ZAMENHOFA 19 (siedziba gminy żydowskiej od sierpnia 1942)
ZAMENHOFA 19 – siedziba gminy przeniesiona w sierpniu 1942 r. z Grzybowskiej 26
![Ul. Zamenhofa 19 (przed koszarami). Tłum ludzi na ulicy getta (Fot. W. Georg, lato 1941). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]](https://nplp.pl/wp-content/uploads/2019/08/ZAMENHOFA-19-tłum-ludzi-na-ulicy-getta.-Ul.-Zamenhofa-przed-koszarami-fot.-W.-Georg-lato-1941-sygn.-GEORG-096.jpg)
Ul. Zamenhofa 19 (przed koszarami). Tłum ludzi na ulicy getta (Fot. W. Georg, lato 1941). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]
Henryk Bryskier
„Nie mniej moralnym zadośćuczynieniem był pokaz gimnastyczny kilkuset biednych dzieci z półkolonii, będący pod opieką Żydowskiego Pogotowia Ratunkowego, które na olbrzymim podwórku w czworoboku b. więzienia wojskowego przy ul. Zamenhofa 19 prezentowały się starszemu pokoleniu.” (s. 147)
II/III
„Z biegiem czasu żydowską pocztę przeniesiono do większego pomieszczenia w gmachu b. wojskowego więzienia przy Zamenhofa 19, gdzie o wiele wygodniej załatwiało się interesantów. Na miejscu siedzieli w charakterze pisarzy, wypełniających rozmaite druki pocztowe lub adresy, żydowscy adwokaci – jak wiadomo – pozbawieni praktyki, ale łaskawie – przy nie byle jakiej protekcji – dopuszczeni do zajęcia stolika na korytarzu obok woźnego. Za swoje czynności pobierali ile kto z łaski dawał: 5 lub 10 groszy albo w ogóle ograniczano się do słowa ‘dziękuję’. Słowa te pod koniec dnia nie dawały się zamienić nawet na najdrobniejszą monetę zdawkową, to też zarobek dzienny dochodzący przeciętnie do 5 złotych, nie wystarczał na zakupienie ½ kg chleba.” (s. 155)
ONI, III A
„Rada Żydowska ulokowała swoje biura w gmachu b. więzienia wojskowego przy ul. Zamenhofa 19; Zakład Zaopatrzenia zainstalował się przy ul. Franciszkańskiej 30 i 32, a wszystkie oddziały szpitala zostały rozmieszczone w domu nr 6 przy ul. Gęsiej, zaś przedsiębiorstwo wywozu śmieci przy ul. Franciszkańskiej 24 i Żydowskie Pogotowie Ratunkowe – przy ul. Wołyńskiej. Radcowie i urzędnicy gminy, którzy poprzednio zamieszkiwali bloki przy ul. Chłodnej, przenieśli się na ul. Muranowska 40-44.” (s. 190)
ONI, V
„Członkowie Rady Żydowskiej zostają rozstrzelani na terenie gmachu gminy przy ul. Zamenhofa 19.” (s. 244)
Stanisław Gombiński
„Obecne getto ma jeden tylko bezpośredni wylot na aryjską stronę, jest to wylot „Dzika” – biegun północny. Druga brama, przy zbiegu Gęsiej i Zamenhofa, również obstawiona żandarmami, ale bez polskiej policji, stanowi granicę południową, nie prowadzi jednak na aryjską stronę, od tej granicy zaczyna się wielki pas ziemi niczyjej, no man’s landu, zajmujący dawne „duże” getto, wymarłe ulice, puste domy, rozwalone mieszkania, wyrwane drzwi, sprzęty porozrzucane po podwórzach i chodnikach, sklepy wyszczerzające rozbite futryny, drzwi i okna jak bezzębne szczęki – pejzaż gdzieniegdzie jest przerwany oparkanioną wyspą shopu.
Jeżeli dążący na stronę aryjską przekraczają bramę na Gęsiej, mogą kierować się do jednego z trzech wylotów, z tej strony położonych: Leszno – Żelazna, czyli wylot „Leszno”, Gęsia – Okopowa, czyli wylot „Okopy”, i Nalewki – Ś[wię]tojerska, czyli wylot „Leszno”. Ogółem więc są cztery wyloty na aryjską stronę, ponadto jeden wylot pośredni, wewnętrzny: Zamenhofa – Gęsia.
Od godz. 8 zaczyna się w getcie ruch placów karzy, największe nasilenie ruchu przypada w godzinach 6-8. Coraz jakaś grupa zmierza do bramy „Gęsia”, często grupa formuje się dopiero na placyku przed Gminą, przed domem [przy] Zamenhofa 19 [siedziba Rady]. Ruch, gwar, ubrani w najfantastyczniejsze okrycia, kobiety w chustkach na głowie, często w męskich spodniach, mężczyźni w czapkach – kapelusz wywołuje podejrzenia i uderzenia ze strony Niemców – wszyscy placów karze zwracają uwagę swą tuszą. Ale myliłby się, kto by przypuszczał, że otyłość ich jest naturalna. To jest otyłość sztuczna, handlowa: każdy i każda okręceni są pod bluzami i płaszczami przemyconą odzieżą lub bielizną, noszą na sobie fantastyczne ilości przedmiotów, przeznaczonych na sprzedaż.” (s. 122-123)
Abraham Lewin
ONI, IV A
„Wczoraj sprowadzili do getta (do Rady Żydowskiej przy Zamenhofa 19) członków <He-Chaluc>, którzy jako grupa rolników byli na farmie pod Warszawą – na Czerniakowie. Jest ich około 150.” (s. 268)
„Innego Żyda hitlerowscy mordercy zastrzelili na Zamenhofa 19, przy żydowskiej poczcie. Słyszałem, że jest to podobno były żydowski robotnik tramwajowy, Bac. I on podobno również siedział na Pawiaku. Dziś o 10 rano na własne oczy widziałem wielką plamę krwi na trotuarze przy poczcie.” (s. 38)
„Według dziś uzyskanych dodatkowych wiadomości, wczoraj rano znaleziono nie dwóch, ale czterech zastrzelonych Żydów, a mianowicie: na Zamenhofa 19 przy poczcie, na Nowolipkach 54 i 68a oraz na Pawiej 64. Żydowski robotnik tramwajowy nazywał się podobno Bas. Nie wiem, kim są pozostali męczennicy.” (s. 38)
JA/ONI, II D/ III (16.05.1942)
„Mój dzisiejszy ciężki nastrój został zapoczątkowany przez smutną wieść, przekazaną mi przez rabina H[uberbanda], o pięciu zabitych przywiezionych w środku nocy przez policję żydowską na Zamenhofa 19, gdzie leżeli do 5 rano. Później mówiono już o 9 i 11 ofiarach. Kim są zamordowani i gdzie zostali zabici – chwilowo nie wiadomo.” (s. 47)
JA/ONI, II D/ III (29.05.1942)
„8 wieczór. Dopiero co wydarzyło się coś niezwykłego. Na Lesznie, naprzeciwko gmachu Sądów, łapano żydowskich młodzieńców do obozów pracy. Wsadzono ich wszystkich do tramwaju i usiłowano zawieźć na Zamenhofa 19, gdzie urządzono punkt zbiorczy dla obozowiczów. Kiedy tramwaj znalazł się na Karmelickiej, aresztowani młodzieńcy rozbili tramwaj i wszyscy uciekli. Do domu, w którym mieszkam, wrócili dwaj młodzi ludzie.” (s. 87)
ONI, III B
„Gminę przeniesiono [z Grzybowskiej 26 – B.S.] na Zamenhofa 19, do gmachu poczty. Zredukowała ona liczbę urzędników o 50 procent. Jest już ponad 150 000 ofiar. Dziś mija trzeci tydzień od dnia rozpoczęcia straszliwej rzezi. Z szopu Toebbensa zabrali nocą wiele pracujących kobiet. Wygląda na to, że jest tendencja niszczenia kobiet i dzieci. Wczoraj u Toebbensa zmarli 3 Żydzi podczas pracy.” (s. 190)
Perec Opoczyński
ONI, IV A (23.11.1942)
„Około ośmiuset Żydów miało się dziś stawić w gminie do pracy przy Werterfassung (od gminy zażądano dostarczenia tysiąca par rąk). Z tego też powodu kręcili się dziś po getcie żandarmi i Ukraińcy i łapali do pracy tych, którzy nie mogli okazać papierów potwierdzających to, że są zatrudnieni (to oznacza niebezpieczeństwo sankcji). Złapanych poprowadzono do gminy, na Zamenhofa 19 (do budynku króla Augusta [budynek Koszar Artylerii Konnej], poczta getta), skąd odesłano ich do pracy przy Werterfassung. Ta łapanka nie przypominała niegdysiejszych strasznych akcji.” (Pisma, s. 323-4)
ONI, III A
„Poczta żydowska w Warszawie, a zwłaszcza jej najważniejszy dział – wydział paczek, który przez cały okres swojego istnienia cierpiał prześladowania i szykany ze strony Niemców, wraz z początkiem wysiedlenia znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. W magazynach znajdowało się wówczas ponad 6000 paczek, w większości z zagranicy, które trzeba było doręczyć adresatom. Ponadto na Poczcie Głównej w Warszawie [plac Napoleona 8] czekało na posortowanie kilka tysięcy paczek, które należało przekazać Poczcie Żydowskiej za pośrednictwem aryjskiego Biura Wymiany Pocztowej (Austauschstelle). Znajdowało się ono w sąsiedztwie poczty przy ul. Zamenhofa 19. Przesyłki (pieniądze i paczki) przekazywano codziennie, a każda partia obejmowała kilkadziesiąt tysięcy złotych i 1500-2000 paczek (jak wiadomo, wydział listów aż do likwidacji małego getta znajdował się w wydzielonym budynku przy ul. Krochmalnej). Do doręczania paczek i pieniędzy zatrudniano ponad osiemdziesięciu pracowników, w większości młodych, mężczyzn i kobiety. Ponieważ liczba paczek trafiających do getta rosła z każdym dniem, dyrekcja, chcąc nieco ulżyć tragicznej sytuacji żydowskich mieszkańców Warszawy, dokładała starań, aby napływające przesyłki były doręczane możliwie najszybciej.
W związku z tym również dnia 22 lipca wszyscy doręczyciele paczek i pieniędzy wyruszyli do pracy, chociaż w mieście panowało już wielkie napięcie i krążyły różne pogłoski.
Wprawdzie wszyscy, jak wspomniano, wyszli do pracy jak zwykle, ale efekty tej pracy nie były już zwyczajne. Z ponad tysiąca paczek, bo tyle zazwyczaj doręczano dziennie, tym razem doręczono jedynie 650. Podobnie było z przekazami pieniężnymi, ponieważ jeszcze tego dnia eksmitowano mieszkańców i zlikwidowano punkty dla uchodźców, więc nie można już było do nich wejść. Ponadto wielu adresatów przesyłek, którzy nie zaliczali się do uchodźców, opuściło swoje domy. Przebywali w szopach albo gdzieś się ukrywali.
Następnego dnia, tj. 23 lipca, sytuacja jeszcze się pogorszyła. Procent doręczonych przesyłek spadł o połowę, kilku doręczycieli schwytano i wywieziono na Umschlagplatz wraz z paczkami.” (Poczta żydowska w Warszawie a wysiedlenie, s. 450)
ONI, III A
„Dnia 18 sierpnia, kiedy z podwórza gminy, po blokadzie instytucji gminnych przy ul. Zamenhofa 19, wyprowadzono mnóstwo ludzi, w większości pracowników gminy i członków ich rodzin, czapka z pomarańczowym otokiem była znakiem wyróżniającym listonoszy wśród różnorodnego tłumu pędzonego przez SS-manów i Ukraińców na Umschlagplatz. Policji żydowskiej czapki te także niezbyt się spodobały. Szczególną nienawiścią do ich właścicieli wyróżnił się jedynowładca Umschlagplatzu pan Szmerling.” (Poczta żydowska w Warszawie a wysiedlenie, s. 452)
Władysław Szpilman
JA/ONI, IV A
„O szóstej rano obudziły nas odgłosy głośnych rozmów i pośpiesznych kroków na korytarzu. Grupa „uprzywilejowanych” robotników, mających pomagać przy przebudowie pałacu dla szefa warszawskiego SS w Alejach Ujazdowskich, wychodziła do pracy. Ich uprzywilejowanie polegało na tym, że przed wyjściem otrzymywali miską pożywnej, mięsnej zupy, która syciła na kilka godzin. Wyruszaliśmy w drogą krótko po nich, o prawie pustych żołądkach, po zjedzeniu wodzianki, która była tak pozbawiona zawartości, jak mało istotna była nasza praca. Mieliśmy sprzątać śmieci na dziedzińcu budynku Gminy.” (s. 110)
Leokadia Schmidt
ONI, III C
„W tym czasie ukazały się nowe plakaty z ogłoszeniami, że wszyscy pozostali Żydzi nie zatrudnieni w szopach mogą się osiedlić w tworzącym się getcie, które obejmuje nieparzystą stronę Nalewek od Miłej do Gęsiej, Gęsią do Smoczej i w dół Smoczą do Stawek, Stawkami do Zamenhofa, Zamenhofa do Gęsiej. Do pilnowania i przestrzegania porządku zostało tam przydzielonych 500 policjantów. Gminę przeniesiono na ulicę Zamenhofa [19] do gmachu dawnej poczty, a później więzienia w getcie.” (s. 136)
Henryk Makower
JA, III
„Dziadek z córką powędrowali dalej, ale nie mieli dokąd iść, bo dzieci już nie było. Poszli więc pod Gminę, na placyk przy ul. Zamenhofa, i tam tę parę nędzarzy ujrzała pani Zofia Jaszuńska. Skończył się pierwszy akt tragedii, wkrótce byli już umyci, najedzeni, u swoich. Ale niedługo! Po kilku dniach dziadek znalazł się znów na Umschlagu.” (s. 94)
„Coraz bardziej rosły agendy Gminy, które nie mieściły się już w starym gmachu. Sądownictwo i urząd stanu cywilnego przeniesiono naprzeciwko, pod numer [Grzybowska] 29. Nowo powstała poczta mieściła się na rogu Zamenhofa i Gęsiej, w dawnym pałacyku Stanisława Augusta. Jej filia, paczkownia […] na rogu Grzybowskiej i Ciepłej.” (s. 200)
ONI, IV
„Później gmach Gminy stał się cichy i spokojny. Praktycznie biorąc szopy wyszły spod jej wpływu. Na terenie między Gęsią, Franciszkańską, Smoczą, Stawkami i Nalewkami mieszkało razem z dziećmi najwyżej 20 tysięcy ludzi.”
Helena Szereszewska
JA/ONI, III A (sierpień 1942)
„Nazajutrz rano wśród ścisku i tłoku znów potoczył się nasz wózek z pościelą. Żelazną, Lesznem i Karmelicką aż na Zamenhofa, przed nową siedzibę Rady Żydowskiej. I w szerokiej sieni tego gmachu usiedliśmy na naszych workach w oczekiwaniu mieszkania.
Panował tu ruch gorączkowy. Przez otwarte na rozcież drzwi wiele osób przychodziło z ulicy. Jedni kręcili się przez chwilę, zaglądali do przyległych pokoi i znów wychodzili. Inni siadali przy nas i cierpliwie na kogoś czy na coś czekali. Siedzieliśmy tak godzinami, a obok nas rodzina adwokata Zundelewicza: żona, córka i dwunastoletni syn. Oczy nam się kleiły ze zmęczenia. Byliśmy podobni do bandy wędrowców, odpoczywających po długiej, pieszej podróży.” (s. 101)
JA/ONI, III A (po 15 sierpnia 1942)
„Na rogu ulicy Gęsiej i Zamenhofa pod numerem dziewiętnastym stał dawny pałac magnacki. Za czasów rosyjskich było tam więzienie. W getcie – poczta żydowska. Teraz Gmina. Tutaj zasiadała Rada Żydowska.
Głęboka brama – za bramą podwórze. Za podwórzem, otoczone oficynami i dawnymi stajniami, inne podwórza. Dalej znów oficyny, wypalone podczas działań wojennych, ale mocno jeszcze stojące, ziejące pustymi oknami. Podwórza zarosły trawą i chwastem. Dalej – nie zabudowane place, śmietniki i rumowiska.
Na lewo od bramy brudne drewniane schody prowadziły na piętra. Na drugim piętrze pokoje były niskie, mansardowe. Z jednej strony klatki schodowej – mieszkanie sekretarza Rady, adwokata Warmana; po drugiej stronie – biuro Wydziału Finansowo-Budżetowego. Urzędnicy pracowali w dwóch pokojach, z których jeden był ogromny, z oknami na przestrzał. W małym pokoiku, gdzie pracował mój mąż, stały prócz jego biurka jeszcze biurka Popowera i Wojdysławskiego.
Za tym pokoikiem był jeszcze jeden, który miano odnowić. Tymczasem mieszkała tam dwuletnia córeczka głównego buchaltera, Dawida Weintrauba.
Była także kuchnia, gdzie palono pod blachą papierem i książkami. Każdego dnia przychodziłam do gmachu Rady i siadałam przy biurku męża. Każdy z radców miał przy biurku żonę i dzieci, jeżeli nie pracowały.
Radca Rozental miał przy sobie swoją śliczną osiemnastoletnią jedynaczkę. Wyglądała jak wycięta z angielskiego sztychu. Żona jego i służąca-Aryjka zostały zabrane na Umschlag, kiedy szły ulicą.
Przy radcy Jaszuńskim siedziała żona i młodziutka synowa. Przy radcy Zundelewiczu – żona, córka i syn. Przy radcy Wielikowskim – żona i córka.
Urzędnik czy radca krył swoją rodzinę. Ale tylko wtedy, kiedy ją miał przy sobie. Natomiast na ulicy albo z mieszkania mogli ją zabrać w każdej chwili.
Sąsiadka moja, Popowerowa – stale siedziała przy biurku swego męża. Na innych piętrach tak samo żony stale siedziały przy biurkach mężów. Było nawet dużo małżeństw fikcyjnych – urzędników żeniono ze zredukowanymi urzędniczkami.” (s. 121-122)
„Od czasu do czasu przyjeżdżał Brandt, szef w Gestapo do spraw żydowskich. Chodził z piętra na piętro, z pokoju do pokoju, w ręku trzymał gumowy pejcz, wyglądał jak zły brytan.
„Kto jest ta kobieta?” – pytał.
„To moja żona”.
„Kto jest ta dziewczyna?”
„To moja córka”.
Spoglądał nieufnie.
„A więc to jest żona?” – „Tak”. – „A ta dziewczyna to córka?” –
„Tak”.
Mówił półgłosem: „Dobrze, dobrze”, jak gdyby chciał powiedzieć: do czasu, do czasu…
Gdy tak siedziałam przy biurku męża, a sąsiadka moja z ulicy Lubeckiego, Popowerowa, przy drugim biurku – Popower, który lubił żarty i kalambury, mówił wskazując na żonę:
„Oto jest najdroższa książka w mojej bibliotece”. Zawsze znalazł się taki, kto pytał: dlaczego?
„Bo moja żona jest z domu Książka” – odpowiadał wtedy Popower.
A więc przy jednym i przy drugim biurku siedziały jeszcze żony; tylko przy biurku Wojdysławskiego nie siedział nikt. Stracił żonę w pierwszych dniach wysiedlenia i żył samotnie.
Pewnego razu przyszła do niego siostrzenica. Była ubrana jak placówkarka: w swetrze i w spodniach narciarskich. Blondynka. Wysokiego wzrostu, o regularnych rysach twarzy. Podczas blokady domu, w którym mieszkała, ukryła się na strychu. W pewnej chwili wpadł na strych Ukrainiec. Przyjrzał jej się i powiedział:
„Ty jesteś młoda i ładna dziewuszka. Ciebie na Umschlag szkoda”. Tak więc pozostała przy życiu. Jej chory mąż leżał w szpitalu na Lesznie – nie miała przez niego spokoju. Siedziała przy biurku zatroskana, podparłszy głowę ręką i długo szeptała z Wojdysławskim. Wyjął z szuflady biurka bułkę, kawałek kiełbasy i masło w papierku. Scyzorykiem pokroił kiełbasę na cienkie plasterki i tak jedli oboje.” (s. 123-124)
„Kierowniczką kuchni przy Radzie Żydowskiej była żona radcy Sztolcmana. Wszyscy urzędnicy dostawali zupę.
Od czasu do czasu Sztolcmanowa przychodziła do kuchni naszego wydziału. Za nią przynoszono w płaskiej skrzyni puszki mleka skondensowanego. Dwadzieścia-trzydzieści puszek. Otwierano puszki, wlewano zawartość do kotła, dolewano wody i obdzielano wszystkich mlekiem.
W szufladzie biurka mego męża był kubek, talerzyk, nóż i łyżeczka. Trochę cukru w blaszanym pudełku. Trochę herbaty. Kawałek chleba. Ryż w torebce…
Kiedy chorował, gotowałam w tej kuchni ryż albo kaszę i przynosiłam mu w rondelku. Rondelki stały na wszystkich fajerkach. Zawsze coś gotowano. Pod oknem była długa ława. Na ławie i na stołkach od rana do zmroku siedziały znużone kobiety i dzieci – rodziny urzędników.
Zlew był w tej kuchni. Skrzynia książek i papierów, którymi palono pod blachą, i kredens pomalowany na niebiesko.
Za kuchnią – ciemny korytarzyk. I zaraz łazienka z ubikacją, zamykana na haczyk. W łazience i w korytarzu na podłodze często stała woda. Ubikacja psuła się.
Kiedyś podczas kontroli w Gminie rodzina jednego z urzędników schowała się w tej łazience. Przypuszczali, że Niemcy nie zechcą przejść przez ciemny, brudny i zalany wodą korytarz. I rzeczywiście nie omylili się.
W tej kuchni przy niebieskim kredensie stał raz szczupły urzędnik w okularach. Obie ręce położył na blat kredensu, odrzucił głowę i płakał na głos. Zabrano mu z domu żonę i synka, podczas kiedy był w pracy. Sąsiad wpadł na chwilę, żeby powiedzieć mu o tym. Potem skulony i już cichy wrócił do swego biurka. Usiadł na krześle, zamoczył pióro w kałamarzu i pisał dalej.
Po tej kuchni kręciła się młoda blada kobieta w wysokich, sznurowanych brązowych trzewikach. Nazywała się Zylberbergowa. Rodzinę miała w Hrubieszowie. Pilnowała herbaty Wojdysławskiego, pilnowała garnuszków Katza, Reizmanowej, Kopelewiczowej, Herzberżanki i Hirszbergowej. Uważała na Ariankę, córeczkę Weintrauba, jeżeli jasnowłosa, niezaradna jego żona wychodziła na chwilę. Weintraub, niskiego wzrostu, jasnowłosy jak żona, w zniszczonym poplamionym ubraniu – przemęczony i niewyspany – krążył po biurze. Zawsze miał pióro za uchem. W ręku asygnatę albo rondelek z kaszką, albo nosił Ariankę, przyciskając jej główkę do nie golonej twarzy. Dziewczynka była prześliczna. Jasna i świetlista. Miała niedobry zgryz, tak samo jak ojciec – wysoko podwiniętą górną wargę – ale nie raziło to jeszcze u niej. Weintraubowa chodziła za mężem.
„Dadek – prosiła – nakarm ją. Od ciebie będzie jadła. Dziecko dzisiaj mizerne. A potem ją połóż do wózka, może potrafisz ją uśpić”.
Reizmanowa z drugiego końca pokoju dziwiła się:
„Weintraub! Dlaczego ty dziecka nie oddajesz na «aryjską» stronę? Czy ty naprawdę nie znasz nikogo, kto by chciał wziąć dziecko?”
„Znam – powiedział – jednego dozorcę na Złotej ulicy. Ale chce wziąć dziecko na zawsze. Nie odda nam nigdy. Stawia taki warunek”. (s. 123-125)
JA/ONI, III A (5 września 1942)
„Kiedy przechodziłam przez podwórze, zobaczyłam z daleka szwagra mego, Witolda, i jego żonę, Celinę. Siedzieli na trawie w cieniu murów. Celina otrzymała numer jako pomocnica Witolda w magazynie Działu Budowy.
„Czy jest tu gdzie kuchnia? – zapytali – czy można dostać zupę?” Poszliśmy razem. Kuchnia była przepełniona. Ale w końcu dostaliśmy trochę zupy w cynowych miseczkach.
Przy jednym ze stołów – niskich, długich, jakie używano w ochronkach – siedziała Renia Lichtenbaum, krewna prezesa, i płakała. Matka jej z plecakiem stała obok niej.
„Nie mogę się dostać do niego – mówiła przerywanym głosem – nie mogę nic zrobić. Ach, gdyby jakiś urzędnik albo policjant chciał fikcyjnie ożenić się z moją matką. Ale nie mogę tego przeprowadzić”.
Stałam i ja bezradna. Zresztą fikcyjne małżeństwa nie miały już znaczenia. Matka mojego zięcia też nie otrzymała numeru. Ojciec dostał numer z Wydziału Aprowizacji.
O zmroku zajechał na podwórze wielki wóz ciężarowy, zaprzężony w konie-perszerony. Na wozie były rodziny cmentarników. Kobiety krzyczały wniebogłosy, oszalałe z rozpaczy. Tłum usuwał się w trwodze przed kopytami przerażonych zwierząt.
Wieczorem przyszli do nas Witold i Celina. Rozłożyliśmy palta na podłodze, podłożyliśmy pod głowy tobołki i pokładliśmy się jeden obok drugiego. Co chwila ktoś wstawał, bo było twardo i niewygodnie. W powietrzu unosił się kurz i panował zaduch.
Moje córki położyły się na stole Wojdysławskiego. Popower z żoną – na swoim stole. Doktor Kirszenblum z żoną przesiedzieli całą noc na krzesłach, oparci o siebie.” (s. 132)
JA/ONI, III A (7 września 1942)
„Tego samego dnia w Gminie zwołano wszystkich, którzy otrzymali numery, na daleki dziedziniec posesji. Wszystkie oficyny na tym dziedzińcu były wypalone. W ich ruinach ukryło się dużo osób, które nie otrzymały numerów.
Kazano ustawić się szóstkami. Każdy miał na piersi po lewej stronie przypięty żółty numer. Wydziały ustawiały się oddzielnymi kolumnami. Mieczysław Lichtenbaum w butach i z pejczem w ręku na modłę niemiecką – First tak samo – chodzili między kolumnami: zwoływali, ustawiali, krzyczeli.
Żona sekretarza Rady Żydowskiej, adwokata Warmana, umarła w getcie na gruźlicę. Pozostawiła córeczkę – wówczas półtoraroczną. Trzymał ją na ręku. Dziecko drobne i mizerne, ubrane w niebieski paltocik i niebieski kapturek, miało przypięty do paltocika żółty numerek.
Warman był mężczyzną olbrzymiego wzrostu i trzymał ten drobiazg, tę kruszynę, pieczołowicie, jak najczulsza matka.
Ale oto przechodzi kolumna pracowników Działu Budowy. Równo i dzielnie, szóstkami jak żołnierze, kierując się ku wyjściu. Witold i Celina są w tej kolumnie. Tam, na pierwszym podwórzu, stoją Niemcy i będą liczyć szóstki. Nie więcej niż trzy tysiące. A więc pięćset szóstek.
Przechodzi kolumna urzędników Wydziału Aprowizacji. Są w tej kolumnie ojciec i matka Ryszarda, mojego zięcia. Przez ramię, na którym powinien być przypięty numer, matka Ryszarda przerzuciła palto. Idzie obok swego męża w szóstce jak każdy inny.
Kolumna kroczy szybko i dzielnie – Niemcy liczą – i tak przechodzi nie zauważona.
A teraz pierwsza kolumna urzędników Gminy. Idzie Dawid Weintraub i jego jasnowłosa żona. Ona trzyma walizkę, on ma plecak na ramionach. Niemcy nie powinni wiedzieć, że w plecaku jest Arianka – dziecko bez numeru. Chora Arianka, która leży bez czucia, bo dostała silną dawkę proszku nasennego.
Idzie radca Kupczykier, chory na tyfus plamisty. Wygląda jak widmo. Wyrwany z łóżka w gorączce, podtrzymywany z jednej strony przez żonę, z drugiej przez siostrę, zatacza z kolumną wielkie półkole, kierując się ku wyjściu. Oczy jego błyszczą, twarz żółta, oddycha głośno ustami, kroczy jak pajac na drewnianych nogach. Jeżeli nie upadnie, musi być do końca dzielnym piechurem. Niemcy nie powinni wiedzieć, że jest chory na tyfus plamisty.
A teraz nasza kolumna. Mąż mój, Nina i ja. Irena w uniformie pielęgniarki – w różowej sukni w prążki, w długim, białym fartuchu z bawetem, w czepku i granatowej pelerynce – poszła razem ze szkołą. Stoimy obok radcy Zundelewicza, jego żony, córki i dwunastoletniego synka. O kilka szeregów przed nami stoi radca Hurwicz w czarnej czapce cmentarnika. Trzyma pod rękę żonę i córkę Irenę, w której się kocha młody Popower. Hurwiczowa nosi na głowie duży elegancki kapelusz – jedyna w kapeluszu na tym podwórcu.
Obok nich radca Rozental ze swoją śliczną córką. Jest teraz dla niej ojcem i matką. Żona – lekarka zginęła razem ze służącą-Aryjką, która z własnej woli poszła z nimi do getta.
„Równo!” – woła Mieczysław Lichtenbaum.
„Ustawiać się!” – krzyczy First i staje się purpurowy z wysiłku. Są wielcy, są ważni; wszyscy boją się ich w równej mierze co Niemców.
Od wejścia biegnie chłopiec. Wysokiego wzrostu i bardzo szczupły. Biegnie bez tchu. To urzędnik Działu Finansowego. Ma lat osiemnaście. Niedawno stracił rodziców.
Na piersi przypięty ma żółty numer – 3001.
„Pozwolili jeszcze na sto numerów!!! – woła – razem trzy tysiące i sto!!!”
„Marsz!!!” – krzyczy First.
Kolumna kołysze się. Idziemy. Równo, jak żołnierze – energicznie i szybko. Mijamy drugie podwórze, już wstępujemy na pierwsze. Dwóch Niemców liczy szóstki. Trzeci – przystojny, elegancki, w rękawiczkach – stoi z boku. Wygląda na to, że jest tylko widzem. Że tak sobie przyszedł, żeby popatrzyć. Ma jasne włosy i nie wiemy, co myśli.
Później okazało się, że Niemcy wcale nie pozwolili na wydanie jeszcze stu numerów. Z początku nie spostrzegli się, potem zatrzymali ostatnich stu i nie wypuścili więcej. Byli to urzędnicy z Wydziału Aprowizacji.” (s. 133-135)
JA/ONI, III A
„Przypomniały mi się czasy wysiedleń, kiedy w Radzie Żydowskiej wyglądałam przez okno na ulicę.
Sierocińce szły na Umschlag. Długie sznury dzieci. Trzymały się za rączki. W fartuszkach i białych kołnierzykach. Wszystkie nosiły trzewiki na drewnianych podeszwach i klekot tych podeszew drżał długo w powietrzu, nim przycichł zupełnie.” (s. 196-197)
JA/ONI, III A (po 21 września 1942)
„Związek Aptek przeniósł swoje składy do budynku Gminy i zwinął aptekę na rogu Lubeckiego i Gęsiej.” (s. 143)
ONI, IV A
„Pewnego ranka gruchnęła nowina, że zrobiono napad na kasę Rady Żydowskiej. Kasjer Gminy, Melamud, mieszkał z żoną przy ulicy Kurzej. O drugiej w nocy zastukano do niego. Bał się otworzyć. Melamudowa wstała z łóżka.
„Otwórzcie!” — wołano po żydowsku.
Otworzyła w końcu. Weszło ich sześciu, a każdy miał w ręku rewolwer. Melamud powiedział do nich z łóżka:
„Żydzi. co robicie! Czyście zwariowali? Nie dosyć, że Niemcy…” Nie dali mu dokończyć. Przystawili mu lufy rewolwerów do głowy.
„Gdzie klucze od kasy? — A kiedy im podał, powiedzieli jeszcze:
– Hejże, Melamud, ubieraj się i chodź z nami”.
Poszedł więc, ulegając przemocy. Własnoręcznie otworzył im kasę. Wyjęli z niej sto tysięcy złotych.
„Powiedz prezesowi — powiedzieli na odchodnym — że Żydowska Organizacja Bojowa wzięła pieniądze z kasy na kupno karabinów maszynowych”.” (s. 201)
JA/ONI, IV A (18 stycznia 1943)
„W Gminie jest pusto. Nie widać nikogo. Od czasu do czas przechodzi policjant i długo słychać odgłos jego kroków.
[…]
Dopiero późnym wieczorem zaroi się w Gminie od setek osób. Wieczorem nie ma wysiedleń. Wielu spomiędzy tych, którym udało się uratować, pozostaje w piwnicach i schronach przez kilka dni; wielu, korzystając z względnego spokoju, przychodzi późnym wieczorem do Gminy.” (s. 214-216)
„A więc na noc rozmieszczają się wszyscy, jak mogą. Idziemy razem z adwokatem Himmelfarbem i jego rodziną szukać jakiegoś pomieszczenia. Gdy tak chodzimy po różnych biurach w bocznych skrzydłach gmachu, w jednym pokoju na sienniku na podłodze widzimy chorego chłopczyka, może dziesięcioletniego. Obok siedzi jego ojciec, urzędnik. Jest w pokoju antyczna kanapa, a w sąsiednim druga, i już chcemy zostać i rozlokować się, kiedy nagle urzędnik odzywa się:
„Idźcie lepiej gdzie indziej” — mówi.
„Na co chory jest chłopczyk‘!” — pytamy.
„Na tyfus plamisty” — odpowiada.
„A gdzie pan był dzisiaj rano?” — pytamy dalej.
„Siedziałem tutaj przez cały czas. Nie przyszli do nas”.
A ja myślę i dziwię się: dlaczego chłopczyk leży na sienniku na podłodze, skoro jest kanapa? Ale już nie pytam o to.
Wychodząc stamtąd spotykamy policjanta, który nas szuka. Ma dla nas klucz od mieszkania Górnego, magazyniera Gminy. Górny został zabrany przez Niemców z żoną i córeczką, ale chodziły słuchy, że nie zginął. Podobno go wyreklamowano i jest gdzieś ukryty.
Idziemy więc do mieszkania Górnego. I gdy tak chodzimy z jednego piętra na drugie, różnymi klatkami schodowymi, wychodzi nagle z piwnicy i staje przed nami aplikant Lewkowicz, który tam się krył. Ten sam Lewkowicz, od którego mąż mój kupił palto po wysiedlonym ojcu. Ma wygniecione i brudne ubranie. Jest nie ogolony. Włosy ma potargane.
„Straciłem żonę” — mówi. Wzdycha. I wraca z powrotem do piwnicy.
Mieszkanie Górnego składa się z dwóch umeblowanych pokoi i kuchni. Nowoczesna szafa-garderoba i dwa tapczany, przy drzwiach stolik z maszynką elektryczną. W kuchni w kredensie cały asortyment garnków i porcelany.
Adaś znalazł dwa składane łóżka. Zsuwa je razem i kładą się na nich wszyscy troje. Kładziemy się i my. Irena i Nina na jednym tapczanie. Ja z mężem na drugim. Nikt z nas się nie rozbiera. Leżymy w ubraniach. Mąż mój zdjął tylko marynarkę, żeby jej nie pognieść. Opieram głowę o jego plecy i słucham, jak oddycha. On żyje — myślę — serce jego bije. Nie zatrzymało się jeszcze.” (s. 218)
JA/ONI, IV A (19 stycznia 1943)
„Nazajutrz rano znów schodzę do pokoju, gdzie siedzi rodzina prezesa. Nina idzie do biura sekretarza Warmana. Składają tam listę osób, które widziało się na Umschlagu. Myślą, że może uda im się jeszcze kogoś stamtąd uratować. Nina podaje nazwiska wszystkich tych, których widzieliśmy. Ale prócz Górnego nikt stamtąd nie wrócił.” (s. 219)
„Ponieważ Kupczykier był radcą, Himmelfarb z rodziną przechodzą gdzie indziej, a Kupczykierowie mają dzielić z nami mieszkanie Górnego. W nie opalonym mieszkaniu jest tego wieczoru zimno jak na ulicy. Szron pokrywa szyby okien. Jakiś policjant przynosi nam kubełek koksu i mąż mój z pomocą Julka rozpala piec. Skupiamy się wszyscy koło ognia. Grzejemy się, a potem rozpalamy także ogień w kuchni pod blachą. Trzask koksu i blask płomieni odprężają nasze nerwy. Wyciągamy zziębnięte ręce nad ogniem i gdy tak stoimy, wydaje się, że błogosławimy życiodajne ciepło.
„Ugotujmy kolację!” — mówi żona Kupczykiera. Biega po kuchni, a z nią razem siostra i szwagierka. Znajdują w koszyku kartofle i marchew. Z domu zabrały blaszankę smalcu. Stawiają garnek pod kran. Przestawiają kubeł od śmieci na inne miejsce. Szukają cebuli. Szukają soli. Trzaskają garnkami, powracają do normalnego życia.
Myszkując po kątach, znajdują w ciemnej łazience na oknie zapeklowany ozór koński. Ale nie ruszają cudzej własności. Później Górny dziwił się, że zastał ozór na tym samym miejscu. Gotują tylko kartoflankę, kraszoną smalcem i cebulą, a kiedy jest gotowa, obdzielają wszystkich.
Potem rozkładają łóżka i kładą się na nie razem z Julkiem. Kupczykier kładzie się w drugim pokoju na dwóch fotelach. Kiedy chce zgasić światło, wchodzi do mieszkania urzędniczka, której nie znamy. Przyprowadziła ze sobą matkę. Mówi, że mieszka w naszym domu i uratowały się w piwnicy. Stara kobieta — wysokiego wzrostu, chuda i koścista — siada na krześle i płacze.
[…] I one w końcu kładą się na fotelach w gabinecie Górnego. A my znów na tapczanach.” (s. 220-221)
„Na drugi dzień z samego rana idziemy do biura Wydziału Finansowego. Jesteśmy w wąskim, podłużnym pokoju, w którym kiedyś mieszkała chora córeczka buchaltera Weintrauba. Pokój ten w ostatnich tygodniach wyremontowano. Stoi tutaj biurko mojego męża. To jest jego gabinet. Okno wychodzi na podwórze i widać przez nie długi parterowy budynek, pomalowany na żółto.
W tym pokoju przy biurku siadamy. Przychodzi do nas urzędniczka Rajzmanowa. […]
Rajzmanowa otwiera szafkę, gdzie leżą teczki z aktami, i wyjmuje z niej stos listów, które nadeszly do getta przez Czerwony Krzyż.
„Nie macie co robić, moje panie, to sobie poczytajcie…”— mówi do nas.
Listy są ze wszystkich części świata. Z Chin, z Meksyku, z Kanady, a nawet z Australii i Afryki. Dzieci pytają o rodziców, bracia o siostry, mężowie o żony. Zginęli już dawno ci, o których pytano. Są też listy z Palestyny. Znajduję wśród nich list od mego brata, który pyta o matkę, i list od Abrama Epsteina, kolegi naszej Marysi, o którym myśleliśmy, że już nie żyje.
Tak tedy przeglądamy te listy, które są wołaniem z daleka. Są jak gdyby apelem.
Wracając z powrotem, przechodzimy przez pokój, w którym są okna na przestrzał — od ulicy i od podwórza. I widzimy, że drzwi, które prowadzą do kuchni, zastawione są wielką szafą. Nie ma śladu drzwi. Szafa stoi otworem.
Nagle u dołu odchyla się dykta, ukazuje się czworokątny otwór, a z otworu wysuwa się jak wąż Kopelewiczowa, urzędniczka Działu Finansowego, kobieta olbrzymiego wzrostu.
„Jak pani nie wstyd tak się czołgać po podłodze? — zażartował mój mąż – co pani tam robiła?”
„Zamaskowaliśmy kuchnię — odpowiada. — I mieszkam tam z Weintraubem, jego żoną i dzieckiem”.
„Ale kuchnia ma jeszcze drzwi do korytarzyka” — odzywa się ktoś.
„Korytarzyk zalaliśmy wodą. Zrobiliśmy potop”. (s. 221-222)
JA/ONI, IV A (20 stycznia 1943)
„Na drugi dzień z samego rana idziemy do biura Wydziału Finansowego. Jesteśmy w wąskim, podłużnym pokoju, w którym kiedyś mieszkała chora córeczka buchaltera Weintrauba. Pokój ten w ostatnich tygodniach wyremontowano. Stoi tutaj biurko mojego męża. To jest jego gabinet. Okno wychodzi na podwórze i widać przez nie długi parterowy budynek, pomalowany na żółto.
W tym pokoju przy biurku siadamy. Przychodzi do nas urzędniczka Rajzmanowa. […]
Rajzmanowa otwiera szafkę, gdzie leżą teczki z aktami, i wyjmuje z niej stos listów, które nadeszły do getta przez Czerwony Krzyż.
„Nie macie co robić, moje panie, to sobie poczytajcie…”— mówi do nas.
Listy są ze wszystkich części świata. Z Chin, z Meksyku, z Kanady, a nawet z Australii i Afryki. Dzieci pytają o rodziców, bracia o siostry, mężowie o żony. Zginęli już dawno ci, o których pytano. Są też listy z Palestyny. Znajduję wśród nich list od mego brata, który pyta o matkę, i list od Abrama Epsteina, kolegi naszej Marysi, o którym myśleliśmy, że już nie żyje.
Tak tedy przeglądamy te listy, które są wołaniem z daleka. Są jak gdyby apelem.
Wracając z powrotem, przechodzimy przez pokój, w którym są okna na przestrzał — od ulicy i od podwórza. I widzimy, że drzwi, które prowadzą do kuchni, zastawione są wielką szafą. Nie ma śladu drzwi. Szafa stoi otworem.
Nagle u dołu odchyla się dykta, ukazuje się czworokątny otwór, a z otworu wysuwa się jak wąż Kopelewiczowa, urzędniczka Działu Finansowego, kobieta olbrzymiego wzrostu.
„Jak pani nie wstyd tak się czołgać po podłodze? — zażartował mój mąż – co pani tam robiła?”
„Zamaskowaliśmy kuchnię — odpowiada. — I mieszkam tam z Weintraubem, jego żoną i dzieckiem”.
„Ale kuchnia ma jeszcze drzwi do korytarzyka” — odzywa się ktoś.
„Korytarzyk zalaliśmy wodą. Zrobiliśmy potop.” (s. 221-222)
JA/ONI, IV A (20-22 stycznia 1943)
„Jeszcze drugiego i trzeciego dnia słyszeliśmy z Gminy silną strzelaninę. Po trzech dniach uspokoiło się wszystko.” (s. 223)
Bibliografia
– Henryk Bryskier, Żydzi pod swastyką, czyli getto w Warszawie w XX wieku, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2006.
– Stanisław Gombiński (Jan Mawult), Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, red. naukowa i wprow. M. Janczewska, Warszawa 2010, ss. 282.
– Abraham Lewin, Dziennik, wstęp i opracowanie K. Person, Warszawa 2016.
– Perec Opoczyński, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 31: Pisma Pereca Opoczyńskiego, oprac. M. Polit, Warszawa 2017.
– Perec Opoczyński, Poczta żydowska w Warszawie a wysiedlenie, w: Tenże: Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.
– Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana 1939-1945, oprac. J. Waldorff, Warszawa 1946.
– Leokadia Schmidt, Cudem przeżyliśmy czas zagłady, przedmowa i objaśnienia Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.
– Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, Opracowała i uzupełniła Noemi Makowerowa, Ossolineum 1987.
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.


