PROSTA 14 (Szop Többensa, tzw. Duży Többens)
Stanisław Gombiński
ONI, III A (koniec sierpnia 1942)
„Już minął czwarty i piąty tydzień, już kończy się sierpień. Ghetto zmniejsza się, już wypadła cała południowa część od Siennej do zbiegu Chłodnej i Żelaznej, tak zwane „małe ghetto”; sterczą puste, bezludne domy, ciągną się puste, wymarłe ulice, zasłane to poduszką, to garnkiem, to jakimiś sztukami bielizny, przedmiotami w ostatniej chwili ze zmęczonej dłoni wypuszczonymi. Puste sterczą setki budynków; wśród nich, jak wyspa – kolonia domów shopu Többensa na Prostej, a w niej kilka tysięcy pracowników. Reszty ludzi już nie ma; powędrowali do dużego ghetta, do innych shopów lub dalej, znacznie dalej…” (s. 99)
Leokadia Schmidt
ONI, III A
„Na ulicach małego getta odbywały się niesłychane łapanki. W ciągu dnia prowadzono stamtąd długie kolumny na Umschlagplatz. Żałosny widok przedstawiał ten orszak z tobołkami, walizkami i płaczącymi dziećmi. Mówiono, że ma być zupełnie zlikwidowane. Pozostanie jedynie przy ulicy Prostej centrala szopu Toebbensa i kilka domów sąsiednich dla pomieszczenia skoszarowanych pracowników. Wobec takich pogłosek ludzie stamtąd zaczęli się gwałtownie przeprowadzać do dużego getta.” (s. 30-31)
Perec Opoczyński
ONI, III B (8.09.1942)
„Dziś znów była wielka blokada u Toebbensa [dwa obiekty – „duży Toebbens” przy Prostej 14 oraz „mały Toebbens” przy Leszno 74], od którego miano zabrać tysiąc dwieście osób. U Toebbensa ma się dziś odbyć konferencja na temat losu szopów. Ze strony Ostdeutsche Bautischlerei ma wziąć udział berliński dyrektor Brandt.” (s. 294)
ONI, IV A (17.10.1942)
„Dziś wreszcie ma być wiadomo, jaki jest rezultat wysiłków w sprawie potwierdzenia istnienia szopów. Tymczasem mówi się, że sytuacja getta jest w ogóle bardzo niepewna i chwiejna. Są jednak tacy optymiści, którzy zapewniają, że do pierwszego stycznia sytuacja getta będzie stabilna i nie nastąpi już żadne wypędzenie. Dziś koło wieczora okazało się w końcu, że szopy Toebbensa [duży Toebbens” przy Prostej 14 oraz „mały Toebbens” przy Leszno 74] i Schultza [kompleks fabryk przy ulicach: Nowolipie, Ogrodowa i Leszno] oraz szop Hallmana [Nowolipki 59] zostały potwierdzone, jednakże [szop] Schillinga [stolarski – ul. Nowolipie 54 i Nowolipki 50], który po ostatnich redukcjach miał nie więcej niż stu robotników, został całkowicie zlikwidowany. OBW [Gęsia 30] znajduje się więc w wielkim niebezpieczeństwie. W najlepszym razie szopowi stolarskiemu grozi wielka redukcja. Z pięciuset „zabezpieczonych” w szopie ma zostać ledwo stu. Tak szepczą „ważni” – kierownicy. Jak mówią, ostateczne zamknięcie ma nastąpić dopiero za rok. Tymczasem pomieszanie wśród ludzi z szopów jest wielkie. Tracą głowę. Mówi się, że Krüger robi inspekcję w getcie i wszystkim cierpnie skóra.” (s. 308)
ONI, IV A (7.11.1942)
„Wokół szopów Schultza i Toebbensa [tj. Nowolipie, Ogrodowa i Leszno oraz Prosta 14 i Leszno 74] postawiono mur, to znaczy dla każdego robotnika tworzy się więzienie w więzieniu. Wieść ta błyskawicznie obiegła getto i przejęła wszystkich grozą: chcą nas zagłodzić na śmierć.” (s. 315)
ONI, IV A (10.11.1942)
„Wieść niesie, że czyści się mieszkania na Umschlagplatzu. Mówi się o wysłaniu stamtąd szewców i krawców do Lublina. Żydowska policja pytała dziś telefonicznie, ile OBW ma warsztatów, gdzie się znajdują, gdzie jest blok mieszkalny robotników, jakie są numery domów itp. Rozumie się, że zaraz zaczęto się zastanawiać, czy szop nie będzie wysiedlony i zapanował niepokój.
Z szopu Hoffmana (szwalnia) [Nowolipki 49 i 51a] ze strachu przed wysyłką uciekają robotnicy. Sądzą, że Lublin to nic innego, jak tylko zmyłka i znaczy tyle, co Treblinka. Znów powiada się, że wiceszef wypędzenia Michalsen ponownie przyjechał do Warszawy. Mówi się też, że od Schultza [Nowolipie, Ogrodowa i Leszno] mają zabrać pięć tysięcy osób. Miałoby tak być na skutek osobistych starań Schultza, ponieważ zaoszczędziłby trzy miliony złotych, które wydaje na ich skromne wyżywienie, i chce się ich teraz pozbyć. Ma około ośmiu tysięcy robotników, ale ich produktywność nie przewyższa tej, którą wykazywało się dawniej dwa i pół tysiąca ludzi. Wymaga więc, by każdy robotnik szopu płacił za kawałeczek chleba i zupę dziesięć złotych dziennie, tak by nie dokładać z własnej kieszeni. Sumę tę muszą mu płacić jednak tylko ci, którzy przyszli do niego po dwudziestym drugim lipca (początek wypędzenia). Mówi się, że wszyscy Żydzi z małego getta będą się musieli przenieść do dużego getta.
Dziś około dziewiątej rano dowiedzieliśmy się, że nastąpiła blokada szopu Hoffmana [Nowolipki 49 i 51a]. Brano kobiety i dzieci, przede wszystkim nielegalne.
Później podano, że blokady są też u Toebbensa [Prosta 14 i Leszno 74] i Oschmanna [produkcja czapek wojskowych, pralnia – Nowolipie 18]. Szukano krawców, by posłać ich do Lublina. Miano zabrać tysiąc mężczyzn. Wszyscy trzej – Toebbens, Hoffmann i Oschmann – ponoć chcieli się pozbyć jakiejś liczby ludzi i byli z całego zdarzenia bardzo zadowoleni.” (s. 317)
ONI, IV A (12.11.1942)
„Jak się okazuje, dzieci, które przedwczoraj zostały zabrane wraz z mami od Toebbensa [Prosta 14 i Leszno 74], nie zostały odesłane, ale wzięto je do właśnie utworzonej przy gminie instytucji dla dzieci.
Chociaż nie było dziś już blokad, to u Schultza [Nowolipie, Ogrodowa i Leszno] zabrano siedmiu mężczyzn. Było to po oficjalnej rewizji i najpewniej tych siedmiu zostało zadenuncjowanych, bo popełnili jakieś przestępstwo. Jak niektórzy twierdzą, mogli to być goje, którzy mieszkali incognito w getcie.
Od dzisiaj przy nowym murze getta na rogu Gęsiej i Zamenhofa stoi straż, patrole są też ciągle przy bramie cmentarza. Ta nowa, podwójna straż, jak się wydaje, nie wróży nic dobrego.” (s. 318)
Henryk Makower
JA (Noemi Makower), III C
„[…] bloki mieszkaniowe, oprócz szop Toebbensa na Lesznie i na Prostej, szop Schultza na Nowolipiu oraz Hoffmanna i Schüllera na Nowolipkach, przeniesiono na północ od Gęsiej, tam też zbudowano mur odgradzający getto gminne od reszty terenu. Cała konstrukcja terenowa była tak niedorzeczna, że nie mogła się ostać żadnej analizie logicznej i wyraźnie wskazywała na <tymczasowość>. […] Na wylocie od strony Dzikiej stała poprzednio wacha i pilnowała przejścia na <stronę aryjską>. Teraz ustawiono nowy wylot i nową wachę u zbiegu Gęsiej i Zamenhofa. Za tym murem nie było nic, bezludna pustynia, a wreszcie wyspa, gdzie mieściły się szopy przy ul. Nowolipki, Nowolipie i Leszno, później znowu duża bezludna pustynia i na ulicy Prostej – szopa Toebbensa.” (s. 139)
Marek Edelman
JA/ONI, IV A
„Ponieważ getto jest podzielone na wiele bloków, prawie zupełnie nie kontaktujących się ze sobą, z konieczności Ż.O.B. musi podzielić swoją pracę na poszczególne tereny. My obserwujemy kierownictwo terenu szczotkarzy (Grylak), W.C. Toebbensa (Paw), Prosta (Kersz). Udaje nam się utworzyć kilka grup bojowych. Element – to przeważnie młodzi skifiści, albo działacze Skifu. Tak więc w getcie centralnym dwie „piątki” prowadzą B. Pelc i Goldsztajn, na terenie szczotkarzy – Jurek Błones i Janek Bilak, u Schulza – A. Fajner i N. Chmielnicki, u Roehricha – W. Rozowski.” (s. 44-45)
Adam Czerniaków
JA, II B
„Rano Gmina. Zwiedziłem warsztaty i skład na Prostej, Tłomackie 13.” (s. 141)
„Rano Gmina. Potem w warsztatach na Prostej. Rozmowa z przedsiębiorcą Toebbensem i dr. Lautzem. Toebbens rządzi warsztatami, zaprowadził dyscyplinę. Obaj pragną, aby Rada Żydowska dbała o robotników (żywność, węgiel, buty, kąpiele etc.), bo lon wypłacony nie pokrywa potrzeb robotników. Potem u Bischofa. Mowa o racjach żywnościowych, telefonach dla Rady, kuchniach. Radził pójść do Wieganda.” (s. 178)
„Zwiedziłem na Prostej warsztaty wytwórcze. Sytuacja kiepska. Z 29 000 robotników pracuje zaledwie 1500. Odbyło się zebranie Rady Gospodarczej w sprawie Wytwórczości etc. Ceny towarów spadają.” (s. 197)
Emanuel Ringelblum
„Znany wypadek z pracownicą Toebbensa z ul. Prostej, która wyskoczywszy z wagonu do Treblinki, została po drodze poszczuta psami przez dróżnika, na którego wezwanie nie zatrzymała się. Pies dróżnika podarł na niej suknię, a jednak zdołała zbiec i dotrzeć do getta w jednym bucie i postrzępionej sukni. Złapana ponownie i posłana do Treblinki, po raz wtóry uciekła z wagonu. Tym razem natknęła się na uczciwych ludzi, którzy dopomogli jej dotrzeć do Warszawy.” (s. 100)
Helena Szereszewska
ONI, III A
„Olga Liwszyc przypisana była do szopu przy ulicy Niskiej. Szop ten był pralnią parową. Dwie jej córki – Danusia i Irka – pracowały w szopie Tobbensa w „małym getcie” i mieszkały przy ulicy Waliców 6, w mieszkaniu, w którym przedtem mieszkała moja siostra.” (s. 106)
JA/ONI, IV A (jesień 1942)
„U Wyszewiańskich na ulicy Waliców odnalazły się dwa palta zimowe: Ryszarda i Niny. Dom Waliców 6 znajdował się w „małym getcie”. Mieszkali w nim pracownicy szopu Tobbensa. I właśnie państwo Wyszewiańscy, rodzice męża naszej siostrzenicy, byli pracownikami tego szopu.
Szop Tobbensa był teraz wyspą w zlikwidowanym „małym getcie”, które obecnie stało się stroną „aryjską”. Przysłali nam palta przez synów, którzy byli policjantami i otrzymywali od czasu do czasu przepustki.” (s. 163)
Mietek Pachter
JA, III A
„W pracy naszej nie zachodzą żadne zmiany, pracujemy na Ciepłej 10, ludzi w małym ghecie nie widać, tylko szop Toebbensa zajmuje kilkanaście bloków.” (s. 118)
Bogdan Wojdowski
F, III A
Ojciec przeczytał afisz, wziął narzędzia do worka i pobiegł uginając się pod ciężarem szukać pracy u „małego” Toebbensa, na Prostej, gdzie wujek Gedali był już od jakiegoś czasu zatrudniony. Matka wołała za nim przez okno; niech szybko wraca, bo lada godzina wygarną ludzi na plac. Jak się spóźni, to moż ich szukać, ale w Trawnikach! Szafa była odsunięta od ściany, na wszelki wypadek. Już przedtem ruszyli z miejsca stary mebel, kurz bił pod sufit, a matka stękając i kaszląc wchodziła do płytkiej niszy w ścianie, aby przekonać się zawczasu, czy miejsca starczy; kryjówka, gdzie mogła stać przez godzinę z twarzą obróconą bokiem i sztywno opuszczonymi ramionami, była gotowa. Czy jej nie widać? Głos za szafą rozlegał się głucho i obco. A ojciec przykładał skroń do ściany, patrzył w szparę i mówił, że nie widać. Na nosie i brwiach wisiała pajęczyna, którą zgarnął nie ogolonym policzkiem. Dawid tam nie wchodził; ktoś przecież będzie musiał przysunąć i odsunąć szafę od ściany. Nosił w kieszeni klucz do piwnicy, a piwnica ta łączyła się z innymi, które zasypane były gruzem pod rumowiskiem zburzonej oficyny. A jak Niemcy tam zajrzą? Mordchaj Sukiennik wyrył zapasowy tunel, którego wylot dobrze ukryty był w szopie, dalej zasypane lochy łączyły się z rozległym magazynem mydlarni w sąsiednim domu, a podobno dotrzeć można było tędy starym podziemnym przejściem aż do Hal. Tak mówi! Chaskiel-stróż, a on żył na Krochmalnej trzydzieści łat i znał tutaj wszystkie zakamarki jak własną kieszeń. Taki los, Żydzi pójdą za szczurami i chyłkiem przemykać się będą po piwnicach i norach, zejdą pod ziemię i ukryją się, by żyć. Kto im pozwoli żyć? Prędzej czy później zostaną wytępieni. Szczurom jest lepiej, bo nikt jeszcze nie ogłosił Rattenrein. Mówiąc to Chaskiel śmiał się okropnie, a łzy pokazywały się w jego bezrzęsych czerwonych oczach i ściekały po śmiejącej się, wykrzywionej twarzy. Strasznie było słuchać tego śmiechu, patrzeć w te oczy. Ojciec powiedział, żeby Dawid schował się w piwnicy i siedział cicho jak mysz, a po czystce wrócił szybko na górę i odsunął szafę, bo matka udusi się albo zemdleje. Uparła się i nie chciała schodzić na dól, ponieważ ktoś musi przecież pilnować mieszkania! Tę skrytkę za szafą wymyśliła dla siebie sama. (s. 304-305)
F, III A
Przybiegł Uri, zaczął szeptać z Naumem w kącie szopy i w pół godziny wszyscy już wiedzieli, że na Stawki poszła Ciepła, Ceglana, Krochmalna cała aż do muru i resztki niedobitków koczujących na Walicowie. Kto ma kartę meldunkową i świadectwo zatrudniema-nie podlega czystce. Rzemieślnicy chodzą do fabryk żebrać o robotę, płacą majstrom ogromne łapówki za numerek, przemykają się ulicami z narzędziami na plecach od warsztatu do warsztatu, idą do Brauera na Gęsią, do Schillinga na Nowolipki, do „dużego” Toebbensa na Leszno i do ,,małego” Toebbensa na Prostą, do fabryki szczotek na Wałową i do Transawii, gdzie kto ma znajomych. A oni siedzieli w tej szopie słuchając krzyków z ulicy. Od samego rana Niemcy musieli mieć pełne ręce roboty, taki był wrzask. (s. 315)
F, III A
Gedali, ile kosztuje miejsce pracy? Jedno, u Toebbensa? Ile? Mów. Przy nim.
-Nno, zależy od dnia. Ceny skaczą. Trzy, cztery i pięć tysięcy.
Ojciec stanął przed wujem Jehudą.
– Przepustki, przepustki. Skąd brać, ja się pytam? Leżą na ulicy? Za samo ismienie trzeba słono płacić i przed każdym transportem dawać w łapę hyclom. A potem? Papierki, numerki. Kupować życie, sprzedawać życie. Handel, jakiego świat nie widział. Dotąd, moją przepustką na życie był mój fach… Nie wierzę w ten cały interes. Żeby przetrwać dzień w kryjówce, trzeba mieć pod ręką ładny brylant. A nazajutrz? To samo! Dla szubrawca Żyd to kopalnia brylantów.
Nie wierzę w ten cały interes… Co jeszcze zostało? Praca, czternaście godzin na dobę za miskę pomyj. Ale praca za miskę pomyj kosztuje. Kogo? Robotnika! Pracuje i płaci za własną pracę, za prawo do pracy i za prawo do istnienia. Każdego dnia, każdej godziny. W najlepszym razie, daje nielegalnie łapówki, te nielegalne łapówki biorą od niego różne nielegalne osoby, a te nielegalne osoby przyrzekają mu święcie chronić jego nielegalne życie. Jehuda, ten świat jest cały nielegalny. I ja, raptem, ni stąd ni zowąd, mam się urządzić w nielegalnym świecie? Ażeby przejść ulicą, z domu do domu, trzeba mieć dolary. Ażeby napić się wody, trzeba mieć dolary. Ażeby wziąć do ręki broń, na to trzeba mieć już grube dolary … A ja mam pustą kieszeń. Ani na przepustki, ani na łapówki, ani na broń. (s. 345-346)
F, III A
Przed wyjściem z kryjówki wuj Gedali zbudził ich wszystkich po kolei i powiedział:
-Naum niech zostanie tu, jak długo się da, i utrzymuje kontakt ze mną. Na Prostej, u Toebbensa jest Kiepełe i grupa naszych tragarzy. Uri… Uri niech próbuje złapać Felka Pioruna. Albo kogoś z jego paczki. Powinien pokazać się dziś-jutro. A jak nie, to znaczy, że Uri sam musi leźć przez mur i się z nim rozmówić. Jehuda niech idzie tymczasem do dużego getta. Ja wracam na Prostą. Zobaczę, co się da zrobić.
I poszedł. (s. 353)
F, III A
Raz dziennie, pod strażą zjawiał się na podwórkach Nahum Szafran. Obiegał uliczki i wołał ukrytych. Wracał z Niemcami, a kiedy kończyli swój obchód, jeden z nich wpychał go do wartowni na Prostej przed warsztatami i patrol szedł do kantyny; na noc znów zabierali go ze sobą na posterunek. Nahuma karmili w kuchni Toebbensa, gdzie mógł mówić z wujem Gedalim. Możliwe, że grypsy kazali mu rzucać Niemcy; w takim razie Gedali został zatrzymany i do tej pory nie wyciągnęli z niego, po co kręcił się w tej okolicy i którędy wylazł z kryjówki. Niemcy węszyli i w każdej chwili mogli ich tutaj nakryć. Czas mijał, a Nahum nie sprowadził im nikogo na kark. Uri mówił, że można na nim polegać; Kalman mówił, że już na nikim nie można polegać. Co dzień, w południe rozlegał się krzyk Nahuma na ulicy, a potem żandarm wlókł go na podwórze, do sieni i wszędzie. Wlókł, jak opornego psa.
-Kto wyjdzie, ten ocali głowę! (s. 357)
F, III A
Niemcy węszą, swoją drogą. Ale grypsy rzuca Nahum poza plecami strażników. Gedali trafił bez przeszkód do warsztatów i tam go przyjęli z powrotem. Stąd nie grozi im nic. Tak czy owak, nie będą tkwić w tej norze przez wieczność. Uri musi dostać się na tamtą stronę i nawiązać łączność z Felkiem Piorunem, a razem z nim pójdzie za mur Jehuda. Stamtąd będzie miał okazję wrócić z Transawią do dużego getta. Ulice w dużym getcie nie będą tak prędko judenrein, zanim to nastąpi, może upłynąć parę miesięcy, zima, a w tym czasie Jehuda zdoła przygotować dla nich grunt. Bo robota w warsztatach na Prostej urwie się prędzej czy póżniej i Gedali, gdyby przepadł w selekcji, też musi wiedzieć, że po drodze na Stawki ma dokąd uciekać. (s. 359)
F, III A
U zbiegu Ceglanej i Żelaznej, trochę dalej, nie dochodząc Prostej, straszyła ruina bramy, zachowanej w połowie i zarośniętej źdźbłami trawy, pokrzywą, ostem wczepionym w szczeliny gruzu, a dalej rozciągał się pusty placyk na miejscu wyburzonej posesji i usuniętej stąd garbarni, gdzie latem swe kramy otwierali cholewkarze i łaciarze i gdzie dawniej schodzili się przemytnicy z obu stron muru. W cieniu bramy, porzucony wśród butwiejących straganów, stał wózek-zwyczajna platforemka dwukołowa, z dyszlem i łańcuchem. O szarówce podtaczano platforemkę do muru i po niej wspinano się na wierzch; tędy wracali do siebie szmuglerzy ze spółki Felka Pioruna jeszcze zimą ubiegłego roku. Odkąd Niemcy rozbudowali warsztaty na Prostej, placyk po wyburzonej posesji, łączący się z terenami Toebbensa, był silnie strzeżony i handel ustał, a próchniejące stragany zepchnięto na stos koło ruin, gdzie niszczały. Przedtem po przejściu każdego wózek usuwano spod muru na miejsce i dla niepoznaki odwracano do góry kołami. Kiedy nie ma komu zacierać śladów, taki przełaz może służyć tylko raz. A że Kalman tamtędy nie przeszedł, tylko cofnął się do przełazu u wylotu Grzybowskiej, myślano w kryjówce, że Niemcy sami wpadli na trop i wózek usunęli lub zniszczyli. Było jeszcze inaczej. Mordarski, który włóczył się tam nocami, słyszał od łazika na Ceglanej, że do tej pory nikt nie ruszył wózka z miejsca, a ci dwaj z Krochmalnej-poznali w nich Kalmana i Jehudę-zmuszeni byli się cofnąć, ponieważ patrol czarnych wcześniej zdemaskował przełaz po czyjejś nieudanej ucieczce. Krwaworączka wózka nie pozwolił ruszyć: posterunek w ruinach koło nowej pułapki czuwał dniem i nocą. (s. 366-367)
F, III A
Mordarski powiedział swoje ostatnie słowo. Poszedł i więcej do kryjówki nie wrócił. A ludzie ze strychów na Ceglanej długo potem jeszcze opowiadali więźniom od Toebbensa, jak to było. Przez Waliców na Ceglaną skradał się szarym świtem. Pod osłoną rumowiska straganów, aby nie wypatrzyli go wartownicy z Prostej, przepełznął placyk i wydostał się na ulicę Żelazną kolo przełazu. Tam stal i czekał, w widocznym miejscu. Rozpiął futro. Kiedy czarny wyszedł z ukrycia w zrujnowanej bramie, kupiec zdjął futro i rzucił mu pod nogi. Trafiony został z bliska. Mówili, że ten czarny zbaraniał, kiedy po drugim strzale kupiec stał mocno na nogach i zdążył jeszcze wyciągnąć spod koszuli woreczek kosztowności. Niemiec znów strzelił, Mordarski kosztowności upuścił, ale sam nie upadł. Wyjął w ostatniej chwili garść dolarów i cisnął czarnemu w twarz. Niemiec stał wśród polatujących pieniędzy i strzelał raz za razem spiesząc się, by Mordarski przestał wreszcie te pieniądze rozrzucać na wiatr, a on dalej rzucał tymi pieniędzmi w Niemca.
-Cham nie poznał się na cybetach.
Tak mówili ci, którzy koniec Mordarskiego oglądali ze strychów na Ceglanej.
-Eh, futro Mordarskiego! Wierzch z angielskiego sukna na cybetach i szalowy kołnierz z wydry.
Więźniowie z warsztatów na Prostej mówili inaczej; prawie to samo, ale trochę inaczej. A widzieli dobrze. Według nich Mordarski przekupił czarnego, ale przechytrzył. Zdjął futro, złoty zegarek z ręki. Czarny wciąż targował się z nim, chciał więcej. Mordarski odmawiał, pewno bał się zdradzić, że ma ukryte dolary. Kiedy czarny ubił z kupcem interes, odprowadził go pod murek, w tej zrujnowanej bramie oddał pierwszy strzał i zranił Mordarskiego w rękę. Ranny darł zębami ubranie, żeby wypruć zaszytą forsę, a w tym czasie czarny oddał dwa strzały. Zanim Mordarski skonał, sztywniejącą ręką rozrzucił koło siebie paczkę banknotów, które frunęły przez placyk aż pod warsztaty na Prostej; wtedy esesman oparł karabin o murek przy martwym i rzucił się w pogoń za dolarami, a był już najwyższy czas, bo paru wartowników opuściło posterunki przy drutach i potem-pokazując rękami po kolei ruinę bramy, usypisko sczerniałych straganów, wyburzoną posesję, dokąd sięgał ich rewir, i wartownię u wejścia do Toebbensa-długo o coś tam się z nim kłócili. (s. 368-369)
F, III A–III B
Pewnego dnia wpełznął do kryjówki wuj Gedali, z nim drugi więzień i długo wołali ukrytych rzucając w ciemność wersety hebrajskie, jak hasła, zanim rozproszeni w piwnicach wyszli do nich z ociąganiem. Kto się mógł spodziewać? W rękach mieli ciężkie cęgi, a reszta w sąsiedztwie uwalniała z zasieków Waliców pod strażą, rozkuwała kozły żelazne na ziom. Majster, który ze swymi ludźmi wracał na noc do fabryki Toebbensa i Schultza, podjął się przemycić parę łebków; ktoś szukał Kalmana Drabika i konwojent był tego dnia z góry opłacony. Naum i Elijahu poszli w tej grupie na Leszno. Dawid ukryty w tłumie więźniów człapał z wujem Gedalim do warsztatów na Prostą. (s. 371)
F, III–IV
Nie chciał jeść, nie mógł mówić. Otworzył usta i wdychał powietrze cichego wieczoru, a wraz z napływającym swobodnie do płuc tlenem czuł, jak wchłania w siebie już na zawsze obraz tego, co miał przed oczami: uliczkę pełną kocich łbów, oszpecony dom powiewający łachmanem sczerniałej firanki, latarnię skręconą i żałośnie przegiętą ku ziemi, jak omdlały pod ciężarem pnącz, ruinę wyniesioną wysoko swym bezkształtem w granatową pustkę-i z każdym oddechem widok ten był bardziej wyraźny i ostry, a ruch, ciągły ruch własnego ciała i kołysanie, ciągłe kołysanie pleców, ramion, głów idących przed nim, wprawiło go w stan jakiejś niezaznanej dotychczas lekkości i przepełniło mu serce rozrzewnieniem, zawstydzającym smutkiem, zachwytem. Kiedy minęli druty, człowiek zdjęty ze słupka już konał. Wyciągnięte ramiona niewiarygodnie daleko leżały za tułowiem, obok rozbita cegła i krew na papierze. Zepchnięty był w błoto i okryty podartym workiem po cemencie, a wartownik ocierając ręce o spodnie krzyknął w stronę kolumny, aby Werkmeister wyznaczył zaraz jednego, który go stąd sprzątnie, ale szybko! Tam, na ulicy Prostej, był właśnie „mały” Toebbens i tam przepracowali jeszcze parę miesięcy, oczekując komendy do wymarszu na Stawki. Każdy miał numerek, łatę z przodu i łatę z tyłu. Gwiazda na plecach i piersiach, maźnięta grubo olejną farbą, przeciekła przez ubranie, lgnęła do skóry i swędzące, zaognione plamy dokuczały długo. Myślał, że farba, nie wyschnie nigdy, wyschła, a znaki nadal piekły żywe ciało. Tam mówiono, że kryjówka na Krochmalnej ciągle jeszcze służy innym; ktoś widział na starych śmieciach skrzypka Nataniela, ktoś widział, jak kręci się w ruinach Uri, który wrócił zza muru, stara Zełda… Podobno, ze strychów na Ciepłej i Ceglanej przeniosło się do lochu parę rodzin, i był wśród nich u Toebbensa człowiek, który zaklinał się na wszystkie świętości, że Felek Piorun zdążył przed Niemcami opróżnić schowek ze skór i zabrać przy okazji jakichś Żydów. Trzy dni miał wozić furą Żeleźniaka towar pod osłoną starych mebli i popsutych zegarów, brudnych pierzyn, tłumoków z odzieżą.
No, ale wacha też musiała chyba coś z tego mieć. (s. 371-372)
F, IV
Po północy krążył strażnik dookoła baraków. Stawał cicho pod oknami, świecił do środka i światło skakało po pryczach, twarzach. Okna były okute kratą, a krata chroniona zwojem kolczastego drutu. Kluczem wlókł po prętach, czy całe, nie ruszone, i klucz w ciszy i ciemności wydawał znienacka upiorny zgrzyt; nim Dawid przywykł do tego-minęło trochę czasu, a sygnał strażnika zrywał go na nogi i oślepiony smugą latarki z walącym sercem rozglądał się w popłochu, nie wiedząc, gdzie jest i jak się tutaj znalazł. Potem już niewiele czasu pozostawało do porannej pobudki. Przed świtem dawali żreć wieprzom za osobnym ogrodzeniem, w takim samym baraku. Tuczyli je zlewkami z kuchni; na ludziach oszczędzali, reszta szła do koryta w chlewie. Ale chłopcy, których w warsztatach było kilkunastu za pozwoleniem majstra i cichą zgodą Niemców, powtarzali sobie na ucho, że wieprze karmione są ludzkim mięsem, trupami wywlekanymi z ruin i z kryjówek. Akurat, to była niemiecka słonina dla niemieckich żołnierzy, a oni na pewno nie jedzą byle czego. Świnie też muszą być rasserein. (s. 374-375 )
F, IV
Długo nie wyznaczano więźniom zajęć i w kantynie pijatyka trwała do południa. Trzaskały drzwi, radio grało. Stali tłumem, kiedy patrole czarnych otoczyły w milczeniu kamienicę i baraki Toebbensa, a strażnicy wyciągali z ukrycia ostatnich Żydów. Padał deszcz ze śniegiem, wiało. Dwie ciężarówki ledwo pomieściły kaleki i starców, których na ostatek znaleziono ukrytych w zakamarkach warsztatu. Wyciągali przed siebie mokre dłonie; żegnali krewnych, palcami chwytali powietrze, krople deszczu. Zdrowych uciekinierów ustawiono osobno. Werkmeister, blady jak płótno, wystąpił i przemówił do nich
– Cieszcie się, pan komendant daruje wam winę i pójdziecie z innymi na Umschlagplatz-W drodze Dawid słyszał, jak szeptem mówiono, że jacyś więźniowie zostali na Prostej i zdołali się tam dobrze ukryć. (s. 376)
Bibliografia
– Stanisław Gombiński (Jan Mawult), Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, red. naukowa i wprow. M. Janczewska, Warszawa 2010, ss. 282.
– Leokadia Schmidt, Cudem przeżyliśmy czas zagłady, przedmowa i objaśnienia Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.
– Perec Opoczyński, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 31: Pisma Pereca Opoczyńskiego, oprac. M. Polit, Warszawa 2017.
– Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, Opracowała i uzupełniła Noemi Makowerowa, Ossolineum 1987.
– Noemi Makower: Wstęp, Szpital chirurgiczny na Lesznie 1, Werterfassung, Zakończenie, w: Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, Opracowała i uzupełniła Noemi Makowerowa, Ossolineum 1987.
– Marek Edelman, Getto walczy. (Udział Bundu w obronie getta warszawskiego), Warszawa 1945.
– Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa 1983.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, tom 29a Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, oprac. E. Bergman, T. Epsztein, M. Siek, Warszawa 2018.
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.
– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.



