartownicy rozstępowali się i zniecierpliwiona masa ludzi napierała z obu stron, obijając się, przewracając i nawzajem depcząc, by jak najszybciej oddalić się od niebezpiecznego sąsiedztwa Niemców i rozpierzchnąć w uliczkach obu części getta. Potem ponownie zamykał się szpaler wartowników i rozpoczynało się nerwowe, pełne niepokoju i strachu wyczekiwanie.” (s. 50-51)
Stanisław Gombiński
ONI, II D
„Ale trzeba coś zrobić, by ułatwić Żydom ich egzystencję w getcie. Więc zjawia się most na Chłodnej. Wzdłuż ścieków ciągną się obustronnie mury. Domy i chodniki – żydowskie, jezdnia – aryjska. Na skrzyżowaniu z Żelazną – ruchoma brama żelazna, kołowrotki. Co kilka minut zamyka się ruch aryjski wzdłuż Chłodnej, puszcza się ruch żydowski, przecinający Chłodną, biegnący wzdłuż Żelaznej. Opodal wyrasta most drewniany, utrudniający stały ruch pieszych z jednej strony Chłodnej na drugą. Na wysokość drugiego piętra wiodą schody, po czem kładka nad jezdnią „aryjską” prowadzi na drugą stronę ulicy. Tysiące nóg w spiesznym pochodzie depczą go co dzień, co godzina. Tysiące głów zwieszonych na chwilę podnosi się, przelotnym muśnięciem oka pozdrawia panoramę Chłodnej i Wolskiej, Hale i Ogród Saski, drapacz chmur na pl. Napoleona, basztę Cedergrenu na Zielnej [chodzi o tzw. budynek PAST-y przy Zielnej 37], krzyże kościołów i linię dalekiej Wisły. Rzucają okiem i z westchnieniem opada głowa. To most ghetta – Ponte dei Sospiri, Most Westchnień.” (s. 54-55)
Ludwik Hirszfeld
„Mała dziewczynka próbuje przecisnąć się przez wachę, żołnierz woła ją do siebie i zdejmuje powoli karabin. Dziecko obejmuje jego but, błagając o litość. Żołnierz uśmiecha się i mówi: <Nie umrzesz, odechce ci się tylko szmuglu>. I strzela w obie nóżki. Małe nożyny dziecka strzaskane. Trzeba je amputować Rzeczywiście, nie będzie się więcej zajmowała szmuglem. Albo inna scena: żołnierz każe dziecku iść przed siebie i celuje. Dziecko zawraca, klęka i prosi o darowanie mu życia. Żołnierz znów każe iść i strzałem w plecy zabija małe dziecko. Albo też poprzez drut kolczasty Żyd kupił gazetę od chłopca z dzielnicy aryjskiej. Kupowanie w tej dzielnicy jest Żydom wzbronione. To przestępstwo zasługuje na karę śmierci. Pada strzał i już po Żydzie. W tej chwili przybiega mały piesek. Niemcy lubią zwierzęta. Zabójca schyla się i głaszcze pieska. Działo się to na ulicy Chłodnej w Warszawie, w dwudziestym wieku po narodzeniu Chrystusa.” (s. 305)
Henryk Makower
„Róg Żelaznej i Chłodnej. W pierwotnych granicach getta Chłodna do Elektoralnej była w dzielnicy <aryjskiej>, do Wroniej zaś – w żydowskiej. Żelazna stanowiła cienkie pasemko, łączące małe getto z dużym. Tłumy ludzi przelewały się przez nią stale.[…] Ruch w kierunku południowo-północnym był więc olbrzymi, natomiast zupełnie cicho w kierunku wschodnio-zachodnim. Przez ten kawałek Chłodnej znajdujący się w getcie oprócz tramwajów mogły przejeżdżać wozy i riksze, ale przechodzić wolno było tylko ludziom mającym przepustki.” (s. 173)
Adam Czerniaków
ONI, II D
„Wieczorem (II-gi dzień przedłużonej godziny policyjnej) zatrzymano ryksze i nie przepuszczono ich pod mostem na rogu Chłodnej i Żelaznej.” (s. 301)
Emanuel Ringelblum
ONI, II A
„Na rogu Chłodnej i Żelaznej ćwiczenia gimnastyczne z kamieniami lub cegłami dla tych, którzy spóźnili się zbytnio ze zdjęciem czapki. Starszym Żydom również każą robić przysiady. Rozrzucają skrawki papieru i każą zebrać je z błota, a schylających się kopią. Na polskich ulicach każą Żydom położyć się na ziemi i przechodzą przez ludzi.” (t. 29: s. 167)
„Scenka: na rogu Chłodnej i Żelaznej żydowska rodzina żegna się z polską. Całują się, machają do siebie, przypominają: ‘Przyjdź w przyszłym tygodniu’.” (t. 29: s. 167)
„Piekło przy zbiegu Chłodnej i Żelaznej trwa w dalszym ciągu. Każą całym grupom naraz bardzo szybko przejść, pędzą jak psy. Wyciągają ludzi nawet z dorożek.” (t. 29: s. 169)
„Aby ominąć skrzyżowanie Żelaznej i Chłodnej, schodzi się daleko w głąb Chłodnej i stamtąd przez Chłodną 29 wychodzi się na Krochmalną. Dowiedzieli się o tym i zamurowali przejście przez to podwórze.” (t. 29: s. 170)
„’Dardanelami’ nazywają Żydzi przejście przez Chłodną-Żelazną.” (t. 29: s. 176)
„Tydzień temu w upalne dni na Żelaznej-Chłodnej policjant kazał mężczyźnie uklęknąć i go obsikał.” (t. 29: s. 177)
„Dziś, 10 grudnia [1940] z rana, na Chłodnej-Żelaznej zabierano ludziom worki z chlebem, tłuszczem itp. na skutek donosu policjanta polskiego, który twierdził, że jest to szmugiel. Później przyszli żydowscy policjanci i oświadczyli, że Żydzi ci szli ulicami żydowskimi. Ostatecznie rozdani ten chleb biedakom.” (t. 29: s. 181)
„Obok ‘Dardaneli’ przeszło całe żydowskie towarzystwo. Wszyscy zdjęli czapki z wyjątkiem dziesięcioletniego chłopca. Był z tego bardzo dumny.” (t. 29: s. 184)
„Przy granicy Chłodnej i Żelaznej Niemiec powiedział policjantowi żydowskiemu: ‘Du weisst, unser Kamerad ist schon ganz kaputt’. Żyd boi się odezwać i wzrusza ramionami, Niemiec widzi to i mówi: ‘Rozumiesz chyba, że mam na myśli Włochów, oni nigdy nie byli dobrymi żołnierzami’. Po kilku minutach znowu się odzywa: ‘Gdybym był Żydem, popełniłbym samobójstwo. Nie ścierpiałbym takiego poniżenia, na jakie wystawieni są Żydzi’. Policjant nie mógł już dłużej milczeć i odparł: ‘Żydzi są starym narodem i wiele już znieśli’. Niemiec powiedział: ‘Du hast Recht’. Rozmowa ta wcale jednak nie przeszkadzała Niemcowi zatrzymywać Żydów, którym kazał wykonywać ćwiczenia gimnastyczne z cegłami w rękach.” (t. 29: s. 190)
JA, II
„Raz widziałem na rogu Żelaznej i Chłodnej może 6-letniego chłopaka, któremu żandarm zabrał szmuglowany towar. Chłopak zanosił się od płaczu i pomimo razów, które spadały na jego młode barki, wracał wciąż do budki wartowniczej, gdzie spoczywał jego skarb, zakupiony może za ostatnie grosze. Gawiedź aryjska, zebrano po drugiej stronie wylotu, obserwowała z zadowoleniem walkę żandarma z chłopakiem żydowskim. Śmiech łobuzerii ulicznej dodawał żandarmowi otuchy do coraz energiczniejszego odpędzania chłopaka. Mając wszystkich przeciwko sobie: żandarma, policję mundurową, tłum aryjski, nawet Żydowską Służbę Porządkową, chłopak nie rezygnował jednak i wciąż ponawiał swe wysiłki odzyskania zabranego towaru. Przez dłuższą chwilę obserwowałem tę nierówną walkę i widziałem w tym energię i hart woli masy żydowskiej, która z uporem i wytrwałością staje w obronie swych praw, nawet wtedy, kiedy wie, że zbytnia natarczywość może jej przynieść kulkę w głowę.” (t. 29a: s. 75)
Mary Berg
JA, II A
25.XII.40’: „Droga z „małego” do „dużego getta” zaczyna się na rogu Chłodnej i Żelaznej. Jedynie jezdnia odgrodzona po obu stronach murami od reszty ulicy Chłodnej jest uważana za część getta. W połowie ulicy znajduje się wyjście na Żelazną. Jest ono szczególnie uważnie pilnowane przez niemieckiego żandarma z bronią maszynową oraz dwóch policjantów: żydowskiego i polskiego” (s. 95-96)
Irena Birnbaum
JA/ONI, II D (marzec 1942)
„Cmentarz żydowski położony był po drugiej stronie getta i można było dostać się do niego jedynym tramwajem, jaki kursował. Pierwszy przystanek znajdował się na rogu Chłodnej i Żelaznej. Dzięki specjalnej mentalności okupanta obydwa chodniki ulicy Chłodnej należały do getta, a jezdnia – do Warszawy aryjskiej. Żeby przejść przez ulicę, trzeba było więc najpierw wspiąć się na most, a później zejść z piętra na dół. Niedaleko stamtąd, na rogu Żelaznej, czekał jednowagonowy tramwaj, noszący tarczę Dawida, zamiast numeru.” (s. 14)
JA/ONI, III A (23 lipca 1942)
„Szłam właśnie do fabryki „Marcel”, do mojego ojca, gdy na rogu Chłodnej i Żelaznej spotkałam radcę Poznańskiego.” (s. 58)
Bogdan Wojdowski
II, F
„Tam, przed wachą, był cyrk pod golym niebem, czynny cały dzień. Arena otwarta pośrodku miasta, gdzie schwytani przechodnie odbywali kary, zgodnie z fantazją zmieniających się wart. Starcy w czarnych chałatach raczkowali po śniegu i błocie, a wypięte zadki obdzielał kopniakami ochoczy, młody strażnik. Z anielsko cierpliwym uśmiechem na twarzy, trzymając w pogotowiu broń, obchodził uważnie szeregi, bił, uczył porządku i poprawiał błędy. Pokracznymi, żabimi susami uciekali przed nim, sapiąc. Padali w błoto i zastygali z rozrzuconymi nogami. Inni na rozkaz zawodzili psalmy i słowa modlitwy niosły się ulicą. Składali trzęsące się palce i wyciągali w górę, wznosząc oczy ku niebu, mrużąc je lękliwie, kiedy ręka żandarma targała kosmyk brody. Wzbudzało to uznanie i wybuchy szalonego śmiechu zatrzymujących się na ten widok patroli.
Krwaworączka stal z boku i wskazu jąc młodego strażnika wołał do nich raźno:
– Kraft durch Freude!
– Jawohl.
Jarmułki leżały w biocie. Żydzi leżeli w błocie, a jakiś chłopak nakłoniony energicznie przez strażnika usiłował bez skutku stanąć na rękach. Padał, obrywał po twarzy za niedołęstwo i znów fikał nogami w powietrzu. A tymczasem starcy czołgali się po mokrych kamieniach wzdłuż rynsztoka, zrzuciwszy na komendę okrycia i buty; w obawie przed kopniakiem potulnie zanurzać musieli brody w śniegu, kiedy strażnik pochylał się nad nimi i ostrzegawczo potrząsał bronią. Krwaworączka dał nowy rozkaz i wszyscy zerwali się z miejsca.
Westchnienia uciekały w powietrze białymi smugami. Sine, stulone dłonie błądziły niespokojnie. Drżały, przyciśnięte do piersi. Przemoczone kosmyki włosów zakrywały twarze, a oni, rozciągnięci w bezładnym szeregu, zastygli w oczekiwaniu na komendę, połączeni wspólnym dygotem. Niegłośny szept przelatywał między nimi, kiedy powtarzali słowa modlitwy
[…]
Ojciec ogarnął długim spojrzeniem mur, wachę róg Żelaznej i Chłodnej, którą należało starannie omijać w takie dni,, ogarnął spojrzeniem cyrk żandarmski i schwytanych Żydów, którzy wiedząc, że nikt nie pospieszy im z pomocą, z rezygnacją wili się na bruku, usiłując zachować należytą odległość od butów strażnika; ogarnął spojrzeniem tablice ostrzegawcze, których przybyło ostatnio na tym odcinku, i wylepione wzdłuż muru bliźniacze afisze, afisze strzegące niemo bezpieczeństwa obywateli GG-JUDENVIERTEL REVIER IST GESPERRT EINTRITT VERBOTEN, już po tamtej stronie; ogarnął spojrzeniem opustoszały teraz most, chybotliwe rusztowanie z desek ociekające błotem, którędy nie odważył się nikt przejść w takie godziny-a potem przyciągnął Dawida krótkim ruchem ręki położonej na ramieniu, na szyi, i to zimne dotknięcie kazało mu wstrzymać oddech”. (s. 62-63)
II, F
„W zgiełku pojazdów otwiera się szeroko brama ustawiona w poprzek ulicy, żeliwna kratownica pochlapana minią, aby nie zżarła jej rdza. OD-mani na komendę, biegiem wprawiają w ruch i uchylają ciężkie wrota. Kiedy kratownica zamyka Żelazną, po tej stronie ruch ustaje i ulicą Chłodną sunie tramwaj, zwalniając biegu pod drewnianym mostem, a kiedy kratownica zamyka Chłodną, po tamtej stronie ruch ustaje i ulicą Żelazną pędzą wózki, riksze pchane przez tragarzy i spieszeni pasażerowie. Takie jest prawo, że kulisi mają biec razem z pasażerami obok roweru na tym odcinku. Można się zgubić w tłumie hałaśliwie pertraktujących przez ulicę szmuglerów, którzy dają sobie znaki za plecami wart; można się zgubić w krzyku gorliwych policjantów, w komendach żandarmów czujnie wypatrujących ofiar, którzy przepuszczają i wstrzymują jednym skinieniem przechodniów z przepustkami, rewidują kolumny maszerujących tędy do pracy pod konwojem. Tutaj, u wylotu strzeżonej ulicy, każdy krok może być twoim ostatnim krokiem, Żydzie.
Żydów pilnują żółci, żółtych pilnują granatowi, granatowych pilnują żandarmi, żandarmów pilnuje SS, SS pilnuje Gestapo, a na samej górze pilnuje wszystkich Heinrich Himmler i sarn składa raport Führerowi, że nikomu dzisiaj nie uda się uciec zza muru. Żaden żydowski chłopak nie przebiegnie z workiem na tamtą stronę, mein Führer, wykluczone! Wächter, Krwaworączka, który trzyma teraz straż na skrzyżowaniu Żelaznej i Chłodnej, strzela bez uprzedzenia. Tamten, który stoi na posterunku przed południem, strzela w powietrze. Strzelanie w niebo to zajęcie zdrajców. Niemcy dawno zrobiliby porządek, gdyby nie marnowano naboi… A kiedy mróz? A kiedy mróz, mein Führer, niemiecki żołnierz strzela w rękawiczkach, według rozkazu. Ah so, selbstverstendlich. Wobec tego zmienić porządek wart. Odtąd ten strażnik będzie stal przed południem, a tamten po południu. Rozkaz, ale jak ich poznać, kiedy twarze w tych żelaznych garnkach wyglądają zawsze tak samo. Tak strzelają, strzelają cały dzień bez wytchnienia i ręka ich nie zaboli?” (s. 155)
II, F
„Sczerniały Chaim biegł z zamkniętymi oczami, prosto na wachę, nie zdjąwszy nawet opaski z ramienia. Łopotały podarte gałgany, kiedy posuwał się ten cień. Stopy omotane strzępami koca cicho stąpały po błocie, cicho i miękko, a czarna mordka sunęła w kierunku Wächtera, który w popłochu cofał się przed zmorą w łachmanach. Po pierwszym strzale zatrzymał się Chaim pośrodku jezdni i otworzył oczy. Stał, nie uciekał i tylko wyciągał szyję, patrząc tępym i upartym spojrzeniem na Niemca. Po drugim strzale zaczął przebierać palcami w powietrzu. Słaniał się z uniesioną głową, uchylonymi ustami, niemo, bez krzyku, jakby pragnął tylko zaczerpnąć tchu. Krwaworączka cofał się i strzelał, raz za razem. A potem zmienił magazynek”. (s. 156)
II, F
„Grudniowe niebo nad miastem wisiało ciężko jak dym. Stał bezradnie do zmierzchu przed strzeżonym wylotem ulicy i trawił swój strach, niecierpliwość, gorzką zgryzotę. Jeszcze raz Wächter wygarnął w tłum gromadzących się uparcie Żydów. Wszyscy w popłochu uciekli do najbliższej bramy, więc i Dawid pobiegł za innymi, aby skryć się, a trafiony tragarz z Solnej szedł obok i oddalał się wolno, stękając jak źle zaszlachtowany wół, chwiejąc się na miękkich nogach. Buty zostawiały za nim na chodniku mokry ślad. Odwrócił się i z daleka wyciągnął ku Niemcom wielkie, mokre, czerwone ręce. Wołał:
– Aron Jajeczny, Solna dwanaście! Żydzi, zawołajcie moją…”. (s. 158)
II, F
„Przed nim, w zapadającym zmierzchu, rozciągało się strzeżone miasto i bezładny zgiełk sączył się do uszu. Krzyk żebraków płoszył konie i omnibus utknął w rozległym tłumie, który wlókł się ulicą Żelazną i dalej, jak wezbrana fala wstępował na drewniany most, a długa kolumna kulisów przy bezczynnych rikszach z ociąganiem rozpraszała się w mroku przyległych zaułków. W głębi na ulicy Chłodnej, obwiedziony z dwóch stron murami żydowskiej dzielnicy, wznosił się na skwerze białymasyw kościoła Św. Karola; w grzmiącej muzyce organów, w chórze gniewnej modlitwy, która runęła z nagła w noc, rozjarzyły się płomyki świec-na krótko i zgasły, kiedy zamknięto drzwi. Strzeżony wylot ulicy tonął w sinym świetle latarni i te ochronne barwy przypominały, że ciemniejące niebo ponad miastem przeszyte jest we wszystkich kierunkach torami, po których maszyny jeszcze nie nadciągnęły; uwięzione w sieci smug szybkich i zwinnych reflektorów, które jeszcze nie zabłysły; wydrążone świetlistymi snopami ekrazytowych pocisków, które niemo spoczywały w komorach broni przeciwlotniczej. Była noc i cisza pod niebem, ale syreny, w każdej chwili garowe odezwać się rykiem tysiąca tub, zainstalowane w swoich gniazdach pod dachami, czekały tylko na znak. Burzliwa muzyka organów, niejasne słowa gromadnej modlitwy obudziły niepokój całego dnia, rozgoryczenie, któremu teraz poddał się już biernie i z ulgą. Wezbrany smutek, tęsknota, ale za czym-nie wiedział, obmyły mocnym strumieniem jego bezsilną niecierpliwość. Stał w miejscu zaciskając pięści aż do bólu i sam wybaczył sobie strach, swą hańbę. Już późno, trzeba wracać. Niechętnie myślał o tym, że przyjdzie tutaj jutro. Zimny wiatr owiał wychudzone ciało, przejął do kości, pokierował jego krokami, kiedy po całym dniu beznadziejnego czuwania przed wachą wracał do kamienicy. Wspomnienie domu, gdzie syczy nad stołem zielony płomyk karbidu i barwi trupim światłem twarze bliskich, przepełniło go niewysłowionym ciepłem, otuchą i zawstydzone serce tchórza zabiło z radości”. (s. 159)
II, F
„Nazajutrz, równo z upływem godziny policyjnej, znów zgromadził się przed wachą tłum. Żydzi mówili szeptem.
-Ten tragarz z Solnej, co wczoraj oberwał w czapę, już stąd zabrany?
-Zabrany, zabrany. Była jego stara i wachman w drodze wyjątku pozwolił zabrać jeszcze ciepłego z ulicy.
-Ciepłego? Jakiś litościwy wachman, ma serce. Przeważnie zabraniają. Zastrzelony, to niech leży.
-To niech leży zimny trup na postrach. Kto urodził się Żydem, ma umierać Żydem.
-Tak, tak, święta prawda… A jak go zabrała? Ta mizerna, licha kobiecina?
-O wa, wózkiem.
-Wózkiem?
-Wózkiem podjechała, wózkiem go zabrała.
-Nigdy w to nie uwierzę. Jak mogła sama jedna poradzić? Jajeczny chłop jak dąb.
-O wa, z synem była, syn poradził. Jeździ rikszą pomieście, nie wiesz czasem?
-To Jajeczny ma syna? Aron ma syna? Nie wiedziałem”. (s. 160)
II, F
„Ranna mgła snuła się nisko nad ulicą, zamotała druty, ociężale sunęła ponad murem. Wlokła się jak natrętny żebrak przez wachę. Było szaro i pusto, ociągający się dzień wstawał w mdłym świetle gazowych lamp. Zamiatacz uliczny kaszląc cicho podtoczył swój ciężar w ich stronę i jakiś Żyd wyjął z blaszanego pudła na śmiecie paczkę owiniętą papierem i natychmiast się oddalił. Żandarm udał, że nie widzi, z upodobaniem przyglądał się rozniecaniu ognia. Z pogrzebaczem i szczypcami zbliżył się zamiatacz do posterunku, rozgarnął śmiało tlejące węgle, potrząsnął oburącz koszem i koks począł dymić potrzaskując głośno. Strażnik zatarł ręce, przyjaźnie poklepał zamiatacza po ramieniu […].
Stojąc w tlumie wyrostków Dawid gorzko rozpamiętuje poniżenie darowanego życia. Wciska się głębiej w bezładną zbieraninę matczynych chustek, szalików i sweterków, przydługich ojcowskich kapot, lecących z nóg kamaszy, które rozjeżdżają się na oblodzonych flizach chodnika. Kaszkiety opadają nisko na nos, ciepłe oddechy unoszą się w powietrzu, oczy błyszczą dziwną otuchą czy gorączką, a spodnie wloką po ziemi. Będą sterczeć razem, zbici w jedno stado, z woreczkami na chleb i kartofle, oczekiwać cierpliwie tej chwili, kiedy Wächter wspaniałomyślnie machnie ręką i zezwoli wybiec im za mur, rozproszyć się po okolicznych sklepikach. Będą czekać, przytupywać obcasami na mrozie, zabijać dla rozgrzewki ręce”. (s. 160-161)
II, F
„Żandarm pokrzykiwał ochoczo i bez gniewu, granatowy szarpał gorliwie każdego Żyda, który się zbliżał bez przepustki wyciągniętej wysoko w górę, żółty machał pod nosem pałką. A jemu pot ściekał ze strachu po rękach, żebrach i w napięciu nogi drżały bez ustanku, nie mógł tego powstrzymać. Odchodził, biegł do ruin dla rozgrzewki, wracał z powrotem, by wcisnąć się pomiędzy innych. Ale co się tam znów dzieje? Tłum wyrostków z pochylonymi nisko głowami posuwa się bez słowa do przodu, zwiera ciasno ramię przy ramieniu, przyspiesza, zagarnia wszystkich na swej drodze i jednym wielkim nierozerwanym kłębem przetacza w milczeniu obok wart, które trochę za późno podnoszą wrzaik: ,,Halt! Halt! Zurück!” i Dawid z ulgą czując, jak porywa go i bez przeszkód niesie zwarta ciżba, widzi w biegu wykrzywione twarze granatowych i żółtych, mijanych bezkarnie w zamęcie i zgiełku, którzy niedołężnie uwijają się dokoła tłumu, krążą przykuci do posterunku, szarpiąc łachy na przebiegających, ciskając bezsilnie palkami, widzi przez mgnienie żandarma, który w popłochu uskoczył na krawężnik przed nadbiegającymi, a potem próbuje nerwowo złożyć się do strzału, ale to trwa, zamek stawia opór, odrzucona rękawica leci wreszcie na ziemię i-już był po tamtej stronie, kiedy padł pierwszy strzał. Banda rozproszyła się w okamgnieniu, a on nie oglądając się pobiegł przed siebie wśród ludzi nieoznakowanych i pierwszą jego myślą było zdziwienie, że nie dostrzega na ramionach białych opasek”. (s. 162-163)
III A, F
„Huczał zewsząd klaksony, kiedy nabite ludźmi ciężarówki skręcały za róg i pędem mijały wachę na Chłodnej. Żółty biegiem otwierał przejazd, rozpłaszczony puszczał ciężarówki obok siebie, wciągając brzuch, a wozy zwalniały i kurzyły smugą spalin”. (s. 303)
III A, F
„Budy stały na ulicy i zaganiano do nich starych, niedołężnych, dzieciarnię, a ci, co szli bez oporu, ustawieni w kolumnie czekali cierpliwie na otwarcie przejazdu, zapełniając zbitym tłumem cały ten odcinek od wylotu Krochmalnej do Chłodnej”. (s. 311)
III A, F
„-Draka, panowie! Krwaworączka prowadzi chałaciarzy z Ciepłej. Zaraz będzie uroczyste nabożeństwo.
-Który ich nakrył?
-Wściekły Pies! Urządzili sobie chałaciarze kryjówkę w bóżnicy u Icka. Dwa dni i dwie noce modlili się do upadłego.
– Oho, postój tu za mnie. Niech ja sobie raz w życiu popatrzę.
Pędzili ich Żelazną wzdłuż muru do wachy. Grupkami gromadzili się policjanci na trasie, wyciągali szyje, a jakiś żandarm stał z papierosem na balkonie i stamtąd oglądał procesję. Na przedzie reb Icchok, twarz podawszy do przodu, jakby nadsłuchiwał czegoś z trudem, szedł nie odrywając stóp od ziemi, cały w czerni. Miał na sobie sobotni chałat i miękkie kamasze. Szurał kamaszami, pociągał za sobą nogami. Usta poruszały się lekko i coś bezustannie szeptały. Słychać było śmiechy. Niemiec wyszedł z bramy, w dwóch palcach trzymając daleko od siebie, z obrzydzeniem, wielki tałes. Krzyknął i rzucił ten tałes starcowi w twarz. Reb Icchok chwycił szatę i szedł dalej, a szata wlokła się po ziemi. Później inny cisnął modlitewnik, który uderzył go w plecy i upadł.
-Halt!
Zatrzymali się i Krwaworączka szedł między nimi aż do miejsca, gdzie stanął reb Icchok; rozkazał mu podnieść modlitewnik i skinieniem nakłaniał do modlitwy. Krwaworączka miał szeroki uśmiech na ociekającej potem twarzy. Padła głośna komenda i reb Icchok ruszył przed siebie. Prawą dłonią przyciskał do serca Pismo, lewą zebrał obfite fałdy tałesu.
Za nim ciasno tłoczyli się starcy. Ich spojrzenia omijały rozkrzyczanych, roześmianych konwojentów. Pomykali chłopcy z rozwianymi pejsami, spiesząc za starymi. Trzech wyrostków szło podtrzymując się wzajemnie, głowa przy głowie w maleńkich czarnych jarmułkach. Ciągnęło rzemieślnicze bractwo z zaułków Wroniej, Pańskiej, Łuckiej i Śliskiej. Żydzi gromadzący się co sobota w bóżniczce reb Icchoka-garbarze, kuśnierze, cholewkarze, łaciarze, handlarze starzyzną, druciarze, blacharze, tragarze, furmani-spędzili ostatnie dni na modlitwie za ścianą zatrzaśniętej na głucho kryjówki, w żółtym blasku świec, a wypędzeni stamtąd tłumnie na ulice mrużyli oczy w słońcu lipcowego dnia, skupieni w trwożne stado, ogłuszeni krzykiem, hałaśliwym śmiechem żandarmów i policji zgromadzonej wzdłuż muru. Wyrwani z modlitwy, wygłodzeni postem, słaniali się na nogach. Już posterunki koło wachy z daleka wymachiwały karabinami, a starcy szli w zupełnym milczeniu. Szli jak duchy. Tłumek na Krochmalnej, otoczony konwojem, sięgał aż do skrzyżowania, ale ulica Żelazna, wąska, przedzielona murem w połowie, była tego popołudnia oczyszczona strzałami
Padła komenda:
-Do modlitwy!
Reb lcchok milczał. W szeregach wszczął się szmer, szepty. Popatrywali na siebie, na kapłana. A on szedł dalej nie zwalniając kroku, z modlitewnikiem sztywno wyciągniętym przed sobą. Poprawił tałes na ramionach, podciągnął wyżej, pochylił się do przodu, zgarbił i można było przypuszczać, że modli się w marszu […].
Reb Icchak w milczeniu uniósł rękę do gardła.
Frunęły czapki, kapelusze z głów. Umundurowani młodzieńcy reperowali broń, a stado czarnych jarmułek wzbiło się w powietrze. Jakiś Żyd upadł razem z czapką na ziemię; widocznie za mocno wcisnął ją sobie na uszy. Niemcy znów zarepetowali karabiny, cisza uczyniła się zupełna, a Żydzi stali z obnażonymi głowami, stłoczeni, bladzi.
Reb Icchak zaczął:
-Szema Isroel…
Prawą ręką przyciskał Pismo do piersi, lewą zbierał fałdy długiej szaty. Głosem donośnym i drżącym
wolał:
-Szema Isroel Adonai elohajni !
Starcy powtórzyli za nim:
-Szema…
Ochrypłe, rwące się głosy bezradnie obijały się o mur. Trwożnie rozciągnięte słowa modlitwy ginęły wśród posapywań […].
Nie wiadomo, kto oddał ten pierwszy strzał. Mówiono, że strażnik z wachy. Reb Icchak leżał pod murem, tałes obok, na tkaninie wystąpiła plama krwi. Krwaworączka obejrzał się i zawołał:
-Cała zabawa na nic!
Niemiec z wachy odkrzyknął raźno:
-Ej, ty tam! Skończ się bawić, zacznij pracować!
I to było sygnałem do ogólnej strzelaniny. Żandarmi nerwowo repetując karabiny gnali uciekających prosto na wachę, wydając gardłowe i dzikie, zduszone okrzyki.
Na tym niedużym odcinku, pomiędzy wylotem Krochmalnej i wylotem Chłodnej, tego popołudnia położyli trupem kilkudziesięciu ludzi.
Kiedy umilkły już strzały, spomiędzy leżących wygrzebał się starowina z drucianymi okularami na nosie i podreptał w głąb Krochmalnej nie zatrzymany przez nikogo. Tłum ustępował przed nim, a on przygiął się jeszcze niżej, połę chałata zarzucił na głowę i ukrył twarz. Żandarm odął usta, powoli odwrócił ku niemu karabin, przystawił lufę do chałata i oddał strzał. Jeden, a potem drugi. Spod chałata rozległo się stęknięcie i skurczony starzec upadł.
-Sprzątnąć!
Policja powtarzała rozkazy Niemców.
— Sprzątnąć Żelazną aż do wachy. Trupy na podwórze.
Wybuch granatu targnął powietrzem; to odmykano ostatnie zatrzaśnięte bramy”. (s. 335-339)
III A, F
„Na skwerku biwakowały zluzowane patrole żandarmerii. Odpoczywając, z manierkami w rękach rozpinali mundury. Jakiś podoficer stanął wyniośle na stopniach przed kościołem i długo wodził polową lornetą wzdłuż okien wymarłych kamienic; obok wznosił się ogromny stos portfeli, skórzanych teczek, a ciśnięte dokumenty walały się rozproszone na trawie. Wstrzymane, puste tramwaje cofały się spod zatrzaśniętej wachy i dzwoniły-dając pierwszeństwo kolumnom maszerującym na Stawki. Po kamiennych stopniach szedł rozchełstany żandarm i stając przed podoficerem podawał mu manierkę”. (s. 343)
![Ul. Chłodna przy skrzyżowaniu z Żelazną. Punkt sprawdzania przepustek dla wchodzących do getta (Fot. Niemiec, 1940) [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]](https://nplp.pl/wp-content/uploads/2019/08/CHŁODNA-ŻELAZN-WACHA-ul.-Chłodna-przy-skrzyżowaniu-z-Żelazną.-Punkt-sprawdzania-przepustek-dla-wchodzTŽ»cych-do-getta-fot.-Niemeic-1940-sygn.-TČIH-J-1028-lub-W023-1024x705.jpg)
Ul. Chłodna przy skrzyżowaniu z Żelazną. Punkt sprawdzania przepustek dla wchodzących do getta (Fot. Niemiec, 1940) [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]
![Ul. Chłodna, skrzyżowanie z Żelazną. Sprawdzanie dokumentów Żydom wysyłanym do przymusowych prac w mieście (Fot. Niemiec, 1940). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie].](https://nplp.pl/wp-content/uploads/2019/08/CHŁODNA-ŻELAZNA-WACHA-w-głebi-tekstu-ul.-Chłodna.-Skrzyżowanie-z-Żelazną.-Sprawdzanie-dokumentów-Żydom-wysyłanym-do-przymusowych-prac-w-mieście-fot.-Niemiec-1940-sygn.-TČIH.W022-1024x705.jpg)
Ul. Chłodna, skrzyżowanie z Żelazną. Sprawdzanie dokumentów Żydom wysyłanym do przymusowych prac w mieście (Fot. Niemiec, 1940). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie].
Bibliografia
– Basia Temkin-Bermanowa, Dziennik z podziemia, wstęp, oprac., przypisy A. Grupińska i P. Szapiro, Warszawa: ŻIH, „Twój Styl” 2000, ss. 390.
– Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana 1939-1945, oprac. J. Waldorff, Warszawa 1946.
– Stanisław Gombiński (Jan Mawult), Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, red. naukowa i wprow. M. Janczewska, Warszawa 2010, ss. 282.
– Ludwik Hirszfeld, Historia jednego życia, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011.
– Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, Opracowała i uzupełniła Noemi Makowerowa, Ossolineum 1987.
– Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa 1983.
Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, tom 29a Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, oprac. E. Bergman, T. Epsztein, M. Siek, Warszawa 2018.
– Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. M. Salapska, Warszawa 1983.
– Irena Birnbaum, Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego, Warszawa 1982.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.



