Róg SOSNOWA 10 / ZŁOTA
Symcha Binem Motyl
JA, II B (sierpień 1941)
Było to w sierpniu w nocy z sobotę na niedzielę. Przed 9 wieczorem, to jest przed godziną policyjną w getcie. Udałem się do znajomego kupca szmuglera, który miał swoją metę na rogu Sosnowej i Złotej. W tym miejscu ulica Sosnowa była zamurowana tak, że narożny dom nr 10 należał do getta, zaś domy z ulicy Złotej były po stronie aryjskiej. Zwykle w nocy przyjmował on towar. Poczekałem u niego w mieszkaniu do północy. O tej porze zaczął przychodzić towar. Wyglądało to jak na jakimś filmie kryminalnym. Cała „obsada” mety, a ja z nimi, weszliśmy na poddasze, oczekując wśród nocnej ciszy i w ciemnościach sygnału. O omówionej porze dało się słyszeć lekkie stąpanie po dachu i cichy zgrzyt pochodzący z otwierania klapy na dachu przy kominie. Z góry zaświecono latarką i jakaś postać bezszelestnie wsunęła się do środka. Zauważyłem, że chodził[a] w skarpetkach. Był to łącznik ze strony aryjskiej. Po omówieniu pewnych technicznych szczegółów dotyczących transportu tenże wrócił i po krótkim czasie dawało się słyszeć na nowo ciężkie, lecz prawie bezszelestne stąpanie. Natychmiast przystawiano drabinę do otworu i tym razem zamiast ludzkiej postaci wsunął się worek jakiegoś zboża. Szybkim ruchem został on podchwycony przez stojącego na drabinie tragarza, ten podał go czekającemu już przy drabinie innemu i po chwili worek ten znikł gdzieś w ciemnościach strychu. Po krótkiej chwili wsunął się drugi worek, za nim trzeci, czwarty i dziesiąty, po czem kolejno szły kosze z mięsem, drobiem, ćwiartki wołów, świń, skrzynie z jajami, paki masła, w końcu duże worki zielenizny, ziemniaki itd. Trwało to około godziny. Obliczyłem w duchu, że towar ten wynosił grube tysiące złotych. Na końcu wsunął się ten sam jegomość, który był na początku. Za nim jeszcze kilka innych postaci, a między innymi jakaś zdrowo zbudowana dziewczyna o energicznych ruchach i męskim głosie. Zwali ją Zosią. Wszyscy byli boso i od wszystkich zalatywał zapach wódki. Podziwiałem, jak oni mogli przed taką pracą pić wódkę. Całe towarzystwo weszło do jakiegoś pokoiku, zamieszkałego przez jednego ze szmuglerów widocznie, gdzie spały jakieś dzieci, i zaczęły się obliczenia. (s. 93–94)
JA, II B (sierpień 1941)
Zostałem polecony opiece wspomnianej Zosi i jakiemuś gościowi, którzy ostatnio odeszli. Jak się okazało, był to dozorca sąsiedniego domu po aryjskiej stronie i jego wspólniczka – kochanka.
W pewnym podnieceniu wdrapałem się na dach [kamienica Sosnowa 10]. Kiedy wlazłem przez otwór, widziałem tylko nad sobą gwiazdy, dookoła lekkie kontury kominów, a na dole nic – jakaś ciemna przepaść. Widząc, że się waham, moja przewodniczka podała mi rękę i zwróciła mi uwagę, abym stąpał ostrożnie, by nie potrącić nogą cegieł, które nie wiadomo dlaczego, leżały tu i ówdzie. Chodziłem po deskach przymocowanych na szczycie dachu, po których zwykle spaceruje kominiarz. W jednej ręce trzymałem pantofle swoje, drugą podałem swojej towarzyszce, która szła obok, lecz nie po desce, a na samej blasze. Podziwiałem jej zwinność i wprawę. W pewnym miejscu kładka się kończyła. Trzeba było chodzić kilkanaście metrów po pochyłości dachu w dół, aby stamtąd przedostać się zwinnym krokiem gdzieś na drugi dach, nieco niższy. Gdyby nie absolutna ciemność, nie pozwalająca orientować się w niebezpieczeństwie terenu, i gdyby nie moja doskonała przewodniczka, nigdy nie zdobyłbym się na odwagę przebycia tej powietrznej trasy. Mój bagaż powierzyłem z polecenia mego krajana tym, którzy wpierw już poszli. Po krótkiej wędrówce, które trwała może kilka minut, lecz mnie wydawała się b[ardzo] długa, dotarliśmy do jakiegoś otworu i dachu. Na dole paliło się światło i drabiną dostałem się do środka. Był to taki sam strych, lecz już po aryjskiej stronie na innym świecie. Tam znalazłem swój bagaż, dozorca wskazał mi pustą komórkę, gdzie miałem przeczekać do rana, aż ten przyjdzie po mnie, aby mnie sprowadzić na dół i na ulicę.
Na rozesłanym worku przespałem aż do rana. Obudziłem się, kiedy już słońce dobrze świeciło. Mojego dozorcy nie było. Byłem niespokojny, bo nie mogłem zostać na strychu, a samemu nie miałem odwagi zejść na dół. Na szczęście nikogo na schodach nie spotkałem. Wstąpiłem do stróżówki, aby dać znać, że odszedłem, i tam zastałem dozorcę mocno chrapiącego, a na stole puste butelki. Po cichu wysunąłem się na ulicę i stamtąd bez przeszkód na pobliski dworzec. Bez przeszkód dostałem się do Sochaczewa. (s. 94–95)
Bibliografia
– Symcha Binem Motyl, Do moich ewentualnych czytelników. Wspomnienia z czasów wojny, red. naukowa i wprowadzenie A. Haska, Warszawa 2011.


