CEGLANA

Rachela Auerbach

ONI, II C

„Polowanie na Żyda idzie całą parą i dzień dzisiejszy obfitował w ofiary różnej kategorii. Wyciągnięci w nocy z łóżek reżyser Szaro z teściem i szwagrem, zastrzeleni <wedle listy>, zastrzeleni na ulicy w dzień szmuglerzy i nie-szmuglerzy. Jacyś cywile strzelili w tłum na placyku targowym na Ceglanej czy na skwerku. Są zabici na miejscu, są śmiertelnie ranni, na Krochmalnej i Walicowie wybuchła dzisiaj przed wieczorem śmiertelna panika, przechodzenie wzdłuż ogrodzeń kolczastych w <małym getcie> stało się rzeczą o każdej porze dnia w najwyższym stopniu ryzykowną.” (s. 178-179)

Leokadia Schmidt

JA, III A

„Tego samego wieczoru pielęgniarka naszego synka, mieszkająca przy ulicy Ceglanej, w tzw. małym getcie, zmuszona była przyjść do nas z powrotem. Była przerażona. Opowiadała, że Nowolipie od rogu Smoczej do Karmelickiej otoczone jest kordonem Niemców i policji żydowskiej. Jak się później dowiedziałam od mojej siostry, która mieszkała na tej ulicy, była to blokada na większą skalę, trwała od godz. 6.00 rano do 9.00 wieczór. Kazano wszystkim zejść na podwórko, kto pozostanie w mieszkaniu, zostanie z miejsca zastrzelony. Siostra należała do tych, którzy nie zlękli się i zostali w domu, dzięki czemu chwilowo ocalała. Z tej blokady zabrano kilka tysięcy osób. Widziałam, jak prowadzono ich Smoczą. Tej nocy wcale nie spaliśmy.” (s. 29-30)

ONI, III A

„Opowiadano, że w jednym z domów przy Ceglanej znaleziono w łóżku trupa młodej kobiety. Gdy – chcąc wyjąć ciało nieszczęśliwej – dotknęli pościeli, cała pościel rozsypała się w proch. Okazało się, że kobieta przed popełnieniem samobójstwa oblała się jakimś żrącym płynem.” (s. 92)

Adam Czerniaków

JA/ONI, I

„Znów zabrano ulicę Ceglaną. Haberbusch objeżdża miasto (Mylna etc.) i pono otrzymuje kwiaty.” [23 X 1940] (s. 129)

JA, II D

„Z rana o 8-ej byłem na placyku na Ceglanej, dokąd przyprowadzono w nocy około 800 wysiedlonych z Rawy Mazowieckiej i okolic. Małe dzieci, niemowlęta, kobiety. Widok ten rozerwałby mi serce, gdyby nie było tak opancerzone 3-letnią niedolą.” (s. 298)

Emanuel Ringelblum

ONI, I

„Dziś, 23 października [1940], znów podawano przez megafon, że wyłączono z getta Waliców i Ceglaną. Równocześnie okazało się, że wiadomości o przedłużeniu terminu z 31 października na 15 listopada są fałszywe. Ludzie potracili głowy, bo nie wiedzą, gdzie się przeprowadzić. Żadna ulica nie jest pewna, bo wszędzie jest coś, co może narazić te ulicę na niebezpieczeństwo.” (s. 147)

„Dziś, 24 października [1940], włączono z powrotem do getta Ceglaną. Ciągłe podrygi: raz w jedną stronę, raz w drugą, i nikt nie wie, kiedy to wszystko się skończy. Miał miejsce taki oto wypadek: ktoś zamienił mieszkanie na Marszałkowskiej na lokal na Wroniej. W międzyczasie dowiedział się, że Żelazna i sąsiadujące ulice nie należą do getta, znalazł się na ulicy, tymczasem zabrano mu rzeczy. W wielu wypadkach chrześcijanie żądają odstępnego i je otrzymują.” (s. 149)

Mietek Pachter

JA, IV A

„My chodzimy nadal do pracy, małe getto należy obecnie do neutralnej strony, tak samo Żelazna, Nowolipie, Nowolipki, Gęsia itp. Ghetto zaczynało się obecnie na Gęsiej, Zamenhofa, ale były wysepki, czyli szopy.
Pracujemy obecnie na Ceglanej, pracy, choć trzeba… do zorganizowania, ale jednak udało się dość dobrze zorganizować. Został jeden tylko komin i ten komin ja miałem rozebrać. Nikt nie chciał się tego podjąć, komin ten wystawał z muru trzypiętrowego. Na dwa piętra, czyli był na wysokości pięciu pięter. Wejście najdogodniejsze było tylko z sąsiedniego domu, ale tu trzeba było przerzucić deskę lub drabinę, by się dostać na szczyt komina. Komin był długości 2,5 metra; wchodzimy więc ja z Wilkiem – do niego miałem najwięcej zaufania, że będzie trzymał deskę, a wraz z nią moje życie.” (s. 146-147)

Bogdan Wojdowski

F, I
„Mordchaj Sukiennik po raz ostami wbiegł do warsztatu i zgarnął na furę resztki trawy morskiej. Już ludzie błądzili po mieście szukając nowych kwater. Tam gdzie szło o pośpiech, Niemcy kazali grodzić domy parkanem, zbitym na miejscu z desek, ustawiać kozły żelazne uzbrojone w kłęby kolczastego drutu. Takie płoty stanęły na ulicy Białej, Cieplej, w poprzek przez Waliców, przy Ceglanej, póki nie zastąpiono ich murem. ,,Verboten!” – krzyczały tablice. „Durchgang verboten!” – groziły napisy na murze u strzeżonych wylotów ulic. JUDENVIERTEL REVIER IST GESPERRT EINTRITT VERBOTEN.
– Podawaj, Maniuś, podawaj, podawaj!
W ciszy nie przebudzonego miasta krzyk ten zrywał go na nogi. Ukradkiem podchodził do okna. Pierwsze tramwaje jechały ulicami wyłaniając się z mgły, jak majaki innego, niepojętego świata, a ich wysoki wizg ginął na zakręcie, gdzieś w głuchej pustce Hal. Biły, biły dzwony u Św. Karola. Widział po tamtej stronie twarze, bielały niewyraźnie, wynurzały się z nocy, która pierzchła.
Z oczami zwróconymi na mur w budowie, ojciec zanosił poranne modlitwy”. (s. 46)

F, II
„Getto podziałało na Dawida przygniatająco -zgiełkiem, chaosem, bezładnym ruchem wśród krętych i ciasnych zaułków; krążył wokół placu Grzybowskiego, wzdłuż Cieplej, Ceglanej, Prostej i na Walicowie, unikając dróg kończących się nagle u strzeżonych wylotów ulic. Ale gdziekolwiek się obrócił, tam wyrastał przed nim mur. Hełmy strażników trzęsły się w szybkim biegu. Trącony w popłochu dzwon odzywał się o niespodziewanej porze i zdradza! uciekinierów. To na placu Grzybowskim, niedaleko wachy, wznosiła się po dawnemu kaplica dla przechrztów i tutaj, w głębi nawy i na chórze, kryli się szmuglerzy ścigani przez żandarmów. Niemcy strzelali na oślep, seriami, prosto w okienka dzwonnicy i stada dzikich gołębi unosiły się stamtąd w powietrze. Niebo było jasne, a biała chmura tkwiła w miejscu, nieporuszona, kiedy suchy trzepot skrzydeł już przebrzmiał w uszach. Idąc wąskim, ciasnym tunelem obmurowanej uliczki wydostał się na otwartą przestrzeń placu Żelaznej Bramy i ujrzał czuby starych drzew w Ogrodzie Saskim, jak widok z innego świata. Przystawał tu często, bez żadnego celu. Wracając do domu mijał wózki pchane przez szkielety, po dwa w zaprzęgu, z wyszczerzonymi zębami-w kierunku Hal, gdzie wsród poufałych targów z policją i Niemcami dokonywał się za okupem codzienny przeładunek towarów bławatnych i skór na furgony konne, które opuszczały o zmierzchu dzielnicę, a kupcy ukryci w bramach odprowadzali je z daleka uważnym spojrzeniem. Na kwadrans przed wybiciem godziny policyjnej miasto leżało martwe i ciemne”. (s. 56-57)

F, II
„Strzały z Ceglanej zbliżyły się, słychać było kroki uciekających, krzyki żandarmów. Zagłuszyła je szumem, brzękiem gwałtownie spuszczona blaszana żaluzja od ulicy. Bezładne uderzenia pięścią o blachę i wycie niepodobne do ludzkiego głosu: “Ludzie, otwórzcie!”, nie milkło, aż przerwała je seria i stukot podkutych butów oddalił się, cichnąc w bramie domu naprzeciwko. Zapadła krótka cisza, raptem rozległo się wołanie i upiorny chichot, ,,Dozorca! Dozorca!” Trwał gdzieś blisko cienki zgiełk tłuczonych szyb. Krzyki maszerującego patrolu”. (s. 210)

F, II
„Było to w połowie drogi między wylotem Ceglanej i Prostej, w okolicach, gdzie schodzili się na pokątny handel kupcy z obydwu stron muru. Przełaz ten miał złą sławę; mały i ciasny, dusił ofiary w przejściu. Szczelinę nad brukiem, którą murarze wybili na ściek w miejscu, gdzie dawniej biegł rynsztok, chłopcy z bandy Barucha Oksa nocą rozdłubali tak, że od biedy odpowiednio wyschnięty szkielet mógł się tamtędy przecisnąć; oglądał ten przełaz długo z bramy domu i dalby wiele za to, żeby zmaleć. Oglądał przełaz nieufnie, zanim przebiegł jezdnię, i rozpaczliwym spojrzeniem pragnął rozkruszyć mur. Pamiętał, że w tym miejscu padł Henio Śledż z żywnością, kiedy utknął mu worek w wyłomie i nie zdążył skryć się w porę przed patrolem, a Mordka Caban, ścigany przez Wścieklego Psa, ze strachu cisnął w błoto kilo słoniny i uciekł stamtąd w ostatniej chwili. Dawid zrobił inaczej; torbę z chlebem i kartofle w worku-niedużo tego było-bez namysłu przerzucił górą, a sam padł na plecy, podciągnął kolana i odpychając się piętami od bruku wcisnął ramiona w szczelinę. Dalej nic, pustka, wyrwa w pamięci. Musiał szamotać się w ciasnym wyłomie z kurczowo zaciśniętymi oczami, ale jak długo to trwało? Pierwsze, co zobaczył, to był ukruszony kawałeczek muru w ręce. Tkwił już między cegłami, czuł nacisk masywu na żebra, kiedy szarpnął go ktoś mocno za spodnie i nad uchem świsnął mu policyjny gwizdek. Bity, fikał nogami. ,,Wyłaź, szczeniaku!”- ,,Nie inogę !” Zaparł się i nie puszczał szczeliny, czując, jak serce twardo bije o kamienie. Zewsząd zbiegli się ciekawi i pałka poszła w ruch. Po tej stronie Żydzi widzieli już głowę, a po tamtej stronie noga została w ręku policjanta i słyszał rozbawione głosy, hałas, śmiech. Roztajał pod nim śnieg i błoto ciekło za koszulę; to czuł, a bólu nie czuł wcale. ,,Paa posterunkowy, niech pan go puści.” Czyj to był głos, nie wiedział. Wiedział za to, że tutaj sprzed nosa głodni ukradną mu chleb, a tam tak długo będą hałasować, krzyczeć i gwizdać, aż pokaże się żandarm i kropnie go na miejscu jak szczura […]. To był szyld na ścianie z przeciwka i nagle ten szyld zasłoniła trupio szara twarz, nisko pochyliła się nad nim i widać było wszy na brwiach.Z mierzyły go nieruchome, żółte, rozradowane oczy; Długi Icchak podniósł niedbałym ruchem chleb, podrzucił z uciechą torbę i odszedł stamtąd śmiejąc się głośno. ,,Dawid, tobie już nic nie trzeba. Giemza!” Po każdym uderzeniu głowa odbijała się od kamieni jak piłka Ulica kołysała się razem z nim, kołysał się szyld z przeciwka, koślawo biegnący Icchak, a tuż, blisko-lewe nogi, prawe, gwiazdy na rękawach, ku którym wyciągał rękę. Zaczął krzyczeć, ponieważ ukradli mu chleb. Tłum uciekał przed siebie w popłochu, a on utknął w szczelinie mrużąc oczy ze strachu przed strzałem, na który czekał. Własny krzyk przebrzmiał mu w uszach, przybyło sił; jeszcze jeden wysiłek, szarpnięcie i klęczal na kolanach.
Ciasny nawis był już poza nim. Uciekł za uskok muru […].
Z krzykiem biegł i na rogu Grzybowskiej Długi Icchok rozsypał kartofle. Nie wiedział, czy zbierać je, czy dalej gonić charłaka, który z chlebem skręcił w bok; jeszcze mu Kuba Wałach podstawił zwinnie nogę. Poszorował nosem po flizach chodnika. Usiadł, nad nim stała banda Barucha Oksa. Patrzyli na niego wszyscy uważnie i żaden nie sięgnął po worek.
Dopiero na schodach-kiedy szedł wolno pod górę, kładąc się na poręczy ze zmęczenia, wlokąc worek przy butach jak psa-oklapł do reszty. Wzięło go! Sienią szła Sura-przekupka, rozciągnęła szare wargi w krzywym uśmiechu. Świeży chlebuś? Odstąpi? A potem zeszła tyłem, szybko przekładając nogi. Powlókł się do otwartego okna na półpiętrze i w jakimś porywie bezsilnej rozpaczy gotów był cisnąć szmugiel-im, wszystkim, na łeb, ale okno było wysoko, a on zmęczony i zanim wciągnął ciężar na parapet, siły go opuściły. Drżały mu ręce, nogi. Wyjął kartofel, obejrzał bezmyślnie szramę na obierzynie, wrzucił z powrotem, wyjął drugi i zamachnąwszy się ciężko cisnął przed siebie w okno stróżówki. Szum szkła, rejwach, wołanie Chaskiela-stróża sprawiło mu złośliwą ulgę”. (s. 224-225)

F, II
„Ulica uciekała bokiem na mur, a domy stały krzywo, kiedy wyszedl po raz pierwszy na miasto [po przechorowaniu tyfusu – PR]. Szedł ostrożnie po pochyłości, mijany przez tłum, wszyscy go wyprzedzali i nie mógł się nadziwić, że tak szybko przebierają nogami, a jego niewidocznie spychało, zwiewało bokiem na ściany. Zatrzymał się, przy Ceglanej na postoju ujrzał rikszę. Ojciec siedział na siodełku ze zwieszonymi luźno nogami, ciężko oddychał. Uchylone miał usta i zęby na wierzchu”. (s. 272-273)

F, III A
„Przybiegł Uri, zaczął szeptać z Naumem w kącie szopy i w pół godziny wszyscy już wiedzieli, że na Stawki poszła Ciepła, Ceglana, Krochmalna cała aż do muru i resztki niedobitków koczujących na Walicowie. Kto ma kartę meldunkową i świadectwo zatrudniema-nie podlega czystce. Rzemieślnicy chodzą do fabryk żebrać o robotę, płacą majstrom ogromne łapówki za numerek, przemykają się ulicami z narzędziami na plecach od warsztatu do warsztatu, idą do Brauera na Gęsią, do Schillinga na Nowolipki, do „dużego” Toebbensa na Leszno i do ,,małego” Toebbensa na Prostą, do fabryki szczotek na Wałową i do Transawii, gdzie kto ma znajomych. A oni siedzieli w tej szopie słuchając krzyków z ulicy. Od samego rana Niemcy musieli mieć pełne ręce roboty, taki był wrzask”. (s. 315)

F, III A
„Gdzie jest prawda? Na ulicy Żelaznej. Naum poszedł nocą i wrócił późnym rankiem.
Dotarł daleko, do strychów u zbiegu Cieplej i Ceglanej, gdzie spotkał samotnych łazików i parę ukrytych rodzin. Wszędzie to samo. Ruiny, trupy, a w splądrowanych ruderach gdzieniegdzie cienie żyjących. Uciekają spłoszeni każdym szmerem. Brakło mu słów, aby opowiedzieć, co widział. W każdym razie; to drugie przejście przez mur było zdemaskowane o czym ludzie z Ceglanej wiedzieli, ponieważ znajdowało się w ich sąsiedztwie i dlatego Kalman Drabik wrócił do miejsca, którędy miał iść Uri.
Trup Kalmana został wkrótce sprzątnięty z ulicy, kiedy Niemcy kazali więźniom z Prostej obejść mur; oznaczyli farbą wszystkie stare i ujawnione przełazy, aby krążące posterunki z daleka już widziały cel. Żelazną bez przerwy sunęły patrole, siejąc postrach wśród uciekinierów”. (s. 363)

F, III A
„Mordarski powiedział swoje ostatnie słowo. Poszedł i więcej do kryjówki nie wrócił. A ludzie ze strychów na Ceglanej długo potem jeszcze opowiadali więźniom od Toebbensa, jak to było. Przez Waliców na Ceglaną skradał się szarym świtem. Pod osłoną rumowiska straganów, aby nie wypatrzyli go wartownicy z Prostej, przepełznął placyk i wydostał się na ulicę Żelazną kolo przełazu. Tam stal i czekał, w widocznym miejscu. Rozpiął futro. Kiedy czarny wyszedł z ukrycia w zrujnowanej bramie, kupiec zdjął futro i rzucił mu pod nogi. Trafiony został z bliska. Mówili, że ten czarny zbaraniał, kiedy po drugim strzale kupiec stał mocno na nogach i zdążył jeszcze wyciągnąć spod koszuli woreczek kosztowności. Niemiec znów strzelił, Mordarski kosztowności upuścił, ale sam nie upadł. Wyjął w ostatniej chwili garść dolarów i cisnął czarnemu w twarz. Niemiec stał wśród polatujących pieniędzy i strzelał raz za razem spiesząc się, by Mordarski przestał wreszcie te pieniądze rozrzucać na wiatr, a on dalej rzucał tymi pieniędzmi w Niemca.
-Cham nie poznał się na cybetach.
Tak mówili ci, którzy koniec Mordarskiego oglądali ze strychów na Ceglanej.
-Eh, futro Mordarskiego! Wierzch z angielskiego sukna na cybetach i szalowy kołnierz z wydry.
Więźniowie z warsztatów na Prostej mówili inaczej; prawie to samo, ale trochę inaczej. A widzieli dobrze. Według nich Mordarski przekupił czarnego, ale przechytrzył. Zdjął futro, złoty zegarek z ręki. Czarny wciąż targował się z nim, chciał więcej. Mordarski odmawiał, pewno bał się zdradzić, że ma ukryte dolary. Kiedy czarny ubił z kupcem interes, odprowadził go pod murek, w tej zrujnowanej bramie oddał pierwszy strzał i zranił Mordarskiego w rękę. Ranny darł zębami ubranie, żeby wypruć zaszytą forsę, a w tym czasie czarny oddał dwa strzały. Zanim Mordarski skonał, sztywniejącą ręką rozrzucił koło siebie paczkę banknotów, które frunęły przez placyk aż pod warsztaty na Prostej; wtedy esesman oparł karabin o murek przy martwym i rzucił się w pogoń za dolarami, a był już najwyższy czas, bo paru wartowników opuściło posterunki przy drutach i potem-pokazując rękami po kolei ruinę bramy, usypisko sczerniałych straganów, wyburzoną posesję, dokąd sięgał ich rewir, i wartownię u wejścia do Toebbensa-długo o coś tam się z nim kłócili”. (s. 368-369)

F, III/IV
„Tam mówiono, że kryjówka na Krochmalnej ciągle jeszcze służy innym; ktoś widział na starych śmieciach skrzypka Nataniela, ktoś widział, jak kręci się w ruinach Uri, który wrócił zza muru, stara Zełda… Podobno, ze strychów na Ciepłej i Ceglanej przeniosło się do lochu parę rodzin, i był wśród nich u Toebbensa człowiek, który zaklinał się na wszystkie świętości, że Felek Piorun zdążył przed Niemcami opróżnić schowek ze skór i zabrać przy okazji jakichś Żydów. Trzy dni miał wozić furą Żeleźniaka towar pod osłoną starych mebli i popsutych zegarów, brudnych pierzyn, tłumoków z odzieżą.
No, ale wacha też musiała chyba coś z tego mieć”. (s. 372)

ADRESY:

Ceglana 7,  – Ceglana 11,  – Ceglana 17,  – Ceglana (szpital),  – Ceglana (mykwa),  – róg ulic Ceglana/Waliców,

Bibliografia

– Rachela Auerbach, Pisma z getta warszawskiego, wstęp i opracowanie Karolina Szymaniak, ŻIH, Warszawa 2016.

– Leokadia Schmidt, Cudem przeżyliśmy czas zagłady, przedmowa i objaśnienia Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.

Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa 1983.

– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.

– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.

– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.