„NOWA” WOŁÓWKA – targ (GĘSIA, róg LUBECKIEGO)

Jechiel Górny

ONI, II D (25.06.1942)

W brudnych izbach piwnicznych, w większości bez okien, na nagiej kamiennej podłodze leżą biedni ludzie. W piwnicy 2×3 metry nocuje do 50 osób. Można sobie wyobrazić, jakie tam jest powietrze. Właściciele czekają tylko, aż któryś z gości umrze – wtedy opłaca im się „hotelowy interes”. Ściągają ze zmarłego „łachy”, za które na „wołówce” dostaje się jeszcze parę złotych, a nagie zwłoki kładą na ulicy… (s. 293)

ONI, II D (15.07.1942)

Na Gęsiówce już […]. Już tam handlują. Nagle krzyk, handlarka biegnie, rwie włosy z głowy, [odebrano] jej walizkę z towarem, […] się we wszystkie strony. Złodziej musi być teraz na pewno daleko… (s. 308)

ONI, II D (20.07.1942)

Drugi sąsiad (Gutman z Lipna) przychodzi z ulicy; handluje na „wołówce”. Handel mocno podupadł, nie ma komu kupować. „Kupiłem nawet trochę towaru z 20–30% taniej, ale co z tego mam, skoro jestem biednym człowiekiem i nie mogę go sprzedać”. Tymczasem dodaje: „Słyszał pan, co powiedzieli w radiu?”. Wpatrujemy się w niego i wychodzimy niemalże ze skóry, ciekawi, co takigo mogli ogłosić o „wysiedleniu”. „Na «wołówce» powiedzieli, że wieczorem podali przez megafon, że żadnego «wysiedlenia» nie będzie”. Takie rzeczy mogą się urodzić jedynie w żydowskich umysłach. (s. 312)

ONI, III A (22.07.1942)

Dzisiaj rano na „wołówce” patrol żandarmerii zastrzelił młodą dziewczynę za handel białymi bułkami. Stojącym wokół ludziom wyjaśniono, że za handel białym pieczywem grozi kara śmierci. (s. 315)

Perec Opoczyński

ONI, II

[Handel starzyzną] To był od zawsze przywilej Wołówki. Teraz w ów handel wymierzono straszliwy cios. [Jego skutki odczuły] tysiące Żydów: domokrążców, szacherów, szmaciarzy. Ich kapitał zawsze wynosił kilka złotych, ale zawsze udawało się im jakoś zarobić na kawałek chleba dla żony i dzieci.

Teraz nie było już czym handlować. Domokrążcy marli z głodu. Zarobić mogli tylko ci, którzy zdołali dostarczyć gojom dobry garnitur, palto, wysokogatunkową bawełnianą lub jedwabną bieliznę, jedwabne albo aksamitne ubrania, futra, dobre buty i tym podobne.

Nad domokrążcami, a właściwie nie tyle nad nimi, ile nad starzyzną, zlitowali się później Niemcy, tworząc wielkie magazyny starych szmat i zaopatrując domokrążców, niczym urzędników państwowych, w przepustki i zielone opaski na ramiona. Pozwalały im one na swobodne poruszanie się nawet poza gettem. W zamian domokrążcy dostarczali Niemcom surowce: wełnę, bawełnę i wszelkie inne materiały, które mogły służyć celom wojskowym.

Na tych domokrążców z zielonymi opaskami spoglądano z zazdrością. Wielu z nich dobrze zarabiało, o wielu szeptano też, że żyją syto nie tyle dzięki starym szmatom, ile dzięki cennym rzeczom, które mają Żydzi. I to tych właśnie rzeczy domokrążcy nie wstydzili się wskazywać Niemcom…

Jednak zanim domokrążca stał się panem, nie tylko handel starzyzną leżał odłogiem. Musiały minąć długie targowe tygodnie, by Żydzi wpadli na pomysł przenicowywania starzyzny. Bieliźniarze jęli kupowali stare koszule, poduszki, prześcieradła, cięli je i szyli z nich nowe rzeczy. Krawcy i szewcy robili to samo z ubraniami i obuwiem. I tak oto na Wołówce handlowano dwoma rodzajami towaru – szmatami, które kupowali Żydzi, by je przerobić, i nowymi rzeczami, które sprzedawano gojom.

Pojawił się jednakże nowy problem – odcięcie Wołówki.

Stara Wołówka, która znajdowała się na rogu Stawek i nowej niedokończonej stacji autobusowej, została oderwana od getta. Żadnego innego placu na handel starzyzną, handel tak niezwykle istotny dla biedoty w każdej epoce, nie wyznaczono.

Zaraz po odcięciu targowiska handlarze stawiali swoje kramiki niedaleko starej Wołówki, na rogu Zamenhofa i Niskiej, ale ich stamtąd wyrzucono. Znaleźli miejsce postoju na Niskiej róg Lubeckiego, ale ich przepędzono. Cofnęli się na Lubeckiego, do rogu Wołyńskiej i Gęsiej, to robiono na nich ciągle obławy. Przychodzili Niemcy i polscy policjanci z gumowymi pałkami i tłukli niemiłosiernie, nie bacząc, czy biją kobiety czy mężczyzn. Zatrzymywali, strzelali niby to w powietrze, ale nieraz kogoś pozbawili życia. Kiedy jednak Niemiec się zreflektował i zaczął zarabiać na żydowskim handlu, na rogu Gęsiej i Lubeckiego oficjalnie wyznaczono nową Wołówkę. [Teraz] można z niej było ciągnąć odpowiednie zyski.

Brutalne akty na Wołówce, częste obławy, aresztowania i szykany prawie że przepędziły gojów z żydowskich targowisk. Getto było zamknięte, goj mógł wejść do niego tylko z przepustką, która u macherów, rozumie się, kosztowała dużo. W dodatku musiał znaleźć [przekonujący] pretekst, pod którym przekraczał granicę getta. Wejść, by [po prostu] kupować, oczywiście nie mógł. Kiedy pojawiły się jeszcze prześladowania, razy i strzelanina, wchodzenie do getta [zupełnie] przestało mu się opłacać. (Goje w getcie, s. 402-3)

ONI, II

Kiedy na nowej Wołówce zaczęły powstawać budki i kramiki, Żydzi zainwestowali przede wszystkim w polowe garkuchnie i zaopatrywali handlarzy w smaczne ciepłe i zimne posiłki. Gojom opłacało się płacić Żydom więcej za żarcie, bo właściciele garkuchni wydzielali [w swoich budkach] kącik, w którym polscy handlarze mogli się przebrać – za kilka groszy opłaty włożyć na siebie dopiero co kupione dobrej jakości rzeczy. (Goje w getcie, s. 404-5)

Bibliografia

– Jechiel Górny, Dziennik (22.05 – 22.07.1942 r.; 4.11 – 21.12.1942 r.), w: Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy – Archiwum Ringelbluma, t. 23, cz. II: „Dzienniki z getta warszawskiego”, oprac. K. Person, Z. Trębacz, M. Trębacz, Warszawa 2015, s. 274-344.

– Perec Opoczyński, Goje w getcie, w: Tenże: Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.