W ogrodzie uczuć
I. Klotylda i Lucjan
W klatce to powieść mało znana szerszemu kręgowi odbiorców zapewne nie tylko dlatego, że niezbyt często wznawiana, ale też dlatego, że niechętnie polecana przez krytyków. Niektórzy łączą powstanie tego utworu z prywatnym życiem Orzeszkowej, inni chcieliby w nim widzieć znak czasów, w jakich powstał. Irena Krzywicka tak podsumowała pomysły zawarte w drugiej powieści napisanej przez Orzeszkową: „Podejrzewam, że to pierwszy okres jej [Orzeszkowej] stosunku ze Święcickim nasunął jej takie rojenia”. Badaczka pewnie i bez wahania uznała wszystkie utwory prozatorskie tego okresu (aż do Pana Graby) za noszące piętno osobistych przeżyć pisarki. Trudno tej tezie zaprzeczyć, rzeczywiście czas pisania W klatce zbiegł się z intensywnym przeżywaniem związku z Zygmuntem Święcickim, łatwo zatem zaproponować jednoznaczną interpretację powieści: skomplikowany związek, cierpienie, gry i tajemnice miłosne, a wszystko to zaczerpnięte niejako z wewnętrznych przeżyć autorki. Dodatkowo Krzywicka, używając rzeczownika „rojenia”, negatywnie ocenia treść utworu, co można odebrać jako wskazanie, że ta próba prozatorska Orzeszkowej jest raczej marna. Warto jednak podkreślić, że ukazywanie związków trudnych, nietypowych, borykających się z problemami wcześniej mało reprezentowanymi w literaturze polskiej jest dla drugiej połowy XIX wieku charakterystyczne. Pisarze starali się stworzyć język opisu relacji międzyludzkich czy psychiki bohaterów, co z perspektywy literatury światowej mogło wyglądać na dość nieporadne. Jak bardzo podobne do siebie były realizacje proponowane przez czołowych polskich pisarzy epoki pozytywizmu, niech świadczą dwa przykłady: debiut prozatorski Henryka Sienkiewicza Na marne oraz fragment Lalki Bolesława Prusa. Na to ostatnie podobieństwo zwrócił uwagę Zbigniew Przybyła:
Niektóre sytuacje fabularne w utworze Prusa wskazują znaczne podobieństwo do rozwiązań kompozycyjnych powieści W klatce, w której Orzeszkowa daje odpowiedź na pytanie postawione w Początku powieści: „Jakim sposobem na przykład zejść się mogą mężczyzna-człowiek z kobietą-lalką […]?”. W tejże W klatce, dzięki przypadkowi (!), następuje w Teatrze Wielkim w Warszawie poznanie światowej damy z prowincjonalnym lekarzem, a kolejność miejsc ich dalszych spotkań […] też znajdzie wierne powtórzenie w fabularnej chronologii „kładek, na których spotykają się” Wokulski i Izabela.
W pierwszym czytaniu W klatce może wydawać się powieścią o Klotyldzie Warskiej, postaci organizującej w pewien sposób całą powieść. To Klotylda budzi skrajne uczucia, to ona ma najwięcej refleksji, jest też postacią silnie wpływającą na innych i intensywnie działającą. W porównaniu z nią wiele osób sprawia wrażenie wręcz statycznych. Klotylda Warska – femme fatale powieści – jest kobietą nietypową, przeczącą wszelkim konwenansom i wyobrażeniom o roli kobiety w XIX wieku: niezależna finansowo, wolna obyczajowo i dbająca o rozwój intelektualny. Rzadki przypadek. Ucieleśnienie marzeń autorki powieści o tym, by móc samej o sobie decydować, rozwijać się w wybranym przez siebie kierunku. I choć Warska jest wolna i zgodnie z nomenklaturą Orzeszkowej to „człowiek” w całej pełni – nie potrafi z tego skorzystać. Musi osiągnąć dno, żeby się podnieść i wytyczyć „cel ludzki”. Dlaczego? Powieść nie daje jednoznacznej odpowiedzi i prawdopodobnie dlatego też przez kolejnych badaczy nie może być zakwalifikowana (tak jak dzieje się z wieloma innymi utworami) do konkretnej kategorii. Dzięki temu cały tekst staje się bardziej interesujący. Pierwsza lektura nie wywołuje tego wrażenia, ale już w kolejnej można dopatrzeć się wielowymiarowości postaci, ich niejednoznaczności. Rozterki targające Warską nie są wyłącznie błahe i wynikające z jej płochej natury. Analizując tę postać, można dostrzec ambiwalencję wpisaną w jej życie: potrafi zaangażować się w miłość, jednak łatwo ulega zauroczeniom, co doprowadza do zranienia wielu osób. Ma wykształcenie, które według Orzeszkowej jest warunkiem lepszego funkcjonowania w społeczeństwie, a jednak to nie chroni Klotyldy przed zbyt pochopnymi decyzjami, również nierozważnym lokowaniem uczuć, co doprowadza do tragedii. Jest kobietą o niepospolitej i zwracającej uwagę urodzie. Być może to właśnie ma największy wpływ na kształtowanie jej charakteru. Dziewczynka, a potem kobieta postrzegana przede wszystkim przez pryzmat ciała nie miała szans dojrzeć emocjonalnie. Jest jak mądre, ale rozkapryszone dziecko. Jednocześnie z punktu widzenia dziewiętnastowiecznych poglądów można ją uznać za antykobietę, gdyż zbyt dużo w niej niezależności, samodzielności, a za mało dbania o opinię innych: ma pieniądze, urodę, nie szuka męża. To na nią wciąż „polują”, nie jest młodziutka, ale wciąż pożądana. Urodzone kilkadziesiąt lat później feministki mogłyby być z niej dumne…
Orzeszkowa spróbowała połączyć w jednej postaci fikcję literacką i własne przeżycia oraz zaprezentować poglądy amerykańskich emancypantek. Pisarka dużą atencją darzyła Amerykę i kiełkujące tam próby innego niż dotychczas wychowywania kobiet. Postępowe normy w XIX wieku dochodziły do głosu silniej i wyraźniej za oceanem niż w Europie, a szczególnie w Grodnie czy w Warszawie. Warska wychodzi nieco poza standardowe dziewiętnastowieczne wychowywanie dziewcząt, znalazłaby się raczej w gronie takich Polek kolejnego pokolenia jak Bronisława Skłodowska, Maria Kowalewska, Antonina Leśniewska – wykształconych, pozbawionych stereotypowego myślenia o roli mężczyzn i kobiet, planujących życie według własnych pragnień i możliwości intelektualnych. Jeśli w ten sposób analizujemy postać dziedziczki Jodłowej, to wyłania się obraz kobiety przyszłości: wykształconej, samodzielnej, pięknej i inteligentnej. Warska nie jest jednak w pełni ukształtowaną osobą. Ma dystyngowane maniery wynikające z tak zwanego dobrego wychowania i umiejętność zaprezentowania się w towarzystwie; potrafi gustownie się ubierać, co od początku służy w powieści do budowania kontrastu z innymi postaciami kobiecymi; w swoim zachowaniu i stylu bycia jest próżna – tak można opisać teraźniejszość Warskiej w sferze zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Ale chce ona dla siebie innej przyszłości: dąży do korzystania ze zdobytej wiedzy i świadomego życia. Poszukuje przestrzeni do zmiany, czuje wewnętrzne wyczerpanie dotychczasową egzystencją. Potrzebuje silnego doznania emocjonalnego pozwalającego jej na zrozumienie, do czego tak naprawdę zmierza. Cios, jakim jest śmierć Dolewskiego, budzi w niej autentyczną chęć uwolnienia się od stereotypów narzucanych kobietom i pozwala zrozumieć, że Mickiewiczowskie przesłanie „kto nie doznał goryczy ni razu…” było przez długi czas przekleństwem kierującym jej życiem.
Warska charakteryzowana jest nie tylko poprzez słowo i działanie. Orzeszkowa, znana ze swego umiłowania do natury, ziół i kwiatów, opowiada o Klotyldzie (ale także innych postaciach), używając tak zwanej mowy kwiatów, popularnej przede wszystkim w dziewiętnastowiecznych flirtach i zabawach towarzyskich. Dziedziczka Jodłowej również w tej charakterystyce pozostaje niejednoznaczna. Ciekawe jest budowanie przestrzeni wokół Klotyldy, przestrzeni w głównej mierze definiowanej przez roślinność. Ogród otaczający posiadłość Warskiej zaprezentowany został z kilku stron, każde z tych ujęć przypisano konkretnemu zdarzeniu, ale i stanowi emocjonalnemu bohaterki. Należy też zwrócić uwagę na to, jak mocno natura wydziela przestrzeń. Można mieć wrażenie, że Jodłowa jest odizolowana od miasteczka. Z jednej strony wyłania się góra, dominująca i osłaniająca posiadłość Warskiej, a patrząc z perspektywy przebiegającej w pobliżu drogi, Jodłowa znajduje się za górą, u podnóża której rozciąga się połać zieleni:
Wchodząc do ogrodu tego od strony góry, długo można było iść śród tych ciemnych, szumiących przestrzeni, pod sklepieniami jodeł i po miękkich kobiercach otaczającej brzozowe gaje murawy, nie widząc mieszkalnego domu, nie słysząc najlżejszych odgłosów towarzyszących zwykle ludzkim krzątaniom się i zachodom.
Drzewa wyznaczają przestrzeń zupełnie oddzielną, lekko tajemniczą. Opis kreowany przez pisarkę buduje atmosferę znaną z baśni czy opowieści grozy, mocno wskazują na to słowa odnoszące się do zmysłów: przechodzień nie dostrzeże z tego miejsca żadnych znaków codzienności (zmysł wzroku kierowany wyłącznie w stronę tego, co naturalne), drzewa izolują od codziennych odgłosów (zmysł słuchu), kobierce z murawy są miękkie (zmysł dotyku). Miejsce i dynamika opisu zmieniają się przez wprowadzenie przysłówka „nagle”. Odizolowana, tajemnicza przestrzeń niespodziewanie otwiera się, a opis nabiera dynamiki:
Aż nagle, w końcu najszerszej, przerzynającej sam środek ogrodu, alei odkrywała się obszerna przestrzeń, niczym już nieocieniona, lecz tylko w wielkie koło otoczona nisko ciętym szpalerem bzów i jaśminów (s. ; wyróżnienie – A.K.).
Perspektywa znacząco się zmienia. Początkowo roślinność panowała nad człowiekiem bądź go chroniła. Im bliżej zabudowań, tym flora wydaje się stopniowo maleć, jednocześnie pojawia się więcej gatunków, które mają szczególną wymowę. Spacerująca po ogrodzie właścicielka może dzięki swojej wyobraźni (a być może i wiedzy na temat symboliki roślin) „usłyszeć”, że krzewy poczytują sobie za szczęście służenie pięknej kobiecie: „Szczęśliwy, czyją skroń ocieniają wonne twoje loki […], najszczęśliwszy, kto ci w wieczór i rano powiedzieć może: tyś moją!” – mówią jaśminy; bzy uzupełniają wypowiedź, odsłaniając w pewien sposób naturę Klotyldy: „Są chwile, w których oddalona od zgiełku świata, od wrzawy zabaw, dumasz samotna w twoim pokoiku, wtedy pomyśl o mnie”. To przesłanie towarzyszy Warskiej przez całą ogrodową podróż, aż do drzwi domu, gdzie kamelia przekazuje informację o chęci bliższego poznania. Można sobie zadać pytanie, czy posadzony tam biały kwiat ma zachęcać właścicielkę ogrodu do bliższego poznania własnych włości, czy może też stanowi zachętę dla pojawiających się w ogrodzie gości. Im bliżej zabudowań, tym opis jest bardziej dynamiczny. Gdy przyjrzymy się jednocześnie symbolice roślin, odniesiemy wrażenie, że wcześniej akcent został położony na porządek naturalny, budowany przez górę oraz wertykalny układ roślinności, głównie drzew. Ogród na pozór robi wrażenie chaotycznego, w rzeczywistości natomiast jest w nim więcej świadomego działania wspieranego ręką ogrodnika niż w przestrzeni oddalonej od domu. Rośliny posadzone najbliżej zabudowań to mieszanka roztaczających piękny zapach drzewek pomarańczowych (pobudzenie kolejnego zmysłu), krzewów cyprysowych przypominających o nieuchronności śmierci i mirtów dających nadzieję na rychły ożenek. Ta bogata w symbolikę mieszanka koresponduje z przypadkowo ustawionymi meblami ogrodowymi:
Na ganku tym, śród wielkich drzew pomarańczowych, mirtowych i cyprysowych, stały niedbale i bez symetrii ustawione kanapki, fotele i marmurowe stoliczki, a gdzieniegdzie spomiędzy zieleni wychylała się biała kamelia lub różowa datura i wglądała w długie a wąskie, o starożytnym kształcie i lustrzanych szybach okna domu (s. ).
Opis ten w dużym stopniu został dopełniony kolorami. Widoczny jest kontrast między tym, jak wyglądał ogród przy samej górze, a jak prezentuje się tuż przy domu. Bliżej góry świat był ciemny i cichy, w pobliżu domu królują stonowane barwy: biel domu, posągów i marmurowych schodów. Całość uzupełniają „usypane jaskrawym żwirem dróżki” (s. ) oraz unoszący się zapach kwiatów. Akcentowanie doznań sensorycznych jest oczywiste. Orzeszkowa je dozuje, rozpoczyna od wzroku, po czym przechodzi do słuchu i dotyku, kończy zaś na zmyśle węchu. Ten ostatni staje się też istotny podczas pierwszej wizyty Lucjana w Jodłowej. Pisarka w pewien sposób odwraca kolejność, buduje atmosferę za pomocą zapachu: „Drzwi od ogrodu były otwarte, woń narcyzów płynęła przez nie i łączyła się z silnym zapachem kwiatów, ustawionych po rogach pokoju w dwie spiralne kolumny”, następnie pobudza zmysł wzroku: „Zachodzące słońce złociło głowy białych posągów stojących naprzeciw drzwi w ogrodzie i, przekradając się przez lustrzane szyby okien, rzucało czerwonawe smugi na barwną draperią ścian”, po czym płynnie przechodzi do uruchomienia słuchu: „Cisza głęboka otaczała miękki i wonny pokój; tylko z ogrodu dochodził lekki szum jodeł i kiedy niekiedy przerywany śpiew słowika, który w jednym z brzozowych gajów odbywał pierwsze wiosenne próby swego głosu” (s. ).
Pojawienie się gościa i wspólne biesiadowanie zostaje uzupełnione zmysłem smaku – nakryty stół sugeruje przygotowanie posiłku: „Niewielki stolik nakryty był na ganku od ogrodu, między drzewami pomarańcz, mirtu, kwitnących datur i kamelii” (s. ). Warto dodać, że wprowadzenie zmysłowych doznań nie jest wyłącznie zabiegiem stylistycznym ukierunkowanym na porządkowanie przestrzeni. Za pomocą roślin Orzeszkowa sugeruje nastawienie i uczucia postaci. Tuż przed wizytą Lucjana pojawia się w powieści wspomnienie gaju brzozowego, który w symbolice roślin ma mówić: „Chodź ze mną, będziemy szczęśliwi”, drzewek pomarańczowych oznaczających „podarunek miłości” oraz mirtu używanego do wyrobu wianków ślubnych. Całość niejako podsumowuje obecność w ogrodowej przestrzeni okalającej miejsce spotkania Klotyldy i Lucjana kamelii, mówiącej: „Poznać cię bliżej bardzo sobie życzę”, a także antycypującego dalsze wydarzenia narcyza: „Czym zasłużył na twe okrucieństwa?”.
Jednak najbardziej wymowna jest scena, w której Warska, siedząc naprzeciw Lucjana, ma nad głową gałąź mirtową: „Przez chwilę milczeli oboje. Klotylda, nie patrząc na gościa swego, obiegła wzrokiem parter kwiatowy, a gałęź mirtu, pod którego drzewem siedziała, spadając na jej głowę, wieńczyła ją drobnymi listkami” (s. ). Młody doktor widzi w siedzącej naprzeciwko kobiecie niewinną dziewczynę, gotową do zamążpójścia. Ona zaś wie, że swą niewinność straciła już dawno, zaplątała się w mocnym przeżywaniu siebie i świata, dlatego mowa jej ciała zdradza niepewność i lekki niepokój: patrzy w dół, szuka wzrokiem miejsca zaczepienia innego niż twarz Lucjana. Sygnałów tych nie dostrzega jednak lekarz, którym zawładnął już urok pięknej kobiety:
Lucjan nie odrywał od niej spojrzenia; mimo woli pomyślał, że z tym mirtem nad czołem, z lekkim rumieńcem, który parę razy wrócił na twarz jej jakby pod wpływem myśli tajemnej, w białym stroju swoim podobna była do młodej, idealnej oblubienicy idącej ku ołtarzowi ślubnemu.
Myśl ta jak ognista błyskawica przebiegła mu przez głowę; nie zdawał sobie sprawy z uczucia swego, ale czuł instynktownie jakieś ściśnienie serca, bolesne czy rozkoszne, sam tego rozpoznać nie mógł. Powiódł ręką po czole, które zapłonęło mu nagle (s. ).
Scenę tę Orzeszkowa kończy niezwykle symbolicznie – złamaniem rośliny zapowiadającej rychłe zamążpójście, co można uznać za antycypację nadchodzących zdarzeń:
W tej samej chwili Klotylda, ciągle zamyślona, podniosła rękę i uchyliła znad czoła gałęź mirtową; ale gdy ta ugięła się znowu w dawnym kierunku, wyciągnęła rękę i odłamała ją od drzewa.
– Po coś pani złamała tę gałązkę? – mimo woli rzekł Lucjan.
– Ciężyła mi na głowie, a nie chciała ugiąć się w innym kierunku. Pan żałujesz roślin? Wierzysz pan pewno, że one czują i cierpią.
– Zapewne, pani… – zaczął Lucjan.
– A więc – przerwała mu Klotylda – na wynagrodzenie chwilowej przykrości, jaką panu sprawiłam, ofiaruję panu tę gałązkę… (s. )
Lekarz przyjmuje dar i kończy w zaciszu własnego pokoju dzieło zniszczenia, łudząc się naiwnie, że pozwoli mu to ostatecznie zabić w zarodku niebezpiecznie rozwijające się uczucie:
W kilka chwil potem w oknie Lucjana błysnęło światło, a on, z czołem na dłoni opartym, usiadł przy swoim biurku. Przed nim leżała mirtowa gałązka.
W bawialnym pokoju kukawka zegaru odzywała się donośnie, oznajmując pierwszą i drugą godzinę po północy, a młody doktor siedział jeszcze nieruchomy, wpatrzony w siebie. Powstał nareszcie i rzekł:
– Tak, to szaleństwo, to gra niebezpieczna! Nie będę już u niej wcale, a przynajmniej nieprędko.
Mówiąc to, wziął w rękę gałązkę, popatrzył na nią przez chwilę ze smutnym uśmiechem, potem oberwał jej drobne listki i ogołoconą łodygę daleko od siebie odrzucił.
– Był to sen piękny, ale tylko sen, o którym zapomnieć trzeba… – rzekł do siebie.
Zgasło światło w pokoju doktora; na posadzce leżały śród cieniów rozsypane listki mirtowe. Ślady te miały mu nazajutrz przypomnieć to, co on snem nazywał (s. ).
Pojawiająca się na końcu sentencjonalna myśl buduje opozycję między tym, co symbolicznie zostało zaprezentowane w opowieści o gałązce mirtowej (sygnał, że ślubu nie będzie), a rzeczywistymi, głębokimi uczuciami i pragnieniami Lucjana: „Niestety! łatwiej jest obedrzeć z liści gałązkę zieloną, niż wyrwać z serca raz tam zrodzone uczucie; łatwiej powiedzieć: zwyciężę! niż zgasić w sobie kipiący ogień wewnętrzny” (s. ). Początkowo może się wydawać, że słowa te nie mają dla wymowy powieści większego znaczenia. Nabierają wyrazistości dopiero po zapoznaniu się z treścią całego utworu, staje się wtedy uderzające, jak szybko Orzeszkowa daje znać o zaplanowanym przebiegu wydarzeń. Działania i zachowania Lucjana i Klotyldy można interpretować na wiele sposobów, bo też i pisarka stara się, by nie byli oni charakteryzowani jednostronnie.
Wykorzystując symbolikę kwiatów i kolorów, Orzeszkowa pozwala rozpoznać nie tylko rodzące się uczucie, ale również charakter Klotyldy oraz wielką wrażliwość Lucjana i jego skłonność do emocjonalnego przeżywania życia. Pogłębiając charakterystykę postaci i rozwijając akcję powieści, posługuje się konkretnymi sytuacjami, zjawiskami życia społecznego. Łączy dość sprawnie obie te narracje, dlatego też z łatwością równolegle rozwija różnorodne wątki, w szczególności tak z pozoru odległe jak miłość i choroba.
Lucjan został niejako zdemaskowany w scenie z gałązką mirtową – kreowany w pierwszej części utworu na mocno i realnie stąpającego po ziemi lekarza, odsłania swoje romantyczno-melancholiczne oblicze, to samo, które zauważył w nim wnikliwie patrzący na przyjaciela Cyprian.
Klotylda częściej niż inni bohaterowie charakteryzowana jest w sposób symboliczny. Chwile istotne dla budowania relacji z mężczyznami, szczególnie z Lucjanem, są podkreślane bielą róż, co w mowie kwiatów oznacza niewinność i piękność. Warska widziana w takim entourage’u w operze podkreśla nie tylko swoją urodę, wysyła również dodatkowy sygnał otoczeniu. Chce być postrzegana jako osoba bez zobowiązań, wolna i nieskalana: „W ręku trzymała bukiet białych róż i takiż kwiat błyszczał nad jej czołem, migocąc przytrzymującym go we włosach szmaragdem” (s. ). Drogocenny kamień we włosach podkreśla znaczenie kwiatu, sam bowiem symbolizuje miłość i wierność.
Warska i jej otoczenie najwyraźniej bez problemu odczytują znaczenie kwiatów. Przygotowany dla Klotyldy wieniec niepokoi młodą służącą. Pełna życia dziewczyna dostrzega w ozdobie przede wszystkim kwiaty symbolizujące żałobę i smutek:
– […] a kwiaty?
– Oto są, pani. – I z małego pudełka, które trzymała w ręku, wyjęła wdzięcznie i misternie uwity wieniec z ciemnych gałęzi cyprysu i pączków białych róż.
– Taki smutny wieniec, proszę pani – zauważyła służąca (s. ).
Warska jednak ma świadomość, że wianek upleciony z cyprysu i białej róży będzie odzwierciedleniem tego, co niesie jej wnętrze. Połączenie tak skrajnie przemawiających kwiatów może dać do myślenia również tym, którzy będą na panią domu patrzyli i z pewnością podziwiali jej urodę:
– Smutny!? – machinalnie powtórzyła za nią piękna pani – smutny?… masz słuszność. Cyprys to kwiat grobowy, ale za to pączki róż to młodość i nadzieja. Owszem, ten wieniec jest piękny i mądry – mówiła dalej jakby do siebie – bo ileż razy w życiu człowieka cyprys łączy się z różami. Na pozór same róże błyszczą, a wkoło nich wiją się ciemne cyprysu gałązki…
Milczała chwilę, patrząc wciąż na fantastyczny wieniec, a twarz jej znowu była posępna.
– Schowaj to, Marylko – rzekła wreszcie, oddając kwiaty (s. ).
Nawet w tak prostej sytuacji, jaką są przygotowania do balu, kobieta popada w skrajne nastroje. Jest raz refleksyjna, raz mocno pobudzona. Kwiaty, które sama wybrała, wprowadzają ją w zły nastrój (jednocześnie odzwierciedlają go przez swoje znaczenie), jakby przywodziły na myśl niemiłe chwile. Klotyldą targa (podobnie jak jej ojcem) ciągłe niespełnienie. Przenosząc swe emocje na przedmioty, wybiera te, które mocno do niej przemawiają, a zarazem podkreślają wszystkie kontrasty – te wewnętrzne i te będące niejako kreacją na potrzeby świata zewnętrznego:
Rozplecione włosy snopami ciemnozłotych promieni opływały białe fałdy muślinu, którymi się owinęła; przed nią leżała suknia z pajęczych koronek i wianuszek z róż i cyprysu, a obok zwierciadła, na tle pąsowego aksamitu wiły się grube sznury pereł (s. ).
Lekkość koronek, delikatność muślinu i przesłanie płynące z pączków białych róż zostały skontrastowane cyprysem i ciemnym aksamitem. Sznury pereł w pewien sposób spinają cały ten układ. Jeśli przyjmiemy literacką symbolikę perły, to naszyjnik Klotyldy możemy uznać za zapowiedź łez. Wszystko razem jest tak skrajnie różne, jak różne bywają nastroje tej kobiety. Dziedziczka Jodłowej przeskakuje na bieguny emocjonalne. Widoczne jest to w przejściu od radosnego podniecenia zbliżającym się spotkaniem po żal i smutek wywołany kwiatami i wspomnieniami. Jeszcze mocniej ujawnia się w dwubiegunowości wydarzeń i ról życiowych: od osieroconego dziecka, przez podporządkowaną mężowi żonę, kobietę pozbawioną norm moralnych, pławiącą się w zbytkach i bawiącą się uczuciami innych, do czułej dziedziczki, troskliwej lekarki, opiekunki sierot i młodych panien. Ponieważ przemiany te nie zawsze następują liniowo (co dawałoby powód do patrzenia na tę postać w kontekście dojrzewania), a trauma dzieciństwa ewidentnie wywarła na Warskiej ogromny negatywny wpływ, można tu myśleć o zaburzeniach osobowości. Jak podkreśla Anna Wrońska:
Osobowość typu borderline definiuje się jako dominujący wzorzec zachowania, charakteryzujący się zaburzeniami w kontaktach interpersonalnych, niestabilnością własnej osoby, emocji oraz skłonnością do zachowań impulsywnych, mający swój początek w okresie wczesnej dorosłości.
Ciągłe poszukiwanie, niespełnienie to objawy tej choroby. Osoba nią dotknięta żyje bez zastanawiania się, co jest społecznie akceptowane, a co nie. Warska prowadzi ostentacyjnie wolne życie: jest beztroska, podróżuje po Europie, przy czym jej zachowanie w tych miejscach mocno odbiega od tego, które w prowincjonalnej Jodłowej uznano by za dopuszczalne. Jak wiele osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości, Klotylda ma poczucie, że jej życie jest „przeklęte”, a także niepełne, gdy nie ma obok niej innych ludzi.
Badania Simona Barona-Cohena dowiodły, że „ludzie z osobowością borderline nie znoszą samotności. Kiedy są sami, czują się porzuceni. Aby uniknąć tego strasznego uczucia, szukają kontaktu z innymi – nawet przelotnych związków z nieznajomymi”, co tłumaczyłoby wiele sytuacji z życia Klotyldy, między innymi organizowanie przyjęć, fraternizowanie się z Marylką i starym sługą domowym, ciągłą chęć przemieszczania się z miejsca na miejsce, wreszcie stworzenie sytuacji dwuznacznej przez flirtowanie z dwoma mężczyznami pragnącymi zawrzeć z nią małżeństwo.
Skrajne zachowania dziedziczki Jodłowej wolno także uznać za próbę odcięcia się od przeszłości. Analiza poszczególnych wątków powieści nasuwa jednak pytanie o szczerość intencji tej kobiety. Można przypuszczać, że Warska nie do końca uwolniła się z pancerza tradycji, ponieważ ma też za sobą traumatyczne dzieciństwo, co osłabiło jej psychikę, łatwo poddaje się skłonnościom wynikającym ze specyfiki jej zaburzenia. Po dłuższym pobycie w Jodłowej zaczyna dostrzegać, jak konwenanse i małomiasteczkowa mentalność potrafią niszczyć człowieka. W społeczeństwie, w którym nie liczą się ludzie, tylko ogólne prawa etyki, trudno jest żyć. Dodatkowo Warska zmaga się z własnymi wyborami. Przestaje zauważać, że niszczy ludzi nawet wtedy, gdy ich kocha, bo dotychczasowy styl życia, w którym nie musiała liczyć się z konsekwencjami wyborów, nie sprawdza się w obliczu prawdziwej miłości. Staje się w jednej chwili odpowiedzialna za uczucia innych ludzi i nie potrafi tego unieść, gdyż zaburzenie osobowości warunkuje jej emocje i pobudza do toksycznych zachowań. Z punktu widzenia wielkomiejskiego świata jest lalką do podziwiania, z punktu widzenia prowincji żyje życiem bezsensownym. Sama wciąż stawia pytania o sens własnej egzystencji, pogłębiając w ten sposób swój stan. Jest osobą inteligentną i rozpoznaje zarówno wielość własnych myśli i skrajność dokonywanych wyborów, jak i optykę otoczenia, odczuwając tę niejednoznaczność jako coś niepożądanego. Wpada więc w chaos, z którego niełatwo się wydobyć. Niemożność dokonania wyboru ją niszczy. Paradoksalnie dopiero szok spowodowany śmiercią Lucjana działa jak skuteczne lekarstwo, ułatwiające jej prowadzenie spokojnej i bardziej satysfakcjonującej egzystencji. Dlatego Klotylda początkowo wydaje się osią całego utworu, kobietą łączącą wszystkich bohaterów, wyniszczającą ich swoją destrukcyjną naturą. Gdy jednak z namysłem powrócić do motta powieści, łatwo dostrzec, że już w pierwszych słowach Orzeszkowa streszcza niejako całą akcję, zdradza jej główny temat i zakończenie, a także rysuje grubszą kreską postaci kluczowe: mężczyzn, przed którymi stawia zadania łączące się raczej z ideami i konkretnymi działaniami, miłość uznając za ograniczającą i prowadzącą do śmierci (bezpośrednia zapowiedź losu Lucjana). Motto wskazuje, że to słabi mężczyźni są przyczyną samounicestwienia. Warska co prawda jest kobietą niezdecydowaną, chwilami próżną, nawet wyrachowaną, ale jej podstawową „winą” jest to, że wokół bohaterów powieści nie ma innej piękności, która umiałaby prezentować światu nie tylko własny urok, ale też intelekt. Na tle zwyczajnych kobiet, funkcjonujących według ustalonych z góry norm społecznych, przyjmujących tradycyjne role, Klotylda jest jak egzotyczny ptak, zakazany owoc. Ostatecznie staje się trucizną, ponieważ odwraca uwagę mężczyzn od rzeczy ważnych: czynu, idei, sławy. Ale też trzeba uczciwie podkreślić, że nie jest jedyną kobietą mającą wpływ na samoograniczające działania doktora. Lucjan odrzuca możliwość rozwoju, wybierając prowincję. Czyni to dla matki, która nie chce wyjechać do dużego miasta. Pozostanie w małej miejscowości nie zabija ciała Lucjana, powoli jednak wyniszcza jego wnętrze. Chęć rozwoju zastępuje on pracą dla idei, robi ważne rzeczy dla społeczności lokalnej, czym wpisuje się doskonale w pozytywistyczne ideały. To jednak nie gasi w nim potrzeby zrobienia czegoś wielkiego czy choćby innego, przewyższającego codzienne, monotonne dość egzystowanie. Przez swój nieszczery wybór staje się ciekawym przypadkiem chorego: wdzięczny syn, dobry lekarz, realizujący w praktyce plan pracy u podstaw. Taki obraz dostają mieszkańcy N., tak postrzegany jest przez swego przyjaciela Cypriana. Jednak rozmowa Lucjana z zaprzyjaźnionym księdzem ujawnia, jak inny jest Dolewski na zewnątrz, a jak inny wewnątrz. Orzeszkowa pokazuje tę sprzeczność w sposób metaforyczny, po raz kolejny pozwalając, by przemówiły przedmioty (tak jak wcześniej kwiaty). To dzięki leżącym na biurku książkom i umeblowaniu pokoju świadczącemu o szczególnym guście właściciela poszerzamy wiedzę o wiejskim doktorze. Poznajemy go jako człowieka skłonnego do filozoficznych przemyśleń, znającego nowe prądy naukowe, pełnego tęsknot za życiem intelektualnym. Tak jak mirtowa gałązka wskazała na wrażliwość Lucjana, tak inne przedmioty odsłoniły kolejne warstwy jego niejednorodnej, skrywanej natury:
– Jak też ten pokój niepodobny jest do całego domu waszego! – rzekł ksiądz, siadając na fotelu przed biurkiem.
– Tak – odpowiedział Lucjan, przysuwając sobie inny fotel i siadając naprzeciw swego gościa – w innych częściach tego domu panią wyłączną jest moja matka; […] Ale w tym pokoju rozpościeram wyłączne panowanie moje i urządziłem go według własnego upodobania. Cóż chcesz, księże Stanisławie, taka już moja natura, że muszę lubić to, co piękne i mile w oko wpada.
– Niewygodna to natura dla człowieka mieszkającego w N. – odrzekł ksiądz (s. ).
Człowiek pragnący piękna intelektualnego i estetycznego, na co dzień odwiedzający brudne mieszkania, mający do czynienia z prostym myśleniem i zachowaniem musi męczyć się w sposób istotny. A jednak czytający filozoficzne książki lekarz brnie w to, nie zważając na własne zdrowie psychiczne. Dlatego też, wdrażając „filantropijno-utylitarne plany” (s. ), sprawia wrażenie nie do końca szczerego, co potwierdza w pewien sposób nagłe załamanie i choroba z miłości. Wydaje się pewną ironią ze strony Orzeszkowej, że spośród wszystkich osób żyjących wbrew swojej naturze, przeżywających mniejsze i większe frustracje i załamania nerwowe najmniej odporny na stres okazuje się właśnie lekarz. To on – predestynowany do realizacji programu naprawczego – zapada na chorobę duszy i umiera. Nie pomaga wsparcie ze strony wdzięcznego dziecka przynoszącego do pokoju Lucjana codziennie „wielki bukiet z niezapominajek i polnych róż” (s. ), bukiet swą symboliką mówiący o wdzięcznej pamięci i życzeniach prawdziwej, szczerej miłości. Nie zadowala go podziw mieszkańców ani miłość matki. Melancholia i nieumiejętność poradzenia sobie z porażką w miłości prowadzą do pogłębiającego się syndromu złamanego serca, a w konsekwencji zgonu. Śmierć Lucjana ma zdecydowanie teatralny przebieg: atak serca zostaje wywołany przez widok niedoszłej kochanki, a spośród wszystkich zebranych wokół umierającego nikt nie może uczynić nic poza przyniesieniem szklanki wody, co niestety nie jest skutecznym lekarstwem. Moment śmierci Lucjana zbiera kluczowe postaci w jednym miejscu:
Lucjan leżał na ławce, martwy i piękny w nieruchomości swojej. Długie rzęsy jego zamkniętych oczu rzucały cień na bladą twarz; usta bez krwi nie zamknęły się całkiem po ostatnim jęku; czoło przysłaniały rozrzucone czarne włosy. Jedna ręka jego leżała na piersi, druga zwisła ku ziemi.
Obok niego stali: Grodzicka ze szklanką wody w ręku, Cyprian z serdeczną troską na twarzy i Dembowski, tarmoszący niespokojnie swoje siwe wąsy (s. ).
Ta chwila mogłaby służyć malarzowi za godną uwiecznienia scenkę rodzajową. Jest ukierunkowana na Lucjana i ludzi mu bliskich i życzliwych, czekających wciąż na pomoc, która ma nadejść wraz z księdzem Stanisławem. Bez obecności księdza nic nie jest do końca przesądzone, to on ma postawić ostateczną i nieodwracalną diagnozę: śmierć.
Milczącą i niewidoczną w centrum tej sceny postacią jest dziedziczka Jodłowej: „za jeden ze słupów gankowych na pół ukryła się Klotylda i jak skamieniała stanęła z załamanymi i konwulsyjnie zaciśniętymi rękoma” (s. ). Niemoc działania i wypowiedzenia choćby jednego słowa pokazuje, jak bardzo przeżywa to, co się wokół dzieje. Ta chwila refleksji i doznany szok to jej próba przejścia, nowe narodziny. Wraz z Lucjanem Dolewskim umiera Kameleon, kobieta zagadka bawiąca się uczuciami innych, a rodzi się kobieta prawdziwa, świadoma i odpowiedzialna. Zakończenie tej opowieści brzmi jak baśń:
Od śmierci Lucjana Dolewskiego upłynęło lat kilka. W okolicy Jodłowej rozszerzył się dobrobyt; na każdym kroku znać tam było opiekuńczą rękę. Szkółki, ochronki, szpitale się rozwijały, a gdy kto ciekawy spytał, czyim dziełem to wszystko, pokazywano mu dwór piękny i duży, starymi otoczony jodłami i wymawiano imię Klotyldy Warskiej (s. ).
Pozostaje pytanie, czy Warska staje się przez tę transformację zdrowa.

