[TRASA] ŚWIĘTOJERSKA 32 – ŚWIĘTOJERSKA 30 – FRANCISZKAŃSKA 28

Symcha Binem Motyl

JA, V

Wydostałem się na zewnątrz [schronu przy ul. Świętojerskiej 32 na czwartym piętrze], ciągnąc Nadzię za sobą. Groźny widok pożaru uderzył mnie w oczy. Cały dom stał w ogniu. Cała frontowa klatka schodowa paliła się z trzaskiem. O przedostaniu się tędy na dół nie mogło być mowy. Lecz nie było ani chwili do stracenia. Tylko przytomność umysłu mogłaby coś tu dopomóc. Rozpaczliwie zacząłem się oglądać za jakimiś schodami, by dostać się nimi na dół. Niebezpieczeństwo dostania się w łapy czekających na dole ewentualnie oprawców usunięte było w tej chwili na dalszy plan. Przede wszystkim trzeba wydostać się z płomieni, które nas niemal osmalają. Wiedziałem, że jestem gdzieś blisko schodów kuchennych. Poznałem drzwi przed sobą. Na szczęście były otwarte. Rzuciłem się w nie, ciągnąc Nadzię za rękę. Za nami jeszcze kilka osób. Udało się nam zejść schodami kuchennymi, nie objętymi jeszcze pożarem, o 1 piętro niżej. Już była to pewna wygrana. Lecz o zgrozo! Dalszych schodów już nie ma, a na ich miejscu widnieje ciemny otwór, przepaść trzypiętrowa, zawalona na dnie belkami i gruzem. […] Zawróciłem z powrotem o pół piętra w górę, gdzie przed tym zauważyłem w przelocie drzwi prowadzące do następnych mieszkań bocznego skrzydła tego ogromnego gmachu. Tamtędy pragnąłem wydostać się przez którąś z sieni tego skrzydła, których było zdaje się cztery czy pięć. Drzwi te były również otwarte. Przebiegliśmy po ciemku kilka pokoi, kierując się ciągle w stronę bramy od ulicy Wałowej. Były to pokoje, w których jeszcze 3 dni temu wrzała praca niewolników, szczotkarzy, którym zdawało się, że pracując intensywnie dla Wehrmachtu, będzie im życie darowane. Teraz warsztaty te były doszczętnie zrujnowane, włosie i inne materiały porozrzucane, stoły porozbijane. Zrobiły to ręce niemieckie, czy też może żydowskie, ręce tych samych robotników, którzy przekonawszy się o bezcelowości ich pracy, postanowili w ten sposób zemścić się na swoich oprawcach. Przebiegliśmy kilka pokoi, omijając tu i ówdzie dziury w podłogach, by nie wpaść do mieszkań niższych. Udało mi się ten sposób osiągnąć jeszcze 2 piętra w dół. Teraz byliśmy na ostatniej klatce schodowej tego skrzydła, lecz jeszcze nie na dole. Od upragnionego parteru dzieliło nas zaledwie jedno piętro. Lecz innego wyjścia, a raczej zejścia, nie było. Szukałem dookoła jakiegoś sznura czy deski, by spuścić się na dół. Wymacałem w mroku jakieś żelaziwo. Była to poręcz schodów, zwisająca bezwładnie w dół. Bez namysłu ześlizgnąłem się po niej w dół. Stanąłem na poziomie podwórza, lecz oddzielony jeszcze od wyjścia z sieni małą przerwą w posadzce, gdyż ta była zerwana i przede mną widniał otwór piwnicy. Wyciągnąłem jakąś belkę, którą z nadmiernym wysiłkiem udało mi się przerzucić drugim końcem do progu sieni. Miałem zatem pomost do wyjścia gotowy. Teraz zacząłem pomagać pozostałej grupie ześlizgnąć się po tej samej poręczy i przenosić nieszczęsnych i przerażonych do nieprzytomności biedaków. Było ich może 10 osób, przeważnie kobiety. […] Cały dom ze wszystkich stron objęty był płomieniami. Widno było jak w dzień. Ze wszystkich stron terkotały karabiny maszynowe. Niebezpiecznie było stać pod murem, gdyż z płonących okien i balkonów stale spadały głownie ognia, nie mniej bezpiecznie było jednak stać na środku dziedzińca, gdzie bylibyśmy wystawieni na cel cekaemów, ustawionych u wylotu bramy od Świętojerskiej, jak i Wałowej. Byliśmy teraz jak na dnie studni, której ściany dookoła się palą. Ale z tej studni trzeba się wydostać. Powziąłem plan przedostania się do prawego skrzydła kamienicy, skąd otworami porobionymi uprzednio na strychu można było dostać się na sąsiedni teren domu nr 30 ulicy Świętojerskiej. Lecz plan ten nie był łatwy do wykonania. Przede wszystkim trzeba było prześlizgnąć się niepostrzeżenie przez całą szerokość podwórza i nie być zauważonym przez ukrytych i czyhających na nas żołdaków. Zaryzykowaliśmy. Trzymając Nadzię za rękę, przelecieliśmy na oślep. Zdążyłem uchwycić wzrokiem w przelocie ogromny lej powstały od bomby czy granatu, tuż przed magazynem „aprowizacji”, a na dnie tego leju jedna z platform furmańskich, które zwykle stały przed sienią tego magazynu. Zaterkotały cekaemy, ale my byliśmy już w jednej z sieni przeciwległego skrzydła domu. Na szczęście nie była ona jeszcze w ogniu. Otwór w murze – jedyna nadzieja ratunku – znajdował się na strychu nad siedzibą Werkschutzu, a więc w prawym kącie podwórza, licząc od bramy Świętojerskiej.
Zadaniem najbliższym było przedostać się górnymi piętrami aż do końca prawego skrzydła domu, a potem na strych do upragnionego otworu w murze. […] Biegliśmy na oślep poprzez gęsty dym, kaszląc i słaniając się. Wlokąc ciągle Nadzię za sobą, starałem się nie utracić przed sobą dziewczyny – przewodnika. Przebiegłszy przez kilka pokoi, ciągle zbliżając się do siedziby Werkschutzu, staraliśmy się równocześnie osiągnąć coraz to wyższe piętro tak, że kiedy znaleźliśmy się nad Werkschutzem, który stał teraz całkiem w ogniu, byliśmy już jednocześnie na najwyższym piętrze, którego ogień jeszcze nie dosięgnął. Stamtąd łatwo dostaliśmy się na strych domu i byliśmy przy upragnionym otworze. W zupełnej ciemności i prześlizgnęliśmy się przez ten otwór jeden za drugim i oto byliśmy na strychu sąsiedniego domu (Świętojerska 30), tego domu, gdzie spędziliśmy kilka miesięcy i gdzie znany mi był każdy zakątek. Owionął nas nocny chłód, gdyż dom ten oddzielony grubym murem od sąsiedniego, nie był jeszcze dotknięty ogniem. W zupełnej ciemności zaczęliśmy strychem przesuwać się coraz głębiej w stronę podwórza, aby dostać się do oficyny ostatniego podwórka, skąd znów jakimiś otworami w murze przedostać się na teren domu nr 28 przy ulicy Franciszkańskiej. Tam bowiem mieli schron przygotowany nasi przyjaciele: Heniek Jakubowicz wraz z garstką chłopców, którzy w swoim czasie uciekli byli z getta w Gostyninie, aby się schronić w getcie warszawskim. Omijając ostrożnie dziury w sufitach, które na szczęście znałem na pamięć, przebrnęliśmy szczęśliwie przez stosy pierzyn i rupieci do ostatniej klatki schodowej tego domu. Innym udało się mniej szczęśliwie, albowiem z krzyków usłyszanych za sobą domyśliłem się, iż wpadli do jakiejś „studni”, nie było jednak czasu do zastanawiania się nad tym i ruszyliśmy ostrożnie na dół, nadsłuchując, czy nie ma na podwórzu Niemców. Jakoś ich o tej porze nie było. Bali się bowiem nocą pozostawać na nieznanym im terenie, skąd mogłaby ich trafić jakaś wymierzona z niewidzialnego otworu kula.
W pewnej chwili usłyszeliśmy jakieś ostrożne poruszenia pochodzące z pomieszczenia, które służyło dotychczas za stajnię lub też za szlachtuz, w zależności od potrzeby, a mieszczące się właśnie w tym ostatnim podwórku. Tam zabijano nocą konie, które sprowadzano w dzień do getta. Odbywało się to w ten sposób, że furman, mający przepustkę na wywóz śmieci (a wywoził pod śmieciami towary), wyjeżdżał wozem zaprzężonym w jednego konia, a wracał dwoma. Mądry żandarm nie wpadł na ten trik i dzięki temu mieliśmy w getcie doskonałe befsztyki z polędwicy końskiej. Otóż w danej chwili wrota tej stajni ostrożnie się uchyliły i wyjrzała przestraszona głowa ludzka. Porozumieliśmy się na migi. Okazało się, iż w stajni tej urządzony był podziemny bunkier, skąd osobnik ów wyszedł na zwiady. Był zażenowany bardzo w obawie, abyśmy go nie zmusili do pokazania nam wejścia do tego schronu i by nas udobruchać i odwrócić uwagę od schronu, pokazał nam miejsce, gdzie stało kilka pudełek prawdziwej macy paschowej. To mi przypomniało, że jest właśnie Wielkanoc, a że byłem wygłodniały jak wilk, rzuciłem się bez namysłu na tę niespodziewaną zdobycz. Czyja to była własność, nie wiedziałem, ale to wtenczas nie było ważne. Była to zapewne część zapasów nagromadzonych skrzętnie przez tych, którzy wierzyli, że bunkry będą ich chronić w razie akcji.
Napchawszy kieszenie, weszliśmy znów do sieni poprzecznej oficyny i stamtąd przez otwór w murze przedostaliśmy się na teren domu przy ul. Franciszkańskiej [28]. (s. 172–176)

Bibliografia

– Symcha Binem Motyl, Do moich ewentualnych czytelników. Wspomnienia z czasów wojny, red. naukowa i wprowadzenie A. Haska, Warszawa 2011.