W ogrodzie uczuć
IV. Siostry Jęczmionkowskie
Symptomami są już nie tylko konkretne dolegliwości, ale również – stosując metaforę Freuda – „cierpienie […] ciała, które nie może się wręcz obyć bez bólu i lęku jako sygnałów ostrzegawczych”[1]. Wśród tych niezdiagnozowanych pacjentów można odnaleźć siostry Jęczmionkowskie, głodzące się ponad miarę w czasie oficjalnych spotkań:
panny Elfryda i Zenobia nie jadły zrazów, broń Boże! nie jadły nawet mleka, choć miało minę poetyczniejszą, więcej jakoś pasterską od mięsa. Umierały z głodu, patrząc na zastawione przed nimi proste, lecz smaczne potrawy, a niczego nie tknęły, bo za nic w świecie nie zdecydowałyby się jeść przy licznym zebraniu, a szczególniej w obecności powabnego doktora (Wk, cz. II, rozdz. IV).
Młode dziewczęta zostały wychowane zgodnie z konwenansami, według których najważniejsze są wygląd i dobre zachowanie. Są modnie ubrane i niewykształcone (mają tylko podstawy charakterystyczne dla wychowania panien z dobrych domów – w towarzystwie rozmawiają między sobą po francusku), wiedzą, co wypada, a wszystkie ich działania są skierowane na jeden cel: dobre wyjście za mąż. Staje się jednak jasne, że wychowanie panien jest dla nich samych katorgą, odbierającą nie tylko możliwość normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, ale także radość z codziennych czynności: „nic nie jadły biedne ofiary dziewiczej idealności, a w duchu pocieszały się myślą o kołdunach, które miały być w domu na obiad”, i „[k]ażda z nich obiecywała sobie, że zje ich najmniej piętnaście i zakąsi porządnym kawałem baraniej pieczeni” (Wk, cz. II, rozdz. IV)[2]. Życie na pokaz je męczy, więc tak naprawdę chcą tylko odpoczywać i jeść, co jest możliwe wyłącznie w bezpiecznym zaciszu domowym. Udając prawdziwe życie, wycofują się mentalnie ze świata. Obie są podporządkowane matce i konwenansom, wypełniają oczekiwania środowiska, przez co żyją w świecie na niby. Ewidentnie Orzeszkowa, sama cierpiąca na psychozy, z czułością odnosiła się do tego rodzaju choroby społecznej, bo szerzej i wielostronnie omówiła go w studium o kobietach, dostrzegając między innymi, że
gdy mowa jest o celu istnienia kobiety, brzmi zwykła, odwieczna, jak codzienny pacierz powtarzająca się formuła: kobieta stworzoną jest, aby być żoną, matką, gospodynią, i brzmią też wdzięczne wyrazy: poświęcenia się, zaparcia itp.[3]
Poświęcenia nawet własnego zdrowia, by tylko osiągnąć cel, którym jest znalezienie odpowiedniego męża. Orzeszkowa oczywiście wypowiada te słowa, by rozpocząć polemikę, są one jednak bardzo adekwatne i przystające do wymowy powieści.
Przypisy
- „Z trzech stron grozi nam cierpienie: od ciała wydanego rozkładowi i rozpadowi – ciała, które nie może się wręcz obyć bez bólu i lęku jako sygnałów ostrzegawczych – od świata zewnętrznego, który może srożyć się przeciwko nam z potężnymi, nieubłaganymi, niszczycielskimi siłami, i w końcu od naszych stosunków z innymi ludźmi” – S. Freud, Pisma społeczne, oprac. R. Reszke, przekł. R. Reszke i in., t. 4, Warszawa 1998, s. 174.
- Orzeszkowa wyraźnie podkreśla, że niezamężne dziewczęta są zmuszane do zachowania wbrew naturze po to tylko, by nie przepuścić żadnej okazji do zainteresowania potencjalnych kandydatów na męża. Standardy niejedzenia w towarzystwie nie obowiązują żadnej z zamężnych kobiet, co potwierdza wilczy apetyt matki Elfrydy i Zenobii zaspokajany na oczach wszystkich gości: „Za to mama Jęczmionkowska nie spuszczała się na przyszłość, ale, używając w teraźniejszości tego, co Bóg dał, połykała zrazy jeden po drugim jak pigułki” (Wk, cz. II, rozdz. IV).
- E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach, [w:] taż, Publicystyka społeczna, t. 1: Myślenie obywatelskie, Żydzi, kwestia kobieca, wyb. i wstęp G. Borkowska, oprac. edyt. I. Wiśniewska, Warszawa 2020, s. 633.


