HALE MIROWSKIE
Abraham Lewin
II D, ONI (05.07.1942)
„Opowiadają, że w sobotę, wczoraj, wypędzono z Hali Mirowskiej wszystkich polskich kupców. Dano im tylko pół godziny. Dalej opowiadają, że wszyscy Polacy mają zostać wypędzeni z Żoliborza. Ciężko uwierzyć, że tak straszliwy terror ma jeszcze długo trwać.” (s. 151)
„W warszawskich halach targowych ukrywano i żywiono dzieci żydowskie, dozorcy ukrywali je nieraz na strychach domów. Niebezpieczeństwo groziło dzieciom, jeśli zostały zauważone przez jakąś volksdeutschkę. Te były nieubłagane. Idzie Nowym Światem patrol, składający się z polskiego policjanta i uzbrojonego Niemca. Spotykają dziecko żydowskie. Prosi, by darowano mu życie. I policjant polski prosi. Nic nie pomaga, dziecko zostaje zabite na miejscu.
Idzie przez Grochów tłum już nie oberwańców, lecz widm w łachmanach lub nago. Dookoła grupy psy gończe. Idą na śmierć.” (s. 469)
Emanuel Ringelblum
II A, ONI
„Oryginalny sposób szmuglowania mleka. Po obu stronach granicy, obok Hal Mirowskich, po stronie żydowskiej – żydowski wóz z próżnymi konewkami, po stronie aryjskiej – aryjski z pełnymi bańkami. Po pewnym czasie, gdy obaj strażnicy są zajęci, zamienia się konewki i oba wozu odjeżdżają.” (s. 187)
Bogdan Wojdowski
F, I
„I pewnego dnia w oczach ludzi z tej i z tamtej strony zaczęli murarze murować mur na Żelaznej i Siennej, i Wielkiej, i przez Bagno, i Próżną, i Grzybów, i Graniczną, i plac Żelaznej Bramy do Hal, zamykając tak dzielnicę południową. I to było małe getto. A dalej mur ciągnął się Chłodną do Ptasiej, Przechodnią do Długiej, Mylną do Przejazdu, Świętojerską do Ciasnej, Koźlą na Przebieg, przez Pokorną, Stawki, Dziką i Okopy, zamykając dzielnicę północną. Tam było duże getto. A w poprzek ulicy Chłodnej w pobliżu kościoła Św. Karola stanął most drewniany i połączył obydwie odcięte linią tramwaju dzielnice”. (s. 44)
F, I
„Mordchaj Sukiennik po raz ostami wbiegł do warsztatu i zgarnął na furę resztki trawy morskiej. Już ludzie błądzili po mieście szukając nowych kwater. Tam gdzie szło o pośpiech, Niemcy kazali grodzić domy parkanem, zbitym na miejscu z desek, ustawiać kozły żelazne uzbrojone w kłęby kolczastego drutu. Takie płoty stanęły na ulicy Białej, Cieplej, w poprzek przez Waliców, przy Ceglanej, póki nie zastąpiono ich murem. ,,Verboren!” – krzyczały tablice. „Durchgang verboten!” – groziły napisy na murze u strzeżonych wylotów ulic. JUDENVIERTEL REVIER IST GESPERRT EINTRITT VERBOTEN.
– Podawaj, Maniuś, podawaj, podawaj!
W ciszy nie przebudzonego miasta krzyk ten zrywał go na nogi. Ukradkiem podchodził do okna. Pierwsze tramwaje jechały ulicami wyłaniając się z mgły, jak majaki innego, niepojętego świata, a ich wysoki wizg ginął na zakręcie, gdzieś w głuchej pustce Hal. Biły, biły dzwony u Św. Karola. Widział po tamtej stronie twarze, bielały niewyraźnie, wynurzały się z nocy, która pierzchła.
Z oczami zwróconymi na mur w budowie, ojciec zanosił poranne modlitwy”. (s. 46)
F, II
„Getto podziałało na Dawida przygniatająco -zgiełkiem, chaosem, bezładnym ruchem wśród krętych i ciasnych zaułków; krążył wokół placu Grzybowskiego, wzdłuż Cieplej, Ceglanej, Prostej i na Walicowie, unikając dróg kończących się nagle u strzeżonych wylotów ulic. Ale gdziekolwiek się obrócił, tam wyrastał przed nim mur. Hełmy strażników trzęsły się w szybkim biegu. Trącony w popłochu dzwon odzywał się o niespodziewanej porze i zdradza! uciekinierów. To na placu Grzybowskim, niedaleko wachy, wznosiła się po dawnemu kaplica dla przechrztów i tutaj, w głębi nawy i na chórze, kryli się szmuglerzy ścigani przez żandarmów. Niemcy strzelali na oślep, seriami, prosto w okienka dzwonnicy i stada dzikich gołębi unosiły się stamtąd w powietrze. Niebo było jasne, a biała chmura tkwiła w miejscu, nieporuszona, kiedy suchy trzepot skrzydeł już przebrzmiał w uszach. Idąc wąskim, ciasnym tunelem obmurowanej uliczki wydostał się na otwartą przestrzeń placu Żelaznej Bramy i ujrzał czuby starych drzew w Ogrodzie Saskim, jak widok z innego świata. Przystawał tu często, bez żadnego celu. Wracając do domu mijał wózki pchane przez szkielety, po dwa w zaprzęgu, z wyszczerzonymi zębami-w kierunku Hal, gdzie wsród poufałych targów z policją i Niemcami dokonywał się za okupem codzienny przeładunek towarów bławatnych i skór na furgony konne, które opuszczały o zmierzchu dzielnicę, a kupcy ukryci w bramach odprowadzali je z daleka uważnym spojrzeniem. Na kwadrans przed wybiciem godziny policyjnej miasto leżało martwe i ciemne”. (s. 56-57)
F, II
„Kiedy ściemniło się, Mordchaj wyrzucać zaczął cegły z szopy i gruz wynosić dużym kubłem. Ukradkiem rył przełaz prosto do piwnic zburzonej oficyny, które zachowały się pod usypiskiem; Chaskiel-stróż przebijał dalej przejścia w ścianach piwnic sąsiedniej kamienicy i magazynów mydlarni. Mówiono, że dogrzebali się do lochów łączących ulicę Krochmalną ze składami w podziemiach Hal”. (s. 106)
F, II
„Padł strzał, krzyknął człowiek. Znienacka zaterkotała seria z automatycznej broni i kulki gwizdały w ruinach wzniecając kłębki kurzu. Kapłani padli na twarz. Mur zamykający wylot Walicowa zasłonił przed oczami tłumu biegnących żandarmów, a oni z wrzaskiem i tupotem gonili kogoś długo. Powstało zamieszanie; najpierw uciekli kupcy ociężałym truchtem, godnie wyrzucając przed siebie nogi, za nimi tragarze przepadli w głębi ruin. Eliasz ukrył się za wozem trupów. Tłum w ogonku zawrzał, zakołysał się trwożnie, lecz nie poruszył sprzed kuchni gminnej. Pogoń oddaliła się w kierunku Hal i placu Żelaznej Bramy”. (s. 120-121)
F, II
„Odetchnęli dopiero na drewnianym moście-skąd dodomu było parę kroków-w tłumie przechodniów lękliwie przemykających tędy z głowami wciśnięrymi w kołnierze. Uginały się, trzeszczały wątle deski, żandarm pod mostem wolno obracał się na posterunku. Stąd, z tego miejsca wyniesionego ponad ulicę widzieli kręte, zatłoczone zaułki getta, rozlegle czeluście Hal aż po plac Żelaznej Bramy, a bliżej, na skwerze, biały masyw kościoła Św. Karola i poza nim, w oddali, wierzchołki starych drzew w Ogrodzie Saskim”. (s. 148-149)
F, II
„Dawno już Elijahu opowiadał im, co widział w gruzach na Walicowie. Zyga i Dawid zachłannie słuchali. Jak Małka się kładzie. Jak zadziera śmiało liliowy spód. Jak głaszcze piersi i bierze pieniądze. Jak odpina jedną podwiązkę i ściąga powoli jedwabną pończochę. Duszno, strach, szum w uszach. Opowieści te kończyły się zawsze tak samo i każdy wiedział jak, tylko Zyga udawał obłudnie, że nie wie. Elijahu szeroko i rozwlekle opowiadał, a potem szli w ruiny hałasując dla dodania sobie odwagi. Księżyc znad Hal srebrzył ich pobladłe twarze, rozległe rumowisko pełne cieni, aż tutaj biły okrzyki wart na placu Żelaznej Bramy, ostro biły im serca o żebra, kiedy podkradali się chyłkiem, cicho i ostrożnie stąpając po gruzie do miejsca, z którego ujrzeć mogli wyraźnie czające się postacie.
W ruinach na Walicowie wałęsały się głodne prostytutki.
O zmroku słychać było w załomach głośne oddechy. Tych, którzy sztywnieli w ramionach kobiet, i kobiet, które sztywniały z głodu. Jakby dyszało jedno wielkie, powalone na kolana zwierzę, które kona szamocząc się i nie mogąc sobie znaleźć miejsca. O zmroku na Walicowie cichły skomlenia żebraków, natrętne zawodzenia kantorów, modlitwy. O zmroku nad gruzami unosiły się szepty konających. Wybuchały ostatnie, dzikie bójki. Z ciał opadały łachmany. Szkielety stygły w chłodzie nocy i zamierał oddech. Puste źrenice obrócone w niebo gasły wraz ze światłem uchodzącego dnia i nie było ręki, która zamyka powieki.
-Oooo… Ooch!
Unosiły się nad tym miejscem ciężkie, urywane westchnienia i przekleństwa objętych w uścisku żebraków i kurew. Wisząca w pustce rynna z klekotem uderzała o zlew na nagiej ścianie. Poszarpany, zgnieciony dach wisiał jednym skrzydłem nad urwiskiem. Chichot wiatru, jękliwy dźwięk blachy, wściekłe głosy dolatywały z ciemnych, zgrzytliwych, kalekich ruin.
Elijahu, Dawid i Zyga z wysokości pierwszego piętra, przechyleni nad krawędzią rumowiska, patrzyli szeroko rozwartymi oczami na leżących tam w dole. Wietrzno było i zimno. Roześmiany nieszczerze Dawid zatykał sobie usta. Zyga z udanym rozochoceniem rąbnął Elijahu w kark. Wydawało się, że zaraz pęknie ze śmiechu. Marzły im ręce.
Na placu Żelaznej Bramy wartownik oddal strzał. Tramwaje iskrzyły z sykiem, śląc w ruiny zielone światło i chmarę bezładnych cieni.
-Aa…
Na cegły rzucona biała laska i zniszczony filcowy kapelusz. Obok dłoń dziewczyny błądząca po kamieniach. Nagły krzyk rozległ się w ciemności i trwał, jak wzniesione ostrze przeszywające niebo.
-Yyyy!
Długo, wolno zamierało monotonne skomlenie niepodobne do głosu człowieka, choć było jeszcze głosem człowieka.
-Chodźmy-powiedział Elijahu.-Już, wystarczy.
Z lękiem i ciekawością, z odrobiną wstydu, który ciekawości nie przemógł-uczepieni kruchych ruin-pozostali. Hałaśliwie dzwoniły zatrzymane przed wachą tramwaje. Iskry trzaskały raz po raz, jarzyły się całymi pękami. W zmierzchającym świetle dziewczyna leżała cicha i cienie ruin obsuwały się po jej ciele, pochłaniały nikłe uda, wklęsły brzuch, podciągniętą aż na oczy sukienkę, a obok siedział nieruchomo żebrak w podartym filcowym kapeluszu zasłoniwszy rękami twarz. Kiedy wstał, wówczas ujrzeli, jak dziewczyna łagodnie dotyka go palcami.
-Daj, otrzepię kurz. Nie możesz tak iść. Ja to co innego.
Podniósł białą laskę i odszedł. Uniosła się niezdarnie na łokciach i kolanach. Klęcząc ze zwieszoną nisko głową uderzyła pięścią bezsilnie o kamień.
Gdzieś blisko ulicą niosło się wołanie Małki.
-Co ja robię, zwariowałam, za darmo sprzedaję!
Pociemniało-siny księżyc drżąc w zamglonym powietrzu wzbił się lekko znad Hal i sunął na plac Grzybowski, a po drugiej stronie granicznego muru, w wąwozie Krochmalnej, wietrzyste niebo tliło się jeszcze zimnym ogniem zachodu. Słońce dopalało się za masywem nowego browaru”. (s. 248-249)
F, III A
„Ojciec przeczytał afisz, wziął narzędzia do worka i pobiegł uginając się pod ciężarem szukać pracy u „małego” Toebbensa, na Prostej, gdzie wujek Gedali był już od jakiegoś czasu zatrudniony. Matka wołała za nim przez okno; niech szybko wraca, bo lada godzina wygarną ludzi na plac. Jak się spóźni, to moż ich szukać, ale w Trawnikach! Szafa była odsunięta od ściany, na wszelki wypadek. Już przedtem ruszyli z miejsca stary mebel, kurz bił pod sufit, a matka stękając i kaszląc wchodziła do płytkiej niszy w ścianie, aby przekonać się zawczasu, czy miejsca starczy; kryjówka, gdzie mogła stać przez godzinę z twarzą obróconą bokiem i sztywno opuszczonymi ramionami, była gotowa. Czy jej nie widać? Głos za szafą rozlegał się głucho i obco. A ojciec przykładał skroń do ściany, patrzył w szparę i mówił, że nie widać. Na nosie i brwiach wisiała pajęczyna, którą zgarnął nie ogolonym policzkiem. Dawid tam nie wchodził; ktoś przecież będzie musiał przysunąć i odsunąć szafę od ściany. Nosił w kieszeni klucz do piwnicy, a piwnica ta łączyła się z innymi, które zasypane były gruzem pod rumowiskiem zburzonej oficyny. A jak Niemcy tam zajrzą? Mordchaj Sukiennik wyrył zapasowy tunel, którego wylot dobrze ukryty był w szopie, dalej zasypane lochy łączyły się z rozległym magazynem mydlarni w sąsiednim domu, a podobno dotrzeć można było tędy starym podziemnym przejściem aż do Hal. Tak mówi! Chaskiel-stróż, a on żył na Krochmalnej trzydzieści łat i znał tutaj wszystkie zakamarki jak własną kieszeń. Taki los, Żydzi pójdą za szczurami i chyłkiem przemykać się będą po piwnicach i norach, zejdą pod ziemię i ukryją się, by żyć. Kto im pozwoli żyć? Prędzej czy później zostaną wytępieni. Szczurom jest lepiej, bo nikt jeszcze nie ogłosił Rattenrein. Mówiąc to Chaskiel śmiał się okropnie, a łzy pokazywały się w jego bezrzęsych czerwonych oczach i ściekały po śmiejącej się, wykrzywionej twarzy. Strasznie było słuchać tego śmiechu, patrzeć w te oczy. Ojciec powiedział, żeby Dawid schował się w piwnicy i siedział cicho jak mysz, a po czystce wrócił szybko na górę i odsunął szafę, bo matka udusi się albo zemdleje. Uparła się i nie chciała schodzić na dól, ponieważ ktoś musi przecież pilnować mieszkania! Tę skrytkę za szafą wymyśliła dla siebie sama”, (s. 304-305)
F, III A
„Klucz, który Mordchaj rzucił w gruzy tego dnia, podniósł Elijahu i za nim schroniło się do szopy kilkunastu ludzi, którzy w zamęcie uciekli na drugie podwórze. Wracał ten i ów z ulicy, a Kalman Drabik stał ze szpadlem w ręku przy drzwiach i nie wpuszczał żółtych. Drapało w gardle od kurzu i suche źdźbła siana latały w powietrzu, kiedy bezładnie obszukiwali kąty. Przez szpary w deskach wciskały się prążki słońca i ciemność była pręgowana na czarno i żółto, a Żydzi, jak okryci jednym tałesem, siedzieli przytuleni do siebie. Jakaś kobieta, która uciekła z ulicy, wtykała smoczek dziecku. Ono ten smoczek wypluwało, a matka wtykała z powrotem. Słychać było kroki policji, nawoływania, strzały, a Kalman Drabik wyglądał przez szparę na podwórze […]. W tym czasie wrócił Mordarski bez jednego buta. W bucie miał trochę pieniędzy, więc musiał go zdjąć na Chłodnej. Widział, jak stróża zabrali, sam dał w łapę granatowemu i uciekł, a teraz nowinę powtórzył Awrumowi. Awrum nie wierzył. Chaskiel wszystkie przejścia zna jak własną kieszeń, stąd do samych Hal.
Do Hal? Kalman Drabik już nie puścił z rąk Awruma, póki wszystkiego nie powiedział. Tak, jest ukryte przejście do Hal, stare, znane stróżowi sprzed wojny. Awrum narysował na kawałkupapieru całą drogę i z tym papierkiem i ze świeczką Kalman Drabik zniknął na podwórzu. Była już noc. Kazał im czekać, aż wróci. A Awrum pokręcił się, wrócił do stróżówki, zmienił brudną koszulę i zabrawszy coś do jedzenia poszedł do Rywy, która czekała z małą Rojzele na strychu bez kropli wody. Rano, kiedy wyjrzeli przez szparę między nieszczelnymi deskami szopy, cała trójka z ostatnim niedużym tobołkiem szła w kierunku bramy, Rywa, Awrum i Rojzele. Tymczasem Mordarski, ciągle w jednym bucie, kłócił się z Naumem. W którym miejscu? W którym miejscu furman kopal przełaz, o to mu chodziło. Przebudzili tych, co spali, i dopiero zaczęła się awantura. Kalman Drabik wrócił z lampą naftową, z blaszaną banieczką, z grubym wełnianym kocem. Wtedy Elijahu przełaz pokazał: trzeba było najpierw odsunąć wyrko Mordchaja Sukiennika i stos uprzęży. Niepozorne przejście wyryte było w gruzach zburzonej oficyny, aż do piwnic. Piwnice zachowały się i tam znaleźli dziury w murze prowadzące do sąsiedniego domu, dalej ciągnęły się obszerne składy mydlarni Lederów i stara Zełda postękuiąc rozstawiała niedopałki świec w załomach ścian. Wszędzie widzieli ślady przerwanej pracy, wiadra bez wody, materace butwiejące w wilgoci, puste bańki do nafty, porzucone narzędzia i wykute w połowie kanały wentylacyjne. W ten sposób znaleźli się w kryjówce o paru wyjściach; zburzona oficyna nie dawała dostępu do tych piwnic, a przełazy były nawet nieźle zamaskowane. Kalman Drabik patrzył dalej na swój papierek i opukiwał ścianę; nikt nie chciał z nim iść ciemnym lochem w podziemne ruiny starego browaru, pod zimnym i mokrym sklepieniem. Wrócili do szopy uspokojeni, a on pchał się dalej”. (s. 313-314)
ADRESY:
– Ciepła/Hale Mirowskie, – Solna/Hale Mirowskie
TRASY:
– Trasa: Chłodna – Leszno 2 (Centos) – Chłodna/Żelazna (wacha) – Chłodna – Hale Mirowskie – Marszałkowska – Aleje Jerozolimskie – Most Poniatowskiego, – Trasa: Elektoralna – Chłodna – Hale Mirowskie, – Trasa: Hale Mirowskie – Marszałkowska – Aleje Jerozolimskie – Most Poniatowskiego
Bibliografia
– Abraham Lewin, Dziennik, wstęp i opracowanie K. Person, Warszawa 2016.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.


