Róg ulic ŚWIĘTOJERSKA 32/34/ FRANCISZKAŃSKA (szop szczotkarzy)
Henryk Bryskier
ONI, V
„Szczotkarze na narożnym domu, róg Świętojerskiej i Franciszkańskiej, wywieszają olbrzymi transparent biało-czerwony nawołując Polaków do udzielenia pomocy. Pozostają bez echa.” (s. 244)
Marek Edelman
ONI/JA, III A
„Dnia 13 sierpnia 1942 zostaje z fabryki W.C. Toebbensa zabrana Sonia Nowogródzka. Dziwnie się to jakoś złożyło. Dwa dni przed tym Sonia, wyglądając przez okno na powracających z pracy, mówi: „Moje miejsce jest nie tutaj. Zobaczcie, kto zostaje w getcie – to przecież kołtuństwo. Cały proletariat idzie czwórkami na Umschlag. Ja muszę z nimi pójść. Gdy ja z nimi będę, to nawet w ostatnich chwilach w wagonach i dalej będą czuć się ludźmi. Pozostaje nas mała garstka. Robimy, co można, ale można bardzo mało. Chcemy za wszelką cenę ratować jeszcze to, co się da. Umieszczamy ludzi na niemieckich, jak się wówczas zdawało, najlepszych placówkach pracy. Powoli tracimy kontakt prawie z wszystkimi. Pozostaje tylko jedna większa grupa towarzyszy (20-25 osób) u „szczotkarzy” na Franciszkańskiej.” (s. 39-40)
Helena Szereszewska
JA/ONI, IV A (jesień- zima 1942)
„Każdego wieczoru przychodził do Niny młody, dwudziestoletni chłopiec. Nazywał się Olek Nimcewicz. Był werkszucem w szopie szczotkarzy przy ulicy Bonifraterskiej. Szop szczotkarzy był największym warsztatem w getcie i zatrudniał największą liczbę robotników.” (s. 162)
„Gdy tak siedziały i rozmawiały, przeszedł przez pokój Olek Nimcewicz. Nina odprowadziła go do drzwi i wróciła z powrotem.
„Wy nie wiecie o tym — powiedziała — powiem wam coś, co was zadziwi… (ze wzruszenia nie wiedziała, jak zacząć) — Olek jest żonaty z własną siostrą!”
O takim wypadku jeszcze nie słyszeliśmy.
„Nim został werkszucem, był policjantem. I wtedy właśnie wziął z nią ślub u rabina. Krył ją jako swoją żonę. Mieszkają w szopie szczotkarzy na Świętokrzyskiej.” (s. 201)
Symcha Binem Motyl
JA, IV A
Po tragicznym zlikwidowaniu placówki na Żelaznej [54] postanowiłem przerwać z wychodzeniem na aryjską stronę i szukać „zajęcia” na terenie szopu. Wspólnie z wspomnianym Berciem Bocianem i drugim awanturniczym duchem, Eliaszem Klajnbartem, obmyśliliśmy nowy plan działania. Postanowiliśmy wykorzystywać „strategiczne” położenie naszego szopu, to jest sąsiedztwo ze stroną aryjską, dla transportowania towaru. […] Jeden z naszej trójki, Eliasz, przemianowany na Zygmunta, o dość dobrym wyglądzie aryjskim, przeszedł na aryjską stronę i miał nam przerzucać codziennie o umówionej porze paczki żywnościowe, my zaś mieliśmy mu podawać „ciuchy”. Początkowo robota szła na małą skalę, gdyż sam jeden nie był w stanie dużo towaru podać ani też zabierać. Codziennie zatem przerzucał nam 2 lub 3 paczki 5-kilowe, zawierające cukier, tłuszcz, słodycze itp. Odbywało się to zwykle o zmierzchu, kiedy ruch po aryjskiej stronie był najmniejszy. Po naszej stronie praca była mniej niebezpieczna, gdyż miejscowy niem[iecki] Werkschutz, nie podejrzewając, że idzie przez mur jakaś robota, nie zwracał na nas początkowo specjalnej uwagi. Z czasem jednak robota ta przybrała poważniejsze formy, gdyż nasz Zygmunt, nie mogąc samemu sobie poradzić po aryjskiej stronie, gdyż musiał koniecznie ustawiać na rogach ulic „świece”, przyjął do pomocy kilku znajomych Aryjczków, którzy początkowo byli tylko pomocnikami, ale później stali się naszymi kontrahentami. Rozszerzono wtedy znacznie pracę i utworzono prawdziwą „metę” szmuglerską, jedną z takich, jakie istniały przed wysiedleniem w różnych punktach getta. Jako stały punkt do „roboty” wyznaczyliśmy odcinek muru, na ulicy Świętojerskiej między numerami domów 28–34. Codziennie o umówionej porze, na dany z tamtej strony muru sygnał, przystawiano drabinę, jeden z nas (przeważnie ja osobiście) stanął na niej na wysokości muru i przejmował podawane z dołu paczki żywnościowe. Po przejęciu paczek, o ile była dogodna chwila, wydawano nasze „ciuchy” i w ciągu kilku sekund wszystko znikło, jakby się pod ziemię zapadło. (s. 138–139)
JA, IV A
Komunikowaliśmy się telefonicznie sposobem szyfrowym oczywiście. Był bowiem na terenie szopu telefon, funkcjonujący nieoficjalnie i oddający nam i wielu innym, którzy mieli kontakt z aryjską stroną, nieocenione usługi. (s. 141)
JA, IV A (18.01.1943)
Tymczasem nadszedł styczeń 1943 r., a z nim zapowiedziana akcja. Było to dnia 10 [Pomyłka autora – Akcja Styczniowa rozpoczęła się 18.01.1943]. Po przeprowadzeniu akcji w innych szopach oraz na tzw. dzikim terenie, tj. na ulicach: Nalewki, Zamenhofa, Miła, Wołyńska i okolice, weszli Niemcy na teren naszego szopu. Stało się to zupełnie niespodziewanie. Około 12 w południe zjawiła się żandarmeria, obstawiła wszystkie bramy i wyjścia i weszli do warsztatów. Stało się to tak niespodzianie, że niewielu zdążyło udać się do schronów. Zabrano wtedy przeszło 800 osób, których zastano przy warsztatach. (s. 143)
JA, IV A (18.01.1943)
Wybiegłem przed bramę [Świętojerska 30], chcąc się udać do następnej bramy pod nr 32, gdzie mieściły się warsztaty, ale zauważyłem, że stojący tam żandarmi zamierzają udać się w moją stronę. Bezwiednie cofnąłem się z powrotem, a obawiając się, że nim zdążę przebiec przez podwórze do następnej bramy, mogę być przez nich zauważonym, wskoczyłem do sieni, a stamtąd schodami na strych. Stanąłem tam i spoglądałem w dół. W tym momencie zauważyłem wychodzącą z drugiej bramy podwórza moją żonę, prowadzącą za ręce dwoje dzieci: Manula i Zulę Zajfów, którzy razem z ich wujkiem – Dawidem Motylem – mieszkali z nami, a zmierzających do warsztatów. Chciałem ich zawołać, ale wstrzymałem się, nie wiedząc, czy dobrze zrobię, jeśli ich zabiorę do siebie na strych, gdzie nie mógłbym ich nigdzie ukryć. Postanowiłem przeto zostawić ich własnemu losowi. Śledziłem z zapartym oddechem, co się dalej stanie. Zauważyłem tedy, że po chwili żona z tymi wróciła. Widocznie i ona nie chciała pójść sama w ręce żandarmów i zawróciła z drogi. Zniknęli wtedy w bramie i straciłem ich z oczu. Zacząłem się tedy zastanawiać nad własną sytuacją. Zejść na dół nie mogłem, a pozostać samemu na strychu znaczyło śmierć na miejscu w razie nadejścia tam Niemców. Zacząłem szukać jakiegoś schronienia, lecz strych był zupełnie pusty. Przechodziłem z jednej klatki schodowej n drugą, lecz nigdzie nie znalazłem odpowiedniej kryjówki. Wtem zauważyłem jakąś wanienkę blaszaną, taką, w jakiej kąpie się małe dzieci. Postanowiłem tam się ukryć. Odwróciłem ją dnem do góry i sam ulokowałem się pod nią. (s. 143–144)
JA, IV A (Akcja Styczniowa)
Pierwszy raz miałem wtedy poznać naocznie jeden z setek bunkrów podziemnych getta. Był on tak zamaskowany, że chociaż mieścił się w tej samej sieni, gdzie mieszkaliśmy od 4 miesięcy, to nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Była to piwnica pod mieszkaniem, pogłębiona i poszerzona, oczywiście bez okien i żadnego otworu od zewnątrz. Było tam światło elektryczne, zaciągnięte od pionu, woda, poprowadzona specjalnymi rurami, dół klozetowy. Po bokach ustawiono ławki, 2 łóżka i inne niezbędne urządzenia. Każdy miał przy sobie jakieś toboły pościeli i żywności. Nie był to schron przewidziany na dłuższą metę, ale na przejściowy okres akcji, podczas gdy bywały schrony przewidziane na pobyt 6-miesięczny, a nawet dłużej. Powietrze dochodziło jakimiś wąskimi kanałami, wyprowadzone na zewnątrz. Wejście do tego schronu było od jednego kąta w kuchni pod oknem, gdzie podnosiło się klapę, zrobioną z 2 lub trzech desek od podłogi. Otwór był tej wielkości, że tylko jedna osoba mogła się przez niego przedostać. Po wejściu do schronu zamykał klapę jeden wtajemniczony Werkschutz, który miał w tym schronie matkę i siostrę, po czym nasuwał na nią stojący obok kredens. (s. 146)
Bibliografia
– Henryk Bryskier, Żydzi pod swastyką, czyli getto w Warszawie w XX wieku, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2006.
– Marek Edelman, Getto walczy. (Udział Bundu w obronie getta warszawskiego), Warszawa 1945.
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.
– Symcha Binem Motyl, Do moich ewentualnych czytelników. Wspomnienia z czasów wojny, red. naukowa i wprowadzenie A. Haska, Warszawa 2011.



