LESZNO 13
Rachela Auerbach
JA, II C
Cała czwórka nocowała gdzieś na strychu (…), pod wspólnym workiem, ale wolność i samodzielność ceniła sobie ponad wszystko. Bo gdy ja tak długo komenderowałam i wykłócałam się z policjantem P. mającym ich zaprowadzić na punkt gminny, aż to doszło do skutku – cała banda pouciekała, częścią po drodze do kąpieliska, częścią z poczekalni na Leszno 13 i zanim on jeszcze wrócił ze swym historycznym pokwitowaniem z odbioru 4 dzieci, które przechować zamierzam jako dokument – one były już z powrotem prawie w komplecie u nas na schodach i korytarzu, skamląc zwykłym tonem o trochę jedzenia. (s. 118)
Emanuel Ringelblum
ONI, I (wrzesień 1939)
Leszno 13 ochroniono 25 września przed pożarem [od] dziesiątek bomb zapalających. Muranowska 16 – tak samo. Chodzono po dachach.” (s. 7)
„Zmiana lokalu [JOINTu]: z Jasnej [11] na Wielką, następnie na Leszno [13]. (s. 6)
„’Jüdische Gaunerei’ powiedzieli patrząc na szyldzik Icyka i Guziczka. Przyszli zabrać łóżka dla lecznicy, nie mogli tego zrobić z powodu powyższego. (s. 74)
JA, I (wrzesień 1939)
Młodzież poszczególnych domów, w tym znaczna część młodzieży żydowskiej, dokonywała w dniach oblężenia Warszawy cudów bohaterstwa. Byłem świadkiem, jak młodzież żydowska z domu Leszno nr 13 gasiła bez przerwy pożary, wybuchające ciągle na strychu tego 5-piętrowego domu. Wody nie było, ogień zasypywano piaskiem oraz wodą zebraną z łazienek w poszczególnych mieszkaniach. Młodzież szła w zawody z lotnikami niemieckimi, którzy w dniu słynnego bombardowania Warszawy, w poniedziałek 25 września, z wysokości kilkudziesięciu metrów obrzucali domy bombami zapalającymi, a gdy widzieli wysiłki mieszkańców w gaszeniu wybuchających pożarów, ostrzeliwali ich z karabinów maszynowych. Z wysokości strychu, gdzie na równi z innymi brałem udział w gaszeniu pożaru, mogłem dokładnie zaobserwować sylwetki lotników. Młodzież polska i żydowska dokonywała cudów bohaterstwa w gaszeniu pożarów, usuwając kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt bomb zapalających lub lokalizując ogień i nie dopuszczając do rozprzestrzenienia się ognia na dalsze oficyny lub sąsiednie domy. Pamiętam, z jaką wytrwałością młodzież polska i żydowska domów nr Leszno 18, 20 i 22 gasiła przez kilka dób pożar domu przy ul. Leszno 24, aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się ognia na sąsiednie domy. Wspólne niebezpieczeństwo, wspólny trud i praca ludności żydowskiej i polskiej wśród gradu kul, huku wybuchających bomb i pękających szrapneli zespoliły mieszkańców każdego domu w walce ze wspólnym wrogiem, dokonały zbliżenia obu narodów i zasypały przepaść, wykopaną przez wspólnego wroga. (s. 23-24)
Jeszcze przed upadkiem Warszawy hydra antysemityzmu zaczęła podnosić głowę. Zdarzało się niejednokrotnie, że do schronów w domach czysto polskich nie przyjmowano Żydów, nawet w chwilach bombardowania. Takie obserwacje poczyniłem w pewnym domu przy ul. Długiej, gdzie we wrześniu 1939 roku pełniłem służbę OPL [obrona przeciwlotnicza]. Komendant naszego schronu nie przyjmował z zasady żydowskich przechodniów do nowocześnie urządzanego schronu. Vis à vis domu przy ul. Leszno nr 18, w którym mieszkałem w czasie bombardowania, mieścił się schron firmy drzewnej „Paged” na Lesznie 13. Gdy oficyna naszego domu została trafiona bombą, mieszkańcy szukali azylu w schronie przy ul. Leszno nr 13. Z motywów antysemickich odmówiono nam, pomimo iż w naszym domu nie było w ogóle schronu. To samo działo się w wielu domach o większości polskiej. (s. 28)
Mary Berg
ONI, II B
4.IV.41’: Rośnie w getcie liczba szkół i kursów zawodowych. Organizacja ORT otworzyła specjalny kurs dla dziewcząt, którym kieruje Roma Brandes, żona zbiegłego za granicę prawnika i przywódcy żydowskich socjalistów. Obejmuje on następujące specjalności: krawiectwo damskie, szycie ubranek dziecięcych, rękawicznictwo, kapelusznictwo, kaletnictwo i wyrób sztucznych kwiatów. Stowarzyszenie ORT uzyskało na ten cel dwa lokale: przy Lesznie 13 i Nalewkach 13. (s. 108-109)
JA, II B
28.XII.41’: Po przyjściu do domu znalazłam zaklejoną kopertę, którą zostawił dla mnie Tadek Szajer. Jest w niej jego zdjęcie w mundurze służby sanitarnej. Tadek obecnie pracuje tam jako ochotnik, żeby złagodzić poczucie winy, gdyż czuje się częściowo odpowiedzialny za podejrzane interesy ojca. Na odwrocie fotografii znajduje się napis, widomy znak dręczących go wyrzutów sumienia: „Pewnego dnia, po latach, kiedy będę daleko, może wspomnisz służbę sanitarną przy Lesznie 13… i Tadka, który tak bardzo Cię kocha”. Obok napisu widnieje czerwony znak firmy Photo-Bojm-Forbert, która zawsze należała do największych agencji fotograficznych w Warszawie, a obecnie jest najlepsza w getcie. (s. 212-213).
Helena Szereszewska
ONI, IV A (jesień 1942)
Każdego rana o wpół do siódmej wychodzi ze swoją placówką na stronę „aryjską”, na ulicę Leszno. W domu pod numerem trzynastym znajdują się ogromne magazyny mebli pożydowskich. I podczas kiedy inni placówkarze zbierają z mieszkań i przywożą na ciężarówkach meble, Izaak Tempel jest magazynierem na miejscu.
Praca jego nie jest ciężka. Otrzymuje od Niemców zupę i chleb. (s. 175)
Irena Birnbaum
JA/ONI, II D (czerwiec 1942)
Około połowy czerwca rozeszło się niepokojące pogłoski. Głównym Ich źródłem było nasze lokalne gestapo, to jest grupa zwana „trzynastką” – od jej siedziby przy ulicy Leszno 13. Utrzymywała się ta organizacja przeważnie z szantażowanie właścicieli ukrytych towarów. Hitlerowcy mieli podobno im oświadczyć: powiedzcie waszym współwyznawcom że pozostało im do życia tylko 40 dni! (s. 41)
Mina Tomkiewicz
F, przed I
Goldberg także córkę bardzo kochał i był z niej dumny toteż na kilka tygodni przed urodzeniem Babusia, w same Święta Wielkanocne roku 1939, zakończył transakcje z jednym z lokatorów w swoim domu na Lesznie. Nata osiągnęła swój cel: dostała czteropokojowe mieszkanie we własnym domu! […] Nata głaskałaby z radości mury pięciopiętrowej kamienicy o kształcie przewróconej litery U, całowałaby kamienne, pyzate aniołki podające sobie tłustymi rączkami kiście winogron wielkości futbolowej piłki. Jaki to piękny i potężny dom! Wąskie podwórko dzieli od ulicy kunsztowna żelazna krata, dumnie łyskają szerokie weneckie okna. A czy może być bardziej wymarzony „punkt” dla młodej pary adwokatów? Akurat naprzeciwko nowych sądów. (s. 29)
F, I
Oboje mają teraz przed oczyma noc z 6 na 7 września. W nowym mieszkaniu na Lesznie wszystko lśni, tak ładnie. Na kremowej tapecie śmieje się portret Naty w białej krynolinie z rokokowymi wianuszkami. W stołowym pokoju pełno ludzi, krzyki, nerwy. Wyjść z Warszawy czy nie wyjść? Podobno nadawali przez radio, żeby mężczyźni wyszli w kierunku za wojskiem. Jedni słyszeli, inni nie. Rady takie, siakie. Jak można wszystko zostawić, wyjść w jednym ubraniu? Na niepewne… W nieznane… Zaczynać od nowa, Bóg wie gdzie … Co z kobietami? Z Warszawą? (s. 41)
„Dlaczego ludzie tak się boją śmierci?” – myśli z pewną pogardą Nata i przenosi się z rodzicami do opuszczonego przez sąsiadów mieszkania, co prawda w tym samym domu, ale na parterze i nieszczytowego. (s. 42)
Kamienica na Lesznie, jak wszystkie inne kamienice w okupowanej Warszawie, pęczniała z dnia na dzień. Każde mieszkanie dwoiło się i troiło w oczach. Na jednego lokatora przypadało czasem ośmiu–dziesięciu sublokatorów.
W domu na Lesznie sublokatorami byli przeważnie krewni lokatorów, ich znajomi albo znajomi znajomych. Wczesna godzina policyjna łączyła ludzi wspólnie spędzanymi wieczorami, wielkie skupienie uniemożliwiało separację.
Piętro po piętrze, mieszkanie po mieszkaniu można by było wyliczać bez końca ludzi z Leszna. W pięknym okazałym domu zebrała się garść plutokracji i zawodowej inteligencji. Żyją pod jednym dachem, razem politykują, kłócą się, rozprawiają i plotkują. Jeden pomaga drugiemu albo kopie pod nim dołki. Prywatne życie w tych warunkach staje się publiczną tajemnicą. Nie ma kin, nie ma teatrów, wczesna godzina policyjna. Każdy zabawia się cudzym kosztem, kosztem sąsiada, sublokatora czy gospodarza. Cierpią w samotności, w czterech ścianach własnych czy sublokatorskich pokoi.
W kamienicy na Lesznie jest jeszcze tzw. „pierwsze piętro”, sama biedota. O „pierwszym piętrze” mówi się na zebraniach Komitetu Domowego, z „pierwszym piętrem” kamienica na Lesznie spotyka się na kuchennych schodach. (s. 66, 68–69)
[Nata] z zapałem oddaje się nowemu „konikowi”: pracy w świeżo zorganizowanym Komitecie Domowym. W kamienicy na Lesznie Goldberg został wybrany prezesem Komitetu, a Nata – referentką dla spraw dzieci.
W krótkim czasie zorganizowała wzorowy kącik dla 20 biednych dzieci, które przez dwie godziny dziennie bawiły się, gimnastykowały, a co ważniejsza – dostawały kawał czarnego chleba z marmoladą i kubek białej kawy. Kiedy Nata wychodzi na podwórko, obstępują ją dzieci, opowiadają, proszą o coś, skarżą się; przyskakują córki lokatorów z milionem spraw, podchodzą członkowie Komitetu Domowego z rozmaitymi kwestiami. Nata czuje się w swoim żywiole. (s. 71)
Stoi się w kącie okna za spuszczoną firanką i patrzy z nienawiścią, bezsilnie.
Na zgarbionych żydowskich plecach spływają żydowskie rzeczy do niemieckich wojskowych aut. Kilku umundurowanych Niemców kieruje pracą, kilku cywilów: dwóch mężczyzn i kobieta (niemiecka Gretchen o jasnych warkoczach upiętych wokół głowy) obchodzą mieszkania i wybierają sobie rzeczy jak w sklepie. Rekwizycja. […]
Nata przytomnie zarzuca mokrą bieliznę na mahoniowy bufet, droższe przewleczenia i jedwabną bieliznę chowa do piecznika, a puchową kołdrę kładzie do łóżka panny Florci, bo aryjskich rzeczy nie ruszają.
Kiedy przeciągły, niekończący się dzwonek poparty łomotaniem w drzwi przerywa niepokój oczekiwania, Nata całkiem spokojnie otwiera Niemców do mieszkania.
Wysoki lotnik w niebieskim mundurze pokazuje jakiś świstek: nakaz. Drugi stanął nad Bobusinym łóżeczkiem i długo wpatrywał się w śpiące dziecko. Pozostali chodzą po pokojach, zaglądają do każdego kąta, biorą każdą rzecz do ręki. Często zabawiają się drobiazgiem, zatrzymują dłużej nad książką.
Za nimi ciągnie się korowód wylęknionych Żydów.
Fruwają na podłogę czeskie obrusy, koronkowe matinki, żorżetowe, wielkie chustki w dziwaczne wzory. Znika przedpokój, nie ma już toalety w sypialni, wynoszą właśnie brzozowe małżeńskie łóżko z drugą puchową kołdrą, której nie było gdzie schować.
Otwiera się drzwi, żeby meble łatwiej przechodziły, ostatni raz głaszcze się wzrokiem atlasową kołdrę w pulchne kwadraty, smętnie wtłoczoną między dwa fotele. Poszli.
Sypie się tynk z dziur, jakie pozostawił metalowy wieszak zerwany ze ściany, odcina się jaśniejszą plamą podłoga w miejscach, gdzie już nie ma mebli. Jutro albo za tydzień przyjdą inni i zabiorą resztę. (s. 73–73)
Dom na Lesznie jest tak często odwiedzany przez Niemców, że lokatorzy nazywają go żartobliwie „zapasową niemiecką składnicą”.
Dlaczego, tego nikt nie wie, ale faktem jest, że tragiczna śmierć pana Rubinszteina zakończyła wyprawy zdobywcze na Leszno.
Ależ to było straszne! Nata tego nigdy nie zapomni. […]
Na dworze śnieżna zadymka, chociaż już idzie pod wiosnę, wicher wyje w rurze żelaznego piecyka postawionego w środku pokoju, ponieważ centralne ogrzewanie jest nieczynne. Kroki na schodach, glosy, ruch. Nata szczęka zębami, Mama wyłamuje sobie palce. Żeby już było po tym, najgorsze to czekanie! Panna Florcia mruczy pod nosem o juchach, co nie dają spokoju inteligentnym „ponad zwątpienie” ludziom.
Naraz ciszę przerywa przeraźliwe zawodzenie, ni to wycie, ni to płacz, kołuje ostrymi dźwiękami, zagłusza wicher, przerzyna się przez śnieżną zadymkę, przez grube mury. Niepowstrzymany, obłąkany krzyk dźga w mózg jak ostrze dzidy.
– Co to? Kto to? Co się stało? […]
Nata wybiega na schody. We wszystkich drzwiach stoją ludzie. Sąsiedzi z górnych pięter wylegli na schody, wylęknieni, niepewni, ale pełni przerażonej ciekawości.
– To u Rubinszteinów!
Ktoś, przechylony nad poręczą, stwierdza, że Niemcy już poszli. Można zejść na dół.
U Rubinszteinów jak przed przeprowadzką: z powyciąganych szuflad wypadły krawaty i koszule. Rozdziawione szafy zieją pustką. Na podłodze rozrzucone rupiecie, rzeczy, marynarka na ramiączku. Normalny poniemiecki widok.
Wśród tego nieładu leży na podłodze Rubinsztein z wywróconymi białkami oczu. Nie żyje. Siedzi koło niego córka, pełna zawsze temperamentu Jadzia, i kiwa się rytmicznie naprzód i do tylu, naprzód i do tylu. Nieprzytomne wycie, które przeraziło nawet Niemców, przeszło teraz w jakiś bełkot bez ładu i składu, śpiewny, niezrozumiały. (s. 76–77)
Bekanntmachung: aryjska służba nie może pracować u Żydów […].
Wobec tego, że niania ma 60 lat, że Braudowicz ma pieniądze, a kierownik Arbeitsamtu jest znajomym Flory, niania Bronisia zostaje i żegna się z Franią od ciotki Justyny i Józefową od Mamy i ze wszystkimi Jankami i Stasiami, które codziennie wysuwają się z kamienicy na Lesznie i z okolicznych domów […].
Stary dozorca Michał, który po pijanemu bijał żonę ku uciesze całego podwórka na Lesznie, wyprowadza się z całą kupą łachów i mebli kupionych za bezcen. Jego obrotny synalek umawia się ze swoim żydowskim następcą co do różnych specyficznych transakcji. (s. 101, 102)
F, II
Piotr przyszedł późnym wieczorem i powiedział:
– Jutro zostaniemy zamknięci!
Ani się obejrzysz i już jest pełno ludzi w mieszkaniu. Zasypują Piotra pytaniami. Piotr ma spis ulic, które mają wejść do getta.
Pada słowo „getto” i nikomu do głowy nie przyjdzie operować reminiscencjami historycznymi czy robić porównania. Getto to dzisiejsza rzeczywistość, to historia, którą się przeżywa i godzą się z nią ludzie, jak godzą się na ogół z każdym faktem dokonanym.
Od jutra zamknięci. Skąd się weźmie żywność? (s. 107)
Panie z kamienicy na Lesznie zebrały się w sali ŻTOS-u na posiedzenie Koła Pań przy Komitecie Domowym. Prowadzą działalność filantropijną, tak samo jak prowadziły ją od zawsze panie Kowalskie z Alej Jerozolimskich, panie Smith z Piccadilly czy z Madison Avenue i mesdames Leblanc z Rue de Trernoille. Tylko że w kamienicy na Lesznie warunki dzisiaj nie uprzyjemniają filantropii.
Mroźna zima bez dostępnego opału zamieniła salę posiedzeń w istną lodownię. Panie siedzą w paltach i w butach, nie ma herbatki z ciasteczkami jak u pań Smith czy Leblanc, ale jak tamte nasze panie zabawiają się ploteczkami. Zacierają ręce dla rozgrzewki, smużki białawej pary wypływają im z ust. (s. 127)
Zatrzaskuje się za trzema kobietami kuta w żelazie brama. Dozorca kłania się nisko. Tak jak zawsze uśmiechają się marmurowe aniołki na fryzach. W ciemnym prostokącie podwórza kręcą się ludzie i jak co wieczór rozprawiają o polityce. Studiują mapy dalekich, nieznanych krajów. Czarne punkciki nabierają życia, wydłużają się w nieskończoność cienkie linijki szlaków boju. Mały kwadracik mapy, świstek tajnej gazetki, posłyszane z dziesiątych ust wiadomości z tajnego radia – ludzie odbijają się myślą od tego, co jest, i po gumowej skoczni wyobraźni przedzierają się do gabinetów wodzów, podsuwają rady, kierują ruchami wojsk […].
– Mir hunger! Mir hunqer! – jęczą dzieciaki na pustej ulicy. Ważniejszy im ten kawałek chleba rzucony z okna niż godzina policyjna i wszystkie kary świata. (s. 143–144)
Zamknęli dom na Lesznie. Kiedyś musiało dojść do tego, chociaż zdawałoby się, że taki piękny dom ze znikomą ilością nędzarzy powinien być zaoszczędzony. Ale nie, tyfus nie przebiera. Żydzi, wszy i tyfus plamisty to slogan Niemców, to smutna prawda getta. (s. 145)
Brama jest więc zamknięta, na żelaznej kracie wisi wielka tablica z napisem: „FLECKFIEBER”, zupełnie tak samo jak na Smoczej, na Niskiej czy na Gęsiej. Przed bramą grupki ludzi chcących dostać się do domu czy podać coś znajomym lub krewnym. Dzieciaki przełażą przez żelazne sztachety, żydowski policjant awanturuje się i ugania za nimi, machając białą, gumową pałeczką. Pan porządkowy wpuszcza i wypuszcza ludzi tylko za specjalnymi przepustkami z Urzędu Zdrowia. Łatwo mogą go też przekonać posiadacze kilku czy kilkunastu złotych […].
Kręcą się ludzie od mieszkania do mieszkania i jeden radzi się drugiego, jakie łapówki należy dać dezynfektorom, żeby nie dezynfekowali. Jak zawsze w poważnych chwilach zbiera się Komitet Domowy i po długich naradach dochodzi do wniosku, że należy interweniować w sprawie szybkiego otworzenia bramy, chociaż z góry wiadomo, że ta interwencja nic nie pomoże. Poza tym należy dopilnować, żeby dezynfekcja na „pierwszym piętrze” była przeprowadzona ostro i dokładnie. Dla dobra, oczywiście, tych biedaków. Wreszcie trzeba by zrobić zbiórkę na różne koszta związane z tego rodzaju stanem wyjątkowym […].
Nazajutrz gwałt w domu, rwetes nie do opisania. Na podwórze wjeżdża wóz kolumny dezynfekcyjnej. Mężczyźni i kobiety w beżowych kombinezonach, ze specjalnymi opaskami na ramieniu, rozsypują się po domu. Zaopatrzeni są w jakieś puszki, proszki, butelki i rozpylacze.
Całą pościel w tobołki i do parówki!
Nikt nie daje całej pościeli. Kilka najgorszych nieużywanych gratów zawija się w prześcieradło i posyła do dezynfekcji. Wiadoma rzecz, że tobołki albo w ogóle nie wrócą, albo wrócą w bardzo kiepskim stanie, wymięte, podziurawione, śmierdzące. Resztę pościeli trzeba schować.
Kolumniarze szukają po całym mieszkaniu, doskonale wiedzą, w jakie dziury co kto wtyka. Kiedy wyciągnęli zza kredensu w kuchni Naty jedyną puchową kołdrę, która jej została po niemieckich wizytach, Nata postanawia wdać się z nimi w układy. Nata wstydzi się dawać łapówkę. Uważa, że człowiek przyjmujący łapówkę odczuwa chyba pewne poniżenie i przykro jej za tego człowieka […].
Tylko „pierwsze piętro” i „piwnica” znoszą wszystkie swoje czarne z brudu, dziurawe bety z wysypującym się pierzem. Tam kolumniarze pracują sprawnie i bez litości, muszą się przecież wykazać jakąś robotą.
Zawsze uśmiechnięta śmieciarka Chaja, której jedynym ocalonym skarbem jest wielka czerwona pierzyna, gorzko płacze, kiedy ten skarb znika wśród innych zawiniątek na wozie. Biła się prawie z kolumniarzami, żeby jej nie zabierali pierzyny, ale nic nie pomogło. Porządek musi być! Walka z tyfusem, dezynfekcja i tak dalej. Wóz odjeżdża, pierwsza część skończona, a teraz wszyscy do parówki!
Nata patrzy z balkonu na ustawiający się szereg i robi jej się niezmiernie przykro, bo oto w szeregu stoi Anna i Szustaccy, i chudy inżynier z piątego piętra. Ci, którzy nie mieli dosyć pieniędzy na opłacenie grupy kolumniarzy. Nata ubiera stare palto i staje w szeregu idących do kąpieli. Z różnych okien i balkonów dają jej rozpaczliwe znaki, robią wielomówiące miny […].
Wraca się pod eskortą, jak się przyszło, tylko człowiek jest zmęczony do nieprzytomności, aż ćmi w oczach. Nie można się położyć, żeby odpocząć, bo właśnie odbywa się gazowanie mieszkań. Wąskie papierki naklejone na brzegi szyb i drzwi. W środku pali się dezynfekcyjna świeca. Niby zaklejone porządnie, a jednak z okien wydobywają się strużki siwego, śmierdzącego dymu. Wreszcie pod wieczór kolumniarze otwierają mieszkania. Dom bucha kłębami żrącego zapachu. W mieszkaniu – rewolucja! Złocone lampy pozieleniały, klamki stały się matowe, dużo rzeczy całkiem się zniszczyło. Dobrze, że dali słabą świecę i tylko w jednym pokoju. Ładnie by się wyglądało bez „szafy”. (s. 148–152)
Największym obciążeniem całego domu na Lesznie jest słynne „pierwsze piętro”, które Goldberg zaraz po zdobyciu Warszawy przez Niemców, jako rodzaj ofiary dziękczynnej za szczęśliwe ocalenie, oddal pogorzelcom i uchodźcom. Tam jest z dnia na dzień gorzej. Wchodząc do identycznego mieszkania jak mieszkanie Goldbergów, nikt by nie poznał, że to ten sam lokal. Co za brud i jaki smród! A mróz! Te twarze! Nędza aż gęsiej skórki można dostać. Szewc Bąk od czasu do czasu podnosi się z ohydnego wyrka, aby postukać parę pantofli danych mu z litości do reperacji. Pluje krwią i pewno już niedługo pociągnie. Czternaścioro ich śpi w jednym pokoju. A obok rodzina Korngold, piekarze z Rypina. Korngold jakoś nie ma szczęścia, bo na ogół piekarze zarabiają. Kręci się po komitetach, pracuje dorywczo w ŻTOS-ie, dzieci sprzątają po domach, żona jest w fabryce u Piotra. Dzieci także żebrzą na ulicy, żeby wyrównać budżet. Odnajmują na noc miejsca na podłodze. Różne źródła dochodu, ale jeszcze nie starczy, żeby się najeść […].
W korytarzu frontowym na „pierwszym piętrze” jest przepierzenie, a za tym przepierzeniem mieszka śmieciarka Chaja z Grudziądza. Śmieciarkę Chaję każdy lubi, bo ma miły uśmiech i bardzo przyjemnie mówi do każdego: „Moja złota paniusiu! Moja dobrodziejko! Zbawco jedyny!” i tak dalej.
Chaja miała kiedyś, przed wojną oczywiście, pracownię firanek i artystycznych haftów. Teraz chodzi od mieszkania do mieszkania i wynosi śmiecie, w zamian za co zeskrobuje się jej do garnczka osad zupy, wysypuje do talerza kawałki pokruszonego czy spleśniałego chleba, zrzuca niedojedzoną kapustę czy fasolę. Chaja ma troje małych dzieci, które chcą jeść […].
Niech tylko Pan Bóg zrobi, żeby Chai sił starczyło na latanie po schodach, w górę – w dół, w górę – w dół, z ciężkimi śmierdzącymi kubłami, to jakoś tę wojnę przetrzyma z dzieciskami i wróci do domu, do Grudziądza. Po prawdzie udało się Chai i innym, że mieszkają akuratnie w kamienicy na Lesznie, zawsze można wyżyć z ochłapów, z dobroczynności, i ŻTOS na miejscu, i pełno działaczy. W innych domach jest o wiele gorzej. (s. 177–179)
W głębi kamienicy były wielkie, czerwone składy Goldbergów. Nie wiadomo dlaczego nigdy nie pomalowano zbudowanych na krótko przed wojną składów. Stały nieforemne, broczące czerwienią cegieł, napęczniałe od towarów, które w nich składano. Teraz nie było już w nich towarów. Budynek poprzedzielano dyktą na kilkanaście części, wybito drzwi i każda z części miała inne przeznaczenie.
Z jednych drzwi buchał żar z prymitywnego glinianego pieca i Nata zanosiła tam ciastka i miodowniki do pieczenia. Właścicielka nielegalnej piekarni warowała w dzień i w nocy pod czerwonym murem, w panicznym pośpiechu przyjmując worki szmuglowanej mąki, układając się z kapusiami i policjantami, załatwiając interesantów.
Kobiety z wielkimi tacami różnokształtnych ciasteczek albo ze szczelnie owiniętymi garami z gettowym czulentem z koniny na słoninie zatrzymują się zawsze przy ławeczce piekarki, przy czym rozmowa toczy się gładko na tematy piekarskie, atmosferyczne, a nawet polityczne. Płaskie gwiazdki z kilkoma ziarnkami żółtego cukru pośrodku, kwadraciki na sztucznym jajku, na sztucznym miodzie, na sacharynie, wchodzą do jamy glinianego pieca.
Przed innymi drzwiami stoi zawsze długa kolejka ludzi. Gestapowiec Erlich prowadzi tam skład kontyngentowy warzyw i otępiali ludzie biją się o zamarznięty kartofel, o robaczywy kalafior, podczas gdy pan Erlich – niski, gruby, w policyjnej czapce z wieloma gwiazdkami nasuniętej głęboko na twarz byłego furmana, obrabia milionowe, szacherskie interesy, za które przeważnie płacą ci mizerni, otępiali ludzie z ogonków.
Za innymi drzwiami są składy rzeczy uchodźców sprowadzonych do warszawskiego getta z różnych Wołominów, Siedlec czy Skierniewic. Część właścicieli zginęła, część rzeczy wykradziono.
Tuż obok szewc wali młotkiem na tle malowniczej rodziny w łachmanach poruszającej się leniwie w rembrandtowskim półmroku oryginalnego mieszkania.
W czerwonym budynku są także drzwi, które nigdy nie otwierają się. Budynek jest jednopiętrowy, na górze jest strych. Kiedy tu wchodzi się pierwszy raz, można się zgubić. Potykasz się o stosy zardzewiałego żelastwa, straszą cię dziwaczne kształty splecionych ze sobą krzeseł, obitych wyleniałym pluszem, gdański masywny kredens szczerzy poobłupywane sztukaterie owoców. Gdybyś bardzo chciał myszkować, znalazłbyś tam również Naty brajtszwance i Mamy dwa lisy, i książki naukowe profesora Bałabana, i jeszcze dużo innych pięknych rzeczy wścibolonych w najbardziej zakazane kąty, poprzykrywanych najgorszymi szmatami. Nie wiadomo skąd, chyba przez zastawione pakami szparki okien, wpada tam czasem promień słońca, rozpryskując się milionem kolorów w gęstych pajęczynach. Czasem powieje wiatr, roztańcowując świetlnymi smugami kurz, pogrywając leciutko na kartkach książek, na sznurkach paciorków przy lampach. Leniwie brzęczą wielkie muchy o niebieskawych skrzydełkach, swobodnie przebiegają myszy i szczury. (s. 181–182)
Piotr spuścił głowę i uważnie gasi nogą papierosa. Zdaje sobie sprawę, że w tej chwili bierze na siebie odpowiedzialność za życie kilkuset co najmniej osób, całego domu. Wśród nich Nata, Babuś… Matka… cała rodzina. Jak w tanim melodramacie snują mu się pod powiekami wielkie litery bekanntmachungu. Za przechowywanie radia… kara śmierci… kara śmierci… kara śmierci… A tutaj oprócz radia jest tajna gazetka, opór, bunt, kilku słabych ludzi wplątanych w beznadziejną robotę podcinania korzeni największej dzisiaj potęgi świata, Niemiec.
„Żagiew” nazywa się tajna gazetka, za której wydawanie grozi kara śmierci… jednej… dziesięciu… tysięcy śmierci. Na ulicy 6 Sierpnia zlikwidowali cały dom za znalezienie radia. Na Kruczej wywieźli 60 ludzi za tajną gazetkę. Rozstrzelali, powiesili, wywieźli do Oświęcimia za bunt, za krecią robotę, za marzenia o wolności. I to po aryjskiej stronie. W getcie mogą wszystko wysadzić w powietrze. Różowe łapki Bobusia, zapłakane Matczyne oczy w otoku zmarszczek, Nata… […]
A potem już swobodnie ustawili gdzieś w kącie za pakami powielacz, okurzyli maszynę do pisania i zastanawiali się, jak ulepszyć odbiór. Kazimierz zeszedł na dół, żeby sprawdzić, czy nic nie słychać. Ale w codziennym jazgocie podwórza, w krzyku ulicy, w zawodzeniach żebraków i turkocie przejeżdżających wozów roztapiały się dźwięki radia. Radio mogło grać. Grało tak od pierwszej chwili wojny. Wchłaniało grzmiące i puste słowa otuchy, martwiło się niemieckimi zwycięstwami, zapłakiwało nad „planowym” cofaniem tych, na których się liczyło. Radio pierwsze wiedziało, że Narwik, konało Dunkierką, załamywało się w Paryżu i traciło resztki nadziei pod Kijowem. (s. 183–184)
[Piotr] wystarał się u kuzynki Dory o pokój dla Kazimierza, który powoli wrastał w społeczeństwo kamienicy. O różnych porach dnia i nocy redagował „Żagiew”, drukował ją i odbijał na hektografie, załatwiał sprawy, o których nikt nic nie wiedział. Wieczorami siadywał w kącie pokoju u Lesserów, bawił się z Józieczkiem, kibicował przy bridżu. Albo czytał. Wyspiańskiego, Tuwima, czasem nawet Mickiewicza.
„Żagiew” zrosła się z kamienicą na Lesznie jak klub karciany pani Konowej, jak składy gestapowca Erlicha, jak „pierwsze piętro” nędzarzy, jak romans pani Izabelli z Braudowiczem. (s. 189)
Nata prowadzi Tolę do rodziców. Tola załamuje ręce na widok przepierzenia dzielącego stołowy pokój na dwie części.
– Coś podobnego! – mówi Tola. Ona mieszkała dotychczas na Żoliborzu, własny ogródek, firanki, wszystkie wygody.
Trochę dotknięta przerażeniem Toli na widok przepierzenia Nata przygląda się uważnie tak sponiewieranej części stołowego pokoju. Przepierzenie jest ładne. Z lakierowanego drzewa, z matowymi szybami, Naty wcale nie razi. Nikogo nie razi. Tola jest przesadna, ma jeszcze widocznie mentalność „tamtej” strony. Tola nie widziała gettowych przeprowadzek, kiedy naraz, ni stąd, ni zowąd, odejmują kilka ulic, zabierają kilka domów, a ludzie jak robactwo kręcą się z lachami i garami, szukając miejsca, gdzie położyć głowę. Tola nie słyszała tych wrzasków, jakie urządzają ludzie z nakazami kwaterunkowymi pod zamkniętymi drzwiami tych, którzy ich nie chcą wpuścić do mieszkania, ani zawodzeń i przekleństw właścicieli mieszkań, kiedy policja wypija te zamknięte drzwi i wprowadza jeszcze kilkanaście osób do natłoczonych pokojów. Tola przychodzi z innego świata i dlatego tak ją to przepierzenie dziwi. A jeszcze bardziej zdziwi się Tola, kiedy się dowie, że za przepierzeniem mieszka Mirek z Helenką, o której Goldberg jeszcze stosunkowo niedawno mówił, że jej przez próg nie przepuści.
Helenka nie tylko przeszła przez próg, ale po pewnym czasie zadomowiła się, a kiedy część Elektoralnej wypadła z getta, wprowadziła się z Mirkiem za przepierzenie, bo Goldberg uważał, że lepiej niech oni mieszkają, niż mają wpakować obcych, Bóg wie kogo. (s. 192–193)
Wystawiono więc dla stryja Feliksa nakaz aresztu i przekazano go żydowskiej policji do wykonania […].
Dom zamienił się w piekło. W nocy przychodzili porządkowi, walili butami w drzwi, tupali, krzyczeli. Stryj Feliks zamykał się w swoim pokoju na klucz i przystawiał szafę do drzwi. Wymyślał przy tym żydowskim policjantom w ogólności, Gminie w szczególności, Żydom wszystkim i gettowym, groził, że pójdzie do Niemców na skargę. Stryjenka spazmowała, teściowa w nocnej koszuli, ze zwisającymi ogonkami zaplecionych do snu warkoczyków opierała się o przepierzenie i podjudzała policjantów, bo nie znosiła stryja Feliksa.
Zdarzały się noce, że nie było elektryczności. Wszystko wtedy działo się w migotliwym płomieniu świecy albo ruchomych smugach zimnej jasności policyjnych latarek. Po bezskutecznych krzykach i dyskusjach policjanci zabierali się do wywalania drzwi siekierą. Huk, piski, rwetes, dom budził się, na schody wychodzili zaintrygowani sąsiedzi. (s. 204–205)
W stołowym pokoju zawisła jeszcze jedna kotara, a za kotarą zamieszkali Poldkowie. Na dwóch żelaznych łóżkach za kotarą Poldkowie prowadzą taki sam tryb życia jak na Moniuszki w czteropokojowym mieszkaniu. Wprowadzili do domu ruch i ożywienie. Zawsze pełno u nich gości, karty, szachy, niekończące się dyskusje na najrozmaitsze tematy, od polityki począwszy, na najnowszym sposobie przyrządzania kaszy z kapustą skończywszy.
Od czasu do czasu przychodzą do Poldków paczki z zagranicy, wtedy ruch w mieszkaniu osiąga największe napięcie. Niusia dostaje je od swojej koleżanki, której udało się na początku wojny wyjechać do Szwecji, i od wujka z Palestyny. Każda paczka stanowi zastrzyk pieniężny i żywnościowy, a przyjmuje się te paczki jak mannę z nieba. (s. 234–235)
Na balkonie u Pepy można się opalić, nie trzeba chodzić na różne płatne plaże na dachach. Leżaki, orzeszki z paczki, bardzo przyjemnie. W okólnych skrzynkach czerwienią się pomidorki zasadzone za namową Toporolu. Na podwórzu ktoś wspaniałym tenorem śpiewa: „Śmiej się, pajacu…”. Trzeba mu rzucić złotówkę. (s. 237)
Nie słychać dzwonka ani stukania. Naraz trzask, huk i w wywalonych butem drzwiach stoi dwóch gestapowców w zielonych mundurach […].
Ktoś otwiera ostrożnie drzwi balkonu i wygląda na ulicę. Przed bramą stoi długie, czarne auto. W srebrzystości księżycowej nocy wyraźnie rysuje się ciemny zarys limuzyny. Trzy cienie wchodzą do auta. Rozpalają się wielkie ślepia reflektorów, chlusnął strumień blasku. Trzask zamykanych drzwiczek dźwięczy echem w ciszy ulicy. Po kilku minutach strzał, jeden, drugi, trzeci. (s. 239, 240–241)
F, II A
Nata dziękuje Bogu, że nie musi ruszać się z miejsca. Co prawda zwinęli się z dzieckiem do jednego pokoju, ale jednak bez przeprowadzki i w swoim mieszkaniu. Niusia z Poldkiem wyjechali do getta w Otwocku, gdzie Poldek dostał posadę w tamtejszej Gminie. Do pokoju, który do tej pory zajmowali, wprowadziła się Pepa Rowińska z mężem, zadowolona, że może mieszkać u Naty, a nie u obcych. […]
Mieszkanie przestało być mieszkaniem. Stołowy przedzielono na dwie części przepierzeniem z dykty, za którym mieszka teściowa. W pozostałej części, tej bez okna, stoi czarny dębowy stół, kilka mahoniowych krzeseł i serwantka pełna worów z kaszą, mąką i cukrem. Lampina z papierowym abażurem zastępuje świecznik z brązu.
Nata zużyła całe swoje poczucie estetyki, aby chociaż sypialnia jako tako wyglądała, ale czy można wiele zrobić z dwoma żelaznymi łóżkami, profilaktycznie podziurawioną szafą i Bobusinym łóżeczkiem w charakterze mebli? Wygodne i przyjemne to wszystko razem nie jest (teściowa!), ale dobrze, że u siebie, nie ma się do czynienia z gospodyniami, nie trzeba użerać się o miejsce na gazie czy zachlapaną łazienkę, jak to się dzieje u innych. (s. 111–112)
Panie z kamienicy na Lesznie zebrały się w sali ŻTOS-u na posiedzenie Koła Pań przy Komitecie Domowym. Prowadzą działalność filantropijną, tak samo jak prowadziły ją od zawsze panie Kowalskie z Alej Jerozolimskich, panie Smith z Piccadilly czy z Madison Avenue i mesdames Leblanc z Rue de Trernoille. Tylko że w kamienicy na Lesznie warunki dzisiaj nie uprzyjemniają filantropii. (s. 127)
F, III
Nata przytula twarz do zimnych, betonowych murów. Może to gest, może wewnętrzna potrzeba. Piotr czeka w rikszy, aż Nata zakończy sentymentalny rytuał pożegnania z domem na Lesznie.
Trzeba się wyprowadzić z kamienicy na Lesznie, zostawić ładne mieszkanie, o które się tyle walczyło (ile to lat temu? przed wiekami), kamienne aniołki i bramę kutą w żelazie, i ludzi, którzy cię znali i których tyś także już poznała, dobrych, złych, bliskich. Kamienicę na Lesznie wraz z całym szeregiem innych zabiera Többens na swoje bloki i fabryki. Nata nie wierzyła do ostatniej chwili w konieczność wyprowadzki, ale kiedy przyszedł nakaz, nie zdziwiła się i zabrała do pakowania. (s. 263)
– Czy nie wiesz, co słychać na Lesznie? – pyta Mama, która wyszła z siedmiopokojowego mieszkania z małą walizką i z garnkiem.
Nata była na Lesznie, ale nie bardzo chce się jej opowiedzieć Mamie o swoich wrażeniach. W mieszkaniu Goldbergów są warsztaty Többensa. Ze wszystkich ich rzeczy nie została ani niteczka. W mieszkaniu Naty obcy ludzie w obcy sposób ustawili swojskie. znajome meble. Chodzili za Natą jak za złodziejką, ledwo jej się udało wsunąć do torby srebrny nóż z kompletu. Z dziesięć razy pytali, czy to aby na pewno jej. (s. 282)
Rozpryśli się ludzie z kamienicy na Lesznie jak okruchy stłuczonego zwierciadła. Lwią część pochłonęły umschlagowe wagony, nieliczni jeszcze walczą z prądem. (s. 295)
F, III A
U Naty [na Lesznie] jest stale pełno ludzi. Stara ciotka Chana przyszła z Prostej ulicy, usiadła ciężko na krześle, wyjęła fotografię syna, który wyjechał na wystawę do Chicago, i spytała, czy ma iść na Umschlag. Co jej Nata radzi? Na ich bramie wywieszono obwieszczenie, że nazajutrz o godzinie szóstej rano wszyscy mieszkańcy domu mają stawić się na Umschlagu. 20 kg bagażu i tak dalej. Na Umschlagu otrzymają 3 kg chleba i kilo marmolady na osobę. Dużo ludzi idzie. Nie mają co jeść, nie mają pieniędzy na zaświadczenia, boją się, że złapią ich na ulicy i wywiozą nawet bez tych 20 kilo rzeczy, którą można zabrać ze sobą. Wolą zresztą iść wszyscy razem, cała rodzina. A nie syn – dziś, matka – jutro, mąż – oddzielnie. I jednak 3 kg chleba na osobę. (s. 252–253)
Z kamienicy na Lesznie poszło dobrowolnie prawie całe „pierwsze piętro”. Nata ucałowała zielonego Icusia i podarowała mu na drogę ładny pulowerek […].
– Dobrze pani robi – mówi Nata do matki Icusia idącej z rodziną na Umschlagplatz – wszyscy spotkamy się tam wcześniej czy później. (s. 255)
Od drzwi do drzwi chodzą żołnierze w hełmach, z karabinami i bagnetami, wrzeszczą. Drzwi mieszkania trzeba zostawić otwarte, żeby mogli sprawdzić, czy nikogo nie ma, trzeba zejść na podwórze.
– Wszyscy na dół, schodzić! Na dół! Wszyscy na podwórze! – wydziera się Służba Porządkowa i kręci się tam i sam, udając, że coś robi.
Nata nie denerwuje się specjalnie. W takich chwilach, kiedy nie ma rady, jak egzamin, operacja czy rozkaz, jest spokojna. Zresztą przecież jest Piotr. Prędko ubiera Bobusia, który ma anginę i wysoką gorączkę. Nakłada plecak, rozgląda się bezmyślnie po mieszkaniu, czy czegoś nie zapomniała, i schodzi. Zbici w gromadę stoją na podwórzu wszyscy lokatorzy. Rozmawiają cicho, o nieważnych sprawach […].
Każdy dźwiga jakiś worek, wielkie, wypchane torby zwisają z boku jak dziwaczne narośla. W ręku kurczowo ściśnięte papierki, zaświadczenia. (s. 257)
F, IV B
Kiedyś przyszedł do Transavii inżynier Werner, z którym razem mieszkali na Zamenhofa. Werner wysłał już żonę i szuka teraz zarobku, żeby móc samemu przejść.
– Za 1500 złotych dam wam wspaniałą melinę.
Nata z miejsca zgadza się na warunki i po kilku dniach Werner podaje adres: „Aleje Jerozolimskie 43. Zwrócić się do dozorcy Nowakowskiego”. Adres jest, to przecież najważniejsze.
Goldberg nie może pojąć, jak Nata decyduje się iść do obcych ludzi, mając pieniądze ledwo na opłacenie pierwszego miesiąca. Goldberg pertraktuje w sprawie sprzedaży części domu na Lesznie i nigdy by nie przeszedł, żeby nie być „zabezpieczonym” co najmniej na rok. (s. 337)
F, V
Z balkonu w Alejach widać czarne kłęby dymu, podszyte rozżarzonym światłem. Nata wyłamuje sobie kurczowo palce i patrzy na czerwoną łunę, w której płonie jej dom, kamienica na Lesznie. Jej cały dotychczasowy świat. (s. 379)
Bibliografia
– Rachela Auerbach, Pisma z getta warszawskiego, wstęp i opracowanie Karolina Szymaniak, ŻIH, Warszawa 2016.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, tom 29a Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, oprac. E. Bergman, T. Epsztein, M. Siek, Warszawa 2018.
– Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. M. Salapska, Warszawa 1983.
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.
– Irena Birnbaum, Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego, Warszawa 1982.
– Mina Tomkiewicz, Bomby i myszy. Powieść mieszczańska, Warszawa 2020.




