MIŁA 46

Sara Kraus-Kolkowicz

JA, I

Urodziłam się i wychowałam w Warszawie przy ul. Miłej nr 46, między ulicami Zamenhofa a Lubeckiego (tak się nazywały przed wojną). (s. 7)

Nasz dom, w którym mieszkałam, był bardzo duży, cztery oficyny i każda oficyna (klatka schodowa) miała 5 lub 6 pięter. Dachy były płaskie i strome, a na nich dużo kominów. Tam właśnie znajdowała się Obrona Przeciwlotnicza oraz Komitet Domowy, który oczywiście składał się z samych obywateli żydowskich, bo to była dzielnica zamieszkała głównie przez ludność żydowską. (s. 7–8)

JA/ONI, I

Był to już rok 1940 głód zaczął dokuczać. Mój ojciec miał pracownię krawiecko-kuśnierską damsko-męską, a za klientelę przeważnie Polaków którzy szyli sobie u nas ubrania i futra przez długie lata i oczywiście – przed wojną. […] Jednym z takich przyjaciół, którzy przychodzili do naszego domu przez wiele lat był elegancki pan Lolek, stary kawaler, zamieszkujący na Powązkach (wówczas peryferie Warszawy). Ojciec mój szył dla niego każdego roku dużo odzieży. Pewnego dnia zjawił się u nas pan Lolek, przeprowadzając ze sobą dwóch niemieckich oficerów i zażądał od mojego ojca, a żeby natychmiast użył tym żołdakom płaszcza wojskowe, i w ich posiadaniu był już nawet przygotowany materiał zielony i jasnoniebieski. Widocznie każdy z nich należał do innej jednostki wojskowej, bo były dwa kolory szynelów. Mój tata usprawiedliwiał się, że niestety takich płaszczy i mundurów nigdy nie szył i nie będzie mógł tego wykonać. Uprzejmie przeprosił, że nie jest w stanie przyczynić się jego prośby. Ale w panu Lolku zakipiała krew. I w obecności Niemców zaczął w dużym gniewem krzyczeć po niemiecku i zaczął ojca szturchać i rozkazał, że musi to być wykonane w najkrótszym terminie. Ojciec bardzo się przestraszył, wziął przymiarkę żołdaków i jakoś przy pomocy pracowników wykonał pracę. Po kilku dniach szynele wojskowe były już na manekinach i czekały na odbiór. Zapłatę za tą wykonaną robotę było 5 kg ryżu, i nie wolno było tworzyć ust, bo pan Lolek pokazał ojcu że ma pistolet w kieszeni.
Po miesiącu przyszli inni nasłani Polacy i zabrali nam z mieszkania trzy maszyny do szycia (Singera), które zapewniały naszej rodzinie chleb powszedni. Bez maszyn już nie było żadnej nadziei że nasz tata może zarobić na życie. (s. 13–15)

JA/ONI, II A

Przeniosłam ze sobą dwa bochenki chleba dla moich najbliższych. Było już późnym wieczorem, a mama zaczęła dzielić ten chleb każdemu jednakowo. Każdy dostawał tę samą porcję, nawet mała Polcia, która miała zaledwie 3 latka.

Zaczęło być już bardzo zimno, bo zbliżała się zima i nie było opału czym ogrzewać. Więc moi rodzice, już nie wychodzili z łóżek, tak postanowili przeleżeć cały czas zdepresjonowani, obojętni i zrezygnowani z powodu głodu i zimna. Ja natomiast rozpaliłam z drewek trochę ognia, rąbiąc zawsze coś innego. Jak np. krzesło lub półkę, którą ściągnęłam ze ściany albo szuflady z kredensu. Na widok ognia zapaliła się we mnie jakaś iskierka, naszła mnie jakaś tęsknota, której nie umiem wytłumaczyć. Wzięłam te łupiny kartoflane, położyłam na fajerkach, które ogorzały i trochę przypiekły i tym karmiłam moją rodzinę. (s. 23–25)

Moja siostra, młodsza ode mnie o 3 lata (10 lat), a na imię jej było Lola, zaczęła puchnąć z głodu. […] Zabrałam ją do domu i położyłam do łóżka, obok siebie. Rano budząc się, leżała przytulona do mnie moja mniejsza siostrzyczka Lola. Spaliśmy wszyscy blisko, jeden koło drugiego, żeby było cieplej, ale ona leżała tak blisko, że nie mogłam się ruszyć. Ażeby wyjść z łóżka zaczęłam Ją popychać i szturchać, żeby się trochę odsunęła. Ale Ona nie reagowała. Wzięłam ją z rękę, ale była zimna jak lód. Zawołałam ojca, żeby podszedł. Kiedy tata przyszedł na moje zawołanie, spojrzał na swoją 10-letnią córkę i rzekł: „Ona już nie żyje”. Nie wiadomo ile czasu leżała martwa. (s. 25)

Zabrali ją [zmarłą siostrę Sary – dziesięcioletnią Lolę] z domu ludzie, ale nikt nie wiedział, dokąd wywożą i w ogóle nikogo nie interesowało, nawet rodziców i nie robiło się z tego żadnej tragedii. Kompletna obojętność na wszystko. […] Leżeliśmy w łóżkach, 5 osób razem jeden obok drugiego, żeby się w ten sposób ogrzać. (s. 25–26)

JA/ONI, II A (zima 1941)

Na dworze panował mróz. Rok 1941, zima w pełni. Szyby naszych podwójnych okien zostały wyrzeźbione różnymi kwiatami natury mrozu. Nie ma rady, trzeba wstać i zrobić trochę ognia. Ja z moim bratem rąbiemy krzesła, bo i tak nikt na nich nie więcej nie siada, gdyż nie ma sił i nie ma siedzenia, jest skóra i kości. Trzeba tylko leżeć i patrzeć w sufit, w beznadziejność, a może doczekania jeszcze jednego dnia? Ale kiedy mama raptem zaczęła konać i pięknie czarne oczy wywróciły się do góry, tatuś tak strasznie zaczął krzyczeć i modlić się: „Ojcze w niebie nie zabieraj mi matki moich dzieci, zabierz mnie w jej miejsce! Boże ratuj moją żonę!”. Mój ojciec tak strasznie krzyczał, że mama z powrotem otworzyła oczy i usiadła na brzegu łóżka, ale była w obłędzie. Nazywało się to, że mój ojciec przerwał matce śmierć swoim przeraźliwym krzykiem. Tak przynajmniej słyszałam, jak ludzie to objaśnili. Mama wstała, kręciła się, ale nie była już tą samą osobą. Poruszała się ledwie, jakby nie na swoich nogach, jak lunatyczka. (s. 26)

Całą zimę przebywało się leżąc w łóżkach. Całe gospodarstwo domowe zostało zrujnowane, wyprzedana bielizna, porąbane meble, tylko jedna pościel jeszcze pozostała i puste szafy. […] Od czasu do czasu zapalam trochę ognia i robię trochę wrzątku, w którym popija się cukierki od mojej cioci, podzielone na drobne kawałeczki i to miała być herbata. (s. 27)

JA/ONI, II A (lipiec 1941)

W drugiej oficynie naszego domu zamieszkiwał brat mojej mamusi, na imię mu było Herman. Przed wojną miał sklep damskich torebek na ul. Miodowej. Ponieważ przyzwyczajony był do sprzedaży również w getcie, zajmował się sprzedażą końskim smalcem (tłuszczem) i jakoś im tam szło. Widać było, że u mojego wujostwa życie prowadziło się jako tako, bo na pewno były tam zapasy żywności. W pewnej chwili mój tata zawołał mnie do siebie, leżący bez przerwy w łóżku, bo nie był już w stanie chodzić. Usiadłam obok niego na skraju łóżka zapytałam się, co chce mi powiedzieć. Więc usłyszałam prośbę: „Sarusiu, idź do cioci Esterki, żony Hermana i powiedz, że ja proszę przed śmiercią surowego buraka”. Poszłam więc na polecenie mojego ojca, wypełnić jego ostatnią wolę. Odpowiedź mojej ciotki była taka: „Powiedz twojemu ojcu, że nic się nie daje, dziś On a jutro my”. […] Kiedy wróciłam do mojego taty z odpowiedzią, którą otrzymałam zamiast surowego buraka, tata spojrzał mi w oczy. Znów usiadłam na brzegu łóżka i teraz ojciec położył mi głowę na lewym ramieniu, i w tych słowach rzekł do mnie: „Sarusiu ja umieram, ty bądź zdrowa i wytrwała”. W oczach widziałam konanie. Wzięłam w ręce jeszcze ciepłą głowę mojego ukochanego ojca i położyłam na poduszkę. Za chwilę kiedy skończył życie, jeszcze raz popatrzyłam na wycieńczoną twarz, która była cała spuchnięta i żółta. Okryłam ojca prześcieradłem ponad głowę. Nie płakałam nie było łez, może wtedy zrozumiałam, że tak powinno być.
Podeszłam do mamusi, która również jak zwykle leżała z tej samej przyczyny głodowej i oświadczyłam: „Tata już nie żyje”. (s. 28)

Widocznie sumienie się odezwało u mojej ciotki, i dała mojej mamusi, to znaczy swojej siostrze, duży pszenny chleb dwukilowy, kilogram cukru, trochę marmolady i masła. Pokrzepiliśmy się tymi delikatesami, w czasie kiedy mój tata leżał na podłodze przykryty czarnym kocem i czekało się, aż przyjdą zabrać trupa. (s. 29)

JA/ONI, II A (lato 1941)

Zostaliśmy sami. Ja, mój brat i 4-letnia siostrzyczka. […] Administrator domu nakazał nam się wynosić, bo nie było opłacone komorne miesięczne, nie wiadomo ile czasu. Naturalnie gospodarzem domu był Żyd, ale o ile nie otrzymywał pieniędzy, to wynocha, eksmisja. (s. 29)

Dochodzą do nas słuchy, że można za pieniądze wydostać się na stronę aryjską. Ale skąd zdobyć pieniądze? Po namyśle z bratem postanowiliśmy skombinować forsę znów handlem. Tym razem handel był drzewem. W mieszkaniu, które musieliśmy oddać, pozostały jeszcze meble, szafa, stoły i kredensy. To wszystko zaczęliśmy rąbać na małe kawałki. Od naszego wujka Hermana pożyczyliśmy wagę o dwóch suflach, na której również ważył i sprzedawał koński tłuszcz, który szmuglował do Getta jakimiś drogami. Zaczęliśmy sprzedawać drzewo na kilogramy, stojąc przed bramą na ulicy. (s. 29)

 

Bibliografia

– Sara Kraus-Kolkowicz, Dziewczynka z ulicy Miłej albo świadectwo czasu Holokaustu, Lublin 1995.