[TRASA] DWORZEC ŁÓDŹ KALISKA – KAROLEWO
Mordechaj Szwarcbard
JA/ONI, I (27.12.1939)
27 grudnia [19]39 [r.] o godzinie trzeciej po południu zostałem z grupą Żydów złapany na ulicy i odprowadzony na stację kaliską. Tam natrafiliśmy na kolejną grupę i razem poszliśmy do Karolewa, stacji przed Łodzią. Kiedy doszliśmy do Karolewa, wsadzili nas do wagonów przygotowanych dla przesiedleńców z Galicji. Czekając na Niemców, którzy jechali do domu, zabawiali się z nami. Dowodziły nimi oddziały pomocnicze SS. Byli to Niemcy łódzcy, odrobinę bardziej swojscy. My, nie wiedząc, na co czekamy, wyobrażaliśmy sobie różne rzeczy. Zabawianie się szło w kierunku straszenia, że wiozą nas do Krakowa, a stamtąd do obozu koncentracyjnego. Tam już zrobią z nami, co należy. Tymczasem wypytywali o różne rzeczy – kim jesteśmy, co robimy – i każdego z nas zapisywali. Jednemu, który okazał się muzykiem (pianistą), zaraz dali miotłę i musiał zamiatać wagon i śnieg i jednocześnie śpiewać. Dopiero o godzinie dwunastej w nocy zauważyliśmy, po co nas tutaj przywlekli. Przyjechała pierwsza grupa Niemców, którzy jechali z Galicji do Niemiec. Przybyli ze swoimi rodzinami, starcami i chorymi, dziećmi i pakunkami (ręcznymi) i musieliśmy wyjść im naprzeciw, wziąć pakunki i załadować je do przygotowanych wagonów. Część za nic nie chciała powierzyć nam rzeczy. Przyjechały grupy z Konstantynowa, gdzie spędzili święta Bożego Narodzenia w specjalnie przygotowanych barakach. Rozmawialiśmy z Niemcami, którzy w ogóle nie mówili po niemiecku. Można było rozmawiać z nimi po polsku, rosyjsku, ukraińsku, ale niemiecki znali bardzo słabo. Kiedy przybyła druga grupa, kapitan, gruppenführer, nie pozwolił nam nosić pakunków ręcznych. Powiedział, że te leniuchy mogą same nosić pakunki, i rozkazał nam siedzieć w ogrzewanych wagonach. Dopiero około 1 w nocy rozpoczęła się właściwa praca. Zaczęły nadjeżdżać samochody ciężarowe z różnymi bagażami, które musieliśmy w przeciągu kilku minut wyładować i załadować do wagonów. Szło to na niemiecki sposób, z kopaniem nogami i biciem nahajkami. Pracowaliśmy tak do wpół do ósmej rano. W czasie prac nocnych specjalnie wyróżnił się jeden z jadących do domu Niemców, który w sadystyczny sposób kopał i bił każdego Żyda i nie pozwalał [mu] odpocząć. Niektórym robotnikom połamano ręce i nogi. Inni mdleli. Koniec nocnych robót nastąpił o wpół do ósmej rano, gdy przyjechali dowodzący akcją, spojrzeli na zegar i powiedzieli, że [jest] już późno, a pociąg jeszcze nie odjechał. Wydali rozkaz, że w ciągu 2 minut pociąg ma wyruszyć. Kiedy przekazano im, że ma przyjechać jeszcze 7 samochodów z bagażami, jeden z nich zaczął krzyczeć i strzelać w powietrze na znak, co miało być sygnałem do odjazdu pociągu. W tej właśnie chwili nadjechały 3 samochody z bagażami. Pociąg już nie odjechał. Przy strzelaninie z rewolwerów, kopniakach i biciu w ciągu kilku minut przerzuciliśmy bagaże z samochodów do wagonów. Jeden z robotników, aplikant sądowy, był cały zakrwawiony od bicia, jakie dostał.
Interesująca okazała się rozmowa z volksdeutschem z oddziałów pomocniczych SS. Po nocnych robotach, kiedy dał nam zaświadczenia pracy – było to o godzinie 9 rano – rozmawialiśmy z nim o całej nocnej pracy na takim mrozie, w wolnym polu, bez odrobiny ciepłej wody. Odpowiedział nam, że on też [jej] nie dostał. „Wy, Żydzi, chcieliście wojny”. Na co jeden [z robotników] odpowiedział: „Gdybyśmy my, Żydzi, mieli tyle siły, to byłoby zupełnie na odwrót”. Na co on z uśmiechem odparł jak ktoś, kto sam nie wierzy w to, co mówi. Po pracy część [osób] poszła spać. (s. 209–210)
Bibliografia
– Mordechaj Szwarcbard, Aktualności, przeł. Magdalena Siek [w:] Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy – Archiwum Ringelbluma, t. 23, cz. II, Dzienniki z getta warszawskiego, oprac. K. Person, M. Trębacz, Z. Trębacz, s. 209–244.



