Co można znaleźć na prowincji, czyli nie całkiem typowa powieść tendencyjna
Aneta Mazur

Tendencja i utopia

Gdzie w Na prowincji tkwi jądro tendencyjności? Biorąc pod uwagę intensywność werbalizacji w tekście, na plan pierwszy wybija się przesłanie o niewłaściwym wychowaniu płci męskiej, włożone w usta wszystkich głównych bohaterów i natrętnie powtarzane od początku do końca powieści unisono z narratorem oraz rezonerem autorskim. Teza zostaje uwypuklona ze szczególną ostrością przez założenie „wrodzonych zdolności i wielkiej siły żywotnej” Aleksandra Snopińskiego, którego potencjalnie „niepospolity umysł” padł ofiarą błędnej pedagogiki rodzicielskiej (Np, cz. 2, rozdz. I)[1]. Druga w kolejności jest teza o niewłaściwie zawieranych małżeństwach oraz nauka kierowana do dziewcząt na wydaniu. Służą im trzy płomienne inwokacje narratora (znów wspieranego przez rezonera), przestrzegającego przed wyborem partnera pod wpływem „bezmyślnego instynktu” i „halucynacji serca” (Np, cz. 1, rozdz. VIII) – jak również prezentacja zewnętrznej i wewnętrznej ewolucji Wincuni Niemeńskiej (Snopińskiej); „smutna jej dola [ma] być zwierciadłem przeznaczeń tysiąca innych” (Np, cz. 2, rozdz. X). Przypadek mężczyzny ilustruje niejako a posteriori efekty głoszonej tezy; przypadek kobiety, apriorycznie zapowiedziany w narracji, jest rozwijany przed oczyma czytelnika na bieżąco, co dodaje przewidywalnej akcji pewnego atrakcyjnego napięcia. Wątki tych dwojga nosicieli tendencji etyczno-wychowawczych tworzą symetryczne, przecinające się kontrapunkty, które można przedstawić graficznie:

Startująca z korzystnej pozycji życiowej wychowanica Bolesława marnuje cały kapitał edukacyjny, podążając w dół za „halucynacją” i pociągiem zmysłowym, po czym, poniósłszy klęskę małżeńską, rodzinną i macierzyńską, dojrzewa do rozpoznania siebie oraz właściwych wartości życia. Zaniedbany i próżny jedynak, wiedziony nie tylko interesownością, ale też szczerym uczuciem, otrzymuje życiową szansę rozwoju u boku wartościowej partnerki, ale niezdolny do podjęcia takiej próby nieuchronnie powraca, podobnie jak ona, do punktu wyjścia, choć na przeciwstawnym jej poziomie. Ich drogi przecinają się tylko dwukrotnie, w momentach namiętnego zauroczenia (A) oraz bolesnego rozczarowania (B). Ilustracja oczywistej skądinąd tezy pedagogicznej tworzy w Na prowincji jedyny przekonujący, pod wieloma względami wiarygodny (realizm psychologiczny, obyczajowy, socjologiczny) obraz rzeczywistości, czyli pozbawioną happy endu, ponurą diagnozę – w przeciwieństwie do utopijnej tezy pozytywistycznej.

Ta ostatnia, potraktowana irytująco naiwnie i nader schematycznie, obecna jest na planie dalszym, toteż wymienić ją można dopiero na trzecim miejscu w rankingu tendencyjnej perswazji. Rola ideologii społecznej jest bez wątpienia istotna: buduje rangę wzorcowej postaci Bolesława Topolskiego i zapewnia przeciwwagę dla wątku romansowego, w ścisłym związku z koncepcją „rozumnego” małżeństwa. A jednak wydźwięk programu pozytywistycznego w Na prowincji jest słabszy niż w innych utworach tej doby. Po pierwsze, to antycypacja haseł epoki projektowanych na lata wcześniejsze, nie pozytywizm sensu stricto; Bolesław i Andrzej są raczej pionierami niż realizatorami programu pracy organicznej. Owa prepozytywistyczna utopia średniozamożnych folwarczków szlacheckich, Niemenki i Topolina, gdzie panuje idealna harmonia mieszkańców dworku z wieśniakami, otoczeniem, naturą i nowoczesnością, w równej mierze spełnia pożądane wzorce gospodarczo-społeczne, co nawiązuje do tradycji literackich Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków, biedermeierowskich patriarchalnych idylli ziemiańskich czy klasycznych toposów sielanki[2]. Wyraźnie obecny jest tutaj oświeceniowy, Roussowski klimat mentalny. Po drugie, ilustracja modernizującej się prowincji jest podejrzanie i natrętnie optymistyczna. Widzimy wiejską oraz małomiasteczkową arkadię, zamieszkaną przez „zacnego” proboszcza, „kochaną naszą hrabinę” (na pozytywnym przykładzie zamożnych właścicielek ziemskich zależało autorce szczególnie), „roztropnego i oświeconego” karczmarza, miłosiernego urzędnika, ofiarnego lekarza, poddających się ochoczo wezwaniu do pracy organicznej hreczkosiejów i czuwającego nad wszystkim męża opatrznościowego Bolesława, inicjatora innowacji rolnych, przemysłowych, zdrowotnych i oświatowych. Rys ten od początku wzbudzał protesty interpretatorów, mówiących wprost o „cudach ekonomicznych” dziejących się w powiecie X[3]. Skąd ów swoisty regres w zestawieniu z mniej korzystnie, ale wiarygodniej ukazanym wysiłkiem organicznikowskim W klatce? Znowu można podejrzewać, że cudowny rozkwit powieściowej okolicy spełnia kompensacyjno-konsolacyjne marzenia samej autorki, która w powieści zaprzecza temu, czego doświadcza w życiu[4]. W efekcie – i to po trzecie – świat Na prowincji wykazuje zatarty status ontologiczny; echa ziemiańskiej idylli sprzed katastrofy 1863–1864 nakładają się w nim na projektowaną utopię pozytywistyczną. Trzecia powieść Orzeszkowej obejmuje nie tylko cząstkowe stylizacje mickiewiczowskie, na co od dawna wskazuje literatura przedmiotu[5], ale także jako całość stanowi rodzaj mickiewiczowskiego rozrachunku z „ostatkami” czasów przedstyczniowych, swoiste pożegnanie i zarazem hołd złożony odchodzącej w przeszłość arkadii ziemiańskiej. A wpisana w nią elegijna sielankowość (malownicze scenerie przyrody, hezjodowy rytm pracy i dni) ma także podtekst biograficzny[6]. Na prowincji zapowiada późną twórczość pisarki, w której organicznicy utopiści, choć niepewni efektów swoich wysiłków, w pozamiejskiej prowincji będą widzieć jedyny azyl chroniący przed złem miasta, cywilizacji i świata.

Strona: 12345678

Przypisy

  1. Ostatni raz przesłanie wygłosi umierająca bohaterka: „umrze skalany życiem pod palcem Boga, karzącym go za dopełniony na nim grzech jego rodziców” (Np, cz. 2, rozdz. XI). Orzeszkowa nie była oczywiście pionierką w tego rodzaju krytyce; skutki braku wychowania ziemiańskich synów sugestywnie ukazywał m.in. Józef Dzierzkowski (np. powieści Dla posagu 1847, Serce kobiece 1858).
  2. Agrarna utopia Na prowincji do złudzenia przypomina wzorcowo zarządzany poleski majątek Hutor-Grabów z dydaktyczno-obyczajowej powieści Kraszewskiego Dziwadła (1853), wspomnianej zresztą w tekście (zob. Np, cz. 2, rozdz. IV) – jej ironiczny tytuł odnosi się do postaci pozytywnych, demokratów i idealistów.
  3. M. Żmigrodzka, Orzeszkowa. Młodość pozytywizmu, Warszawa 1965, s. 406. „Osobliwe zaś cuda dzieją się Na prowincji. Prawdziwa Arkadia tam powstaje” (A. Drogoszewski, Eliza Orzeszkowa, s. XLIII). Humorystyczną wręcz miarą naiwności tego obrazu są wzmianki o nieokreślonego rodzaju fabrykach.
  4. „Dałby też Bóg, abym się mogła co prędzej wyrwać z tej istnej doliny płaczu, jaką jest obecnie prowincja tutejsza”; „chciałabym serdecznie emancypować się już raz na dobre z tutejszych kłopotów i z tutejszego towarzystwa, które jest nudne jak… tegoroczna wiosna, nieznośne… jak większa połowa ludzkiego życia”; „O, czemuś bogaci ludzie naszej prowincji tak rzadko pojmują wielką moc wpływów i propagandy, która leży w ich ręku!”; „zamieszkać w Warszawie, co jest moim marzeniem” – skarżyła się Orzeszkowa w latach 1867–1870 (list do J. Sikorskiego z 7 (19) marca 1867 r., Lz 1, s. 4; list do J. Sikorskiego z 1867 r., Lz 1, s. 8–9; list do J. Sikorskiego ze stycznia–lutego 1869 r., Lz 1, s. 47; list do J.K. Gregorowicza z 22 października 1870 r., Lz 8, s. 10).
  5. Zob. M. Żmigrodzka, Orzeszkowa…, s. 375; B. Noworolska, Eliza Orzeszkowa: trwanie, pamięć, historia, s. 43 i n.; A. Narolska, Przestrzeń „upodrzędniona”…, s. 88–93. Nawet w odniesieniu do felietonistyki Orzeszkowej Iwona Wiśniewska pisze o połączeniu „sielankowo soplicowskiej arkadii ziemiańskiej z pozytywistyczną arkadią cywilizacji” (taż, Zakątki Wielkiego Księstwa Litewskiego we wczesnych felietonach Elizy Orzeszkowej, s. 239).
  6. „Żal mi będzie zapewne rozstawać się z rodzinnym kątkiem, z cienistymi drogami mego ogrodu i z szerokim widokiem pól”; „Z żalem opuszczałam wieś, której spokój harmonizuje z dzisiejszym moim usposobieniem” (listy do J. Sikorskiego z 7 (19) marca 1867 r. oraz 12 (24) listopada 1869 r., Lz 1, s. 4, 58). Jeden z wymownych fragmentów powieści: „I cicho było w wiejskiej ustroni, jak gdyby ją anioł otulił skrzydłami i oddzielił od gwarów i zamętów świata, jak gdyby sam Bóg położył na niej błogosławiący palec i spokojem, ozdobionym pięknością, powlókł schronienie pracowitego człowieka” (Np, cz. 1, rozdz. VIII).