Dzieje recepcji utworu

Na prowincji, inaczej niż pozostałe wczesne powieści Orzeszkowej, nie doczekało się osobnej recenzji w epoce. Nie zachował się także żaden ciekawy komentarz samej pisarki z okresu powstawania utworu – znowu w przeciwieństwie do innych, często wnikliwie charakteryzowanych – oprócz paru listownych wzmianek o rozpoczęciu, kontynuowaniu i zakończeniu pracy oraz jednej, dość ogólnikowej uwagi, która począwszy od ujęcia Marii Żmigrodzkiej, weszła później na stałe do repertuaru krytycznoliterackich sądów o powieści. Zazwyczaj traktowano Na prowincji jako utwór pozbawiony cech indywidualnych, stanowiący komplementarną część zwartego kompleksu debiutanckich tekstów tendencyjnych, i poprzestawano na przywołaniu tytułu (ewentualnie z parozdaniowym streszczeniem) albo w ogóle pomijano powieść w omówieniach wczesnego dorobku autorki (na przykład: „Ominęliśmy tu wiele jej utworów […] dlatego, że są pod pewnym względem, jak Na prowincji […], prostym innych zmodyfikowaniem”). Najczęściej podkreślano pokrewieństwo czy wtórność trzeciej powieści Orzeszkowej wobec Ostatniej miłości, widząc w obu ostrzeżenie przed „nierozumnymi” małżeństwami; opinię taką potwierdziła zresztą sama autorka. Ponadto zestawiano Na prowincji – ze względu na temat lub formę – z powieściami Rozstajne drogi, Ostatnia miłość, W klatce, Pan Graba, Pamiętnik Wacławy, Wesoła teoria i smutna praktyka, Pompalińscy

Utwór miał szanse przykuć uwagę recenzentów jedynie bezpośrednio po publikacji, ponieważ w latach następnych jego wątpliwą rangę przyćmiły kolejne, coraz bardziej udane osiągnięcia pisarki. Najwięcej szczegółowych, choć bezlitośnie krytycznych uwag poświęcił Na prowincji Piotr Chmielowski, który zajął się tekstem Orzeszkowej już w 1869 roku, jednoznacznie odmawiając mu wartości: „niewiele przedstawia interesu, gdyż sytuacje są powtórzeniem z dawniejszej powieści tejże autorki p.n. Ostatnia miłość. […] Jest to malowanie, do którego użyto więcej wody niż farb”. Jeszcze ostrzej, wręcz kpiarsko potraktował dwudziestodwuletni krytyk debiutanckie płody niespełna trzydziestoletniej pisarki w obszernym szkicu z roku następnego, dezawuując różne ich aspekty, od języka po monotonię tematyczną i karygodną rozwlekłość. Słuszne na poziomie ogólnym zarzuty nie znalazły jednak potwierdzenia w słabo motywowanej argumentacji w odniesieniu do konkretów. Chmielowski ocenił głównie kreacje bohaterów, bazując nadal na założeniu, że Na prowincji stanowi bliźniaczą wersję Ostatniej miłości; porównawszy pary kobiecych i męskich protagonistów obu utworów, skonkludował, że heroiny ilustrują dwie wersje tego samego banalnego przypadku, a pozytywne postaci męskie – dwa niekonsekwentne przypadki różnych zachowań w tej samej sytuacji. Błędne przesłanki, wynikłe z zafiksowania na identyczności dwóch fabuł, oraz opaczne komentarze nie mogły doprowadzić recenzenta do wartościowych i odkrywczych wniosków. Podobnie nieskoordynowane były pozostałe uwagi: skłonny do wstrzemięźliwego uznania dla głównej bohaterki Chmielowski bez wyraźnych powodów odmówił jej ostatecznie wartości, a wyróżniając wśród „wypchanych myślami autorki manekinów” postać letkiewicza-utracjusza, uznał ją równocześnie za „oklepaną”. Stanowisko swoje złagodził nieco po przeszło dwudziestu latach; wypowiadając się głównie o powieściach z lat siedemdziesiątych, utwory wcześniejsze skwitował pobłażliwym komentarzem, że koncentrowały się na „ogólniejszych, teoretycznych […] kwestiach (wychowanie, emancypacja kobiet, ścieśnienie sfery działalności itp.)”.

Strona: 1234567