Ukryte ślady dystansu, ironii i rozpadu
Geografia powieściowa, czyli co wiadomo o topografii, onomastyce i temporalności
Orzeszkowa od początku wybiera formułę omowności, enigmatyczności i wiedzy sugerowanej, dającej zarysy, żeby nakierowywać czytelnika na mechanizmy działania fałszu, blichtru, dewocji w małomiasteczkowym świecie plotki i życia cudzym życiem. Nie do końca zależy jej na ezopowości ujęcia, choć wiele tu silnie zalegoryzowanych i ujednoznacznionych atrybutów oraz cech osobowościowych, a także fizjonomiki pasującej do stratyfikacji określającej czarno-białe charaktery, pozytywne bądź negatywne zachowania czy postawy. Na tle postaci jednoznacznych i papierowych wyróżnia się dwójka głównych bohaterów, na których przykładzie młoda pisarka próbuje pokazywać odcienie psychologii, skomplikowanie, zniuansowanie wyborów, dramaty (by nie rzec tragedie egzystencjalne), także te związane z koniecznością wyboru. Już tutaj Orzeszkowa wchodzi na drogę „kazuistyki sumienia” – jak dowodził tego wobec Nad Niemnem Stanisław Brzozowski, a za czujnym krytykiem modernistycznym formuły tej do zdiagnozowania postaw pisarki i postaci kreślonych pod jej piórem użył Józef Bachórz. Interesują ją kwestie odpowiedzialności etycznej, równoważenie prywatnych potrzeb, zgoda z własnym sumieniem, ocena zachowań, kodeks powinności społeczno-kulturowych czy religijnych. Maria Żmigrodzka dodatkowo diagnozowała: „[k]limat etyczny myśli Orzeszkowej pozwala […] stwierdzić, że nie daje się ona zamknąć bez reszty w granicach pozytywizmu”, a już od początku pracy twórczej, „[z]godnie z linią rozwoju światopoglądu Orzeszkowej w studium O powieściach T.T. Jeża bardzo doniosłą rolę odgrywała też problematyka etyczna”.
Powieść rozpoczyna się od zarysowania sytuacji uniwersalnej, obrazu miasta każdego i żadnego, owego wszędzie-nigdzie. Charakterystyczne to dla omowni i niedookreślenia w baśniach, mających na celu pokazanie świata w jego uniwersalności i możliwości duplikowania gdziekolwiek jego wizerunku. Uwyraźnieniu tej niejednoznaczności służą na poziomie stylistycznym wykluczające się znaczeniowo i tworzące paralelne pary litoty z wyrażeniem nie bardzo: „Nad pewną piękną i wielką rzeką stoi pewne miasto, nie bardzo wielkie i nie bardzo małe, nie bardzo piękne i nie bardzo brzydkie” (s. ). Enigmatyczność tę wzmacnia (w postaci zaimka nieokreślonego) widoczny w późniejszych partiach powieści obraz Spirydiona Asa pochylonego „nad jakimś pismem ilustrowanym” (s. ). Orzeszkowa ewidentnie od początku nie chce, żeby czytelnik jej powieści jednoznacznie dekodował sensy. Kiedy w dojrzałej twórczości będzie wskazywała na niejednorodność gatunkową oraz trudność w kwalifikacji – choćby w odniesieniu do Justyny z Nad Niemnem – użyje podobnej techniki opisu stanu pośredniego (by nie rzec hybrydycznego): „– Ani ptak, ani mysz… jak nietoperz!”; Benedyktowi Korczyńskiemu każe z kolei tracić siłę rezonu i jednoznaczności w jego ezopowym (może nawet jąkającym się fatycznie) „To… tamto… tego…”.
W powieści nazwy miejscowości są konsekwentnie inicjałowane, jak to Orzeszkowa ma w zwyczaju czynić aż do wydania tomu opowiadań Z różnych sfer. Nie ma tu nawet anagramów (jak słynne Onwil czy Ongród), są jedynie litery sygnalizujące przynależność, a więc obrazowanie przestrzeni miejskiej podlega prawu pełnej anonimizacji i przez to typowości (stąd też celowe stylizowanie miasta na podobne innym i zastosowanie czasu teraźniejszego): miasto X., miasto N. leżące w guberni W. (odległe „o sześćdziesiąt mil stąd” – s. ) oraz wieś L. (w której mieszka znachorka; raczej nie mógłby to być Ludwinów – wieś w powiecie kobryńskim, majątek Piotra Orzeszki, Orzeszkowa chyba nie chciała jednoznacznie wskazywać na taki trop). Kilkanaście mil od X. „wzgórza pięknie obrosłe sosnowym borem” (s. ). Z X. można jeździć do stolicy i innych miast europejskich, ale trudno jednoznacznie zawyrokować, o jakiej stolicy mowa. Pewnie o stolicy guberni – choć nie o Warszawie, stolicy Królestwa Polskiego, raczej o Wilnie (siedzibie generał-gubernatora) lub Grodnie (siedzibie gubernatora). Może najprędzej chodzi o Petersburg, bo akcja dzieje się na ziemiach przyłączonych do Rosji, mimo że Orzeszkowa programowo unikała obecności jakichkolwiek wątków rosyjskich we wczesnym pisarstwie. Omownie określane realia topograficzne wskazują również, że miasto leży nad „piękną i wielką rzeką” (s. ), a ze szczytu parowu widać w dali amfiladę domów. Analogicznym obrazem do przepaści z parowu może być ulica dzieląca domy Augusta (parter) i Anastazji (pierwsze piętro).
Orzeszkowa ukazuje miasto nie piękne i nie brzydkie (możliwe, że na terenie Litwy bądź Królestwa), mające upodobnić się do wielu tego typu miejsc, o których można powiedzieć to samo, czyli w zasadzie nic pewnego. Chodniki są w nim nierówne: „różnią się tym od wszelkich innych chodników tego świata, że oprócz do chodzenia, służą też do skakania, przedstawiając nieprzejrzany ciąg wzgórz, dolin, wąwozów i strumieni” (s. ). To „miasto pobudowane na górze” (s. ), z widocznymi czerwonymi dachami i wysokimi wieżami kościołów. Liczy sobie 30 000 mieszkańców, z czego połowę stanowią Żydzi, a wyraźną część Żydówki kramarki. Mówi się tu o szabatach odbywanych przez ludność wyznania mojżeszowego, która „każdego piątkowego wieczoru iluminuje okna swych mieszkań łojówkami” (s. ). To z Żydami związany jest ruch interesów majątkowych, handel. Odniesienia narratora w stosunku do Żydów i ich codziennych praktyk zdradzają dystans i ironię. Żydom przynależy tylko to określenie, które czytelnik poznaje od narratora, ale nie ma tu informacji o intensywności działań i faktycznym ruchu. Narracja enigmatycznie mówi o ruchu ludzi, co dotyczy jedynie grupy bezimiennej. Tak naprawdę zupełnie tego ruchu nie widać, dostajemy zdawkowe, stereotypizujące stwierdzenie mobilności starszych braci w wierze. Kiedy wprowadza się postać Josiela, nie mówi się nic ponad to, że jeden z bohaterów, Jan Rostowiecki (przez żonę określany z francuska jako Jean, co również jest elementem budowania dystansu i niestosowności, pozorowania salonowego kosmopolityzmu i pseudoznajomości języka ludzi wyrafinowanych oraz kodu salonowej komunikacji), kontraktuje u niego pszenicę. Tu o ruchu jedynie się mówi, ale go nie widać.
Narrator wskazuje także, że w mieście jest parę ogródków publicznych, i z nieskrywaną ironią mówi o ich niewielkiej powierzchni: 200 kroków długości i 100 szerokości. Niektóre akapity wyczulają słuch lub wzrok, jednak należy zauważyć, że X. to niewątpliwie przestrzeń dźwięków. Miasto, liczące 30 000 mieszkańców, metropolią nie jest, ale jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesne dane statystyczne i przewodniki oraz późniejsze hasła w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, trudno też jednoznacznie stwierdzić, że to miasto prowincjonalne. Można by rzec: ani takie, ani siakie – w myśl pierwszych słów narratora, który tak deklaruje, ponieważ jest empatyczny, ale też odpowiedzialny, na swój sposób „czuły” (mówiąc Olgą Tokarczuk z jej wykładu noblowskiego). Zależy mu na zainteresowaniu czytelnika i wzbudzeniu w nim czujności. Jest odpowiedzialny i czuły, dlatego od początku każe mu uważać i odróżniać to, co sam twierdzi, od tego, co ujawnia się w toku fabuły powieściowej i zachowań bohaterów (których kreuje, ale którym nie można wierzyć, a przynajmniej zdecydowanej większości z nich), domaga się także bacznego przyglądania się rozmaitym znakom, które wprowadzają niespójny i ontologicznie podejrzany obraz realiów współtworzących świat konstruowanej opowieści. Ta nieufność wobec kreowanego świata i pokazywanie pęknięć to świadectwo ogromnej przemyślności i odpowiedzialności pisarskiej Orzeszkowej, może dowód na to, że jest to powieść skomponowana „z całą starannością”. Świadczyć ma o tym również obraz finałowy. W ostatnim rozdziale, którego akcja toczy się po sześciu latach, zarysowane zostaje bowiem zupełnie inne otoczenie – pałacyk prezentujący raj i kicz jednocześnie, przedstawiony trochę tak, jak czterdzieści lat później Głębowicze w Trędowatej Mniszkówny. Wokół pałacyku państwa Gaczyckich (Edwarda i Wandy) widać fabrykę, szkołę, szpital, pocztę oraz drogi i kolej – elementy dobrze prosperującego społeczeństwa, artefakty i instytucje znamionujące ład i harmonię. Ale stają się one podejrzanymi znakami trwałości i szczęścia. Niewątpliwie są nimi jako dominanty społecznej komunii wzajemnych zależności przysparzającej pożytku dobru społecznemu, jednak obraz ten stoi w sprzeczności ze zmarnowanymi ideałami, potrzebami i podnietami twórczymi bohaterki, którą odwiedza dawny towarzysz codzienności.
Czy można sensownie i bez nadinterpretacji, a także nie wbrew intencjom pisarki pytać o to, czy Orzeszkowa w Cnotliwych przedstawiła Grodno lub Wilno? Bo to te dwa miasta niewątpliwie wchodziłyby w grę. A nawet jeśli dałoby się dokonać tu jednoznacznego przyporządkowania, to czy zmieniłoby to w jakiś szczególny sposób sensy powieściowe? Wydaje się, że obie miejscowości trochę dały się we znaki młodej pisarce, więc może z każdą z nich próbowała się po swojemu rozliczyć (z blichtrem i obłudą środowisk i pojedynczych osób w nich żyjących – pseudoelit, pseudoprzyjaciół, przedstawicieli Kościoła, kiedy w latach 1867–1869, a więc mniej więcej w czasie pisania powieści, starała się unieważnić swoje małżeństwo z Piotrem Orzeszką). I choć w nich pomieszkiwała (Wilno) bądź mieszkała (Grodno) krócej lub dłużej, z wyboru czy pod przymusem i kuratelą, to trudno przesądzić, które miasto służyło za pierwowzór ukrytych sensów powieści. Niemniej realia Cnotliwych bardzo trudno zlokalizować w świecie pozaliterackim, a tym samym jednoznacznie przyporządkować z prawdopodobieństwem czasowym, przestrzennym, historycznym, kulturowym. Orzeszkowa od początku konsekwentnie – pisząc o różnorodnych dominantach i wyróżnikach miejskości – chce wprowadzać czytelnika w błąd.
Czas. Akcja rozpoczyna się w maju (i co ciekawe, również w maju się kończy, podczas epizodu po sześciu latach) – chociaż pojawia się w powieści anachronizm czy lapsus, kiedy w jednym zdaniu mówi się o majowym wieczorze, ciepłej letniej nocy i ogniu w kominku: „Sam nawet ogień na kominku, z wolna i blado płonąc, zdawał się wstydzić świetności majowego wieczoru, który miliony gwiazd zaczynał rozrzucać po szafirowym niebie i ogarniał miasto ciepłym tchnieniem zstępującej letniej nocy” (s. ). Maj to przeciwieństwo chtoniczności (na półkuli północnej jest miesiącem wiosennym) i początek dziania się mitu eleuzyjskiego, a więc moment budzenia się świata w pełni do życia (Orzeszkowa często będzie rozpoczynać akcję swych powieści w miesiącach ciepłych). W tradycji słowiańskiej (polskiej) majenie współgra z tradycją religijności kapliczkowo-maryjnej i kultem związanym z opieką Matki Boskiej (stąd odmawianie litanii loretańskiej i pojawiające się w Cnotliwych nabożeństwa majowe oraz bractwa różańcowe i szkaplerzne).
Czas akcji można względnie określić dzięki jednej jawnej danej: wiekowi Joanny Starowolskiej, która ma ponad 60 lat i jest przykładem szlachcianki zdeklasowanej, skoro ezopowo mówi się o jej zubożeniu wskutek dawnych „nieszczęść ogólnych” (s. ). Można by w myśl wniosków Piotra Chmielowskiego jako autora Liberalizmu i obskurantyzmu na Litwie i Rusi (1898), a także mając na uwadze to, co sama Orzeszkowa pisała w listach Znad Niemna, zapytać, czy autorka Cnotliwymi chciała przedstawić lata sześćdziesiąte XIX wieku na terenach litewsko-polskich jako czas prosperity czy obskurantyzmu i nędzy. Po której stronie się opowiadała? Wydaje się, że bałamuctwo, lenistwo, brak perspektyw i grzechy przeciwko podstawowym cnotom umiaru, porządku, harmonii i zgody stojące po stronie „cnotliwych” zostaną zwyciężone możliwością samorozwoju, współpracy, kooperatywy różnorodnych trybów w organizmie społecznym. Taki organicznikowski porządek pisarka rysuje w finale, ale za cenę szczęścia osobistego i niespełnienia, przekreślenia dawnych marzeń Wandy, a przede wszystkim Augusta.

