[OBSZAR] GETTO
Mary Berg
JA/ONI, V (15.06.1943)
Pod koniec maja przybyła tu grupa kobiet i dzieci z Liebenau. Niemal podskoczyłam z radości, gdy znienacka wpadłam na Bolę. Nie mogłyśmy uwierzyć, że naprawdę jesteśmy razem; to przypominało historię rodem z Baśni z tysiąca i jednej nocy. Przez kilka pierwszych dni byłyśmy absolutnie nierozłączne. Opowiedziałam jej o naszych przyjaciołach z getta oraz wydarzeniach po kwietniu 1942 roku, kiedy ją internowano, z kolei ona opisała mi swoje życie w Liebenau. Bola przyjechała do naszego obozu jednocześnie z kuzynką Rosy W. – Erną W., kolejną dziewczyną w naszym wieku. Cieszyłyśmy się jak dzieci i na chwilę całkowicie zapomniałyśmy o otaczającej nas okropnej rzeczywistości. Nagle w całym obozie zaczęły się szerzyć wieści, że getto warszawskie zostało podpalone i wszyscy pozostali mieszkańcy – czterdzieści tysięcy Żydów – spłonęli żywcem. Źródłem tej relacji był list z Warszawy, otrzymany przez jedną z internowanych zakonnic amerykańskich. Autor listu pisał, że płoną domy przy ulicy Nalewki, ale w oczywisty sposób miał na myśli całe getto. (s. 359)
Halina Birenbaum
JA/ONI, II A
Jesienią 1940 roku hitlerowcy utworzyli getto.
Na przestrzeni niewielu ulic skupili uciekinierów żydowskich z innych mniejszych miast i wszystkich Żydów warszawskich. Getto odgrodzili od tzw. dzielnic aryjskich wysokim murem, u wylotów muru postawili warty: żandarmów niemieckich oraz polską i żydowską policję. (s. 12)
JA/ONI, II
Ulice getta warszawskiego zaroiły się od żebraków w zawszonych, porwanych na strzępy, brudnych łachmanach. W sieniach, bramach domów i na chodnikach koczowały całe rodziny, opuchnięte z głodu; leżały zwłoki przykryte gazetami, zimą – śniegiem… (s. 15)
Ze strachem i zdziwieniem przyglądałam się żebrakom, „chaperom”, trupom na ulicy, krążącym po getcie wozom ze skrzyniami, do których wrzucano po dziesięć lub więcej martwych ciał, tak że nie można było domknąć wieka… (s. 15)
W ciągu wielu miesięcy, po całych dniach i nocach, mimo godziny policyjnej rozlegały się na podwórkach, ulicach, pod naszymi oknami jęki i okrzyki: „A sztykełe brojt, a sztykełe brojt.” (s. 15)
ONI, II
W getcie zorganizowano stołówki dla biednych, dla uchodźców, bezdomnych i osieroconych dzieci. Założono dziesiątki komitetów domowych oraz szpital. (s. 18)
W prywatnych domach organizowano nawet komplety, na które uczęszczała pewna liczba młodzieży. (s. 18)
JA/ONI, II (22.07.1942)
Pod koniec lipca 1942 roku rozlepiono na murach getta warszawskiego plakaty obwieszczające w językach polskim i niemieckim, że wszyscy Żydzi mają być przesiedleni na wschód i tam będą pracować. (s. 20)
Zrozpaczeni ludzie czytali w osłupieniu plakaty; w grupkach na ulicach, koło domów, radzili się jedni drugich, co zrobić, gdzie i jak szukać pomocy. Ze sklepów i straganów znikła natychmiast żywność i głód zagroził całemu gettu! (s. 21)
ONI, III A
W ten sposób oczyścili ulice getta od rzucającej się w oczy nędzy, od brudu i szerzących się epidemii. Umilkły rozpaczliwe wołania o litość, o kawałek chleba… (s. 23)
Hitlerowcy, wziąwszy sobie do pomocy faszystów litewskich i ukraińskich, których w tym celu specjalnie tu sprowadzili, oraz żydowską i polską policję, okrążali ulice getta, wpadali na podwórka i do mieszkań, siłą wyciągając stamtąd ludzi. Żelaznymi łomami rozbijali drzwi, wdzierali się do najmniejszych zakątków i kryjówek na wszystkich piętrach. Tłukli kolbami karabinów, kobiety wlekli za włosy po schodach, rozrywali niemowlęta, strzelali do słabych lub chorych leżących w łóżkach. (s. 23–24)
JA/ONI, III A
Na ulicach ludzie musieli ustawiać się czwórkami w długie, olbrzymie kolumny i pod eskortą uzbrojonej żandarmerii szli (bito ich, a często zabijano po drodze) na Umschlagplatz do wagonów.
Wieczorami powracał spokój i wtedy wyłaziły z ukrycia niedobitki. Zaczynali szukać krewnych i przyjaciół, opłakiwali utratę rodzin. Niektórzy, pragnąc podzielić los swoich bliskich lub może w nadziei, że im pomogą uciec, sami zgłaszali się na Umschlag… (s. 24)
JA, III A (sierpień 1942)
Getto pustoszało z dnia na dzień. My zaś, unikając śmierci, chowaliśmy się na różnych strychach, w rozmaitych ciemnych norach, w miejscach, których nikt przedtem nie posądziłby, że mogą służyć za schron. Na ucieczce i wynajdywaniu wciąż nowych kryjówek polegało teraz całe nasze życie. (s. 32)
ONI, III A (sierpień 1942)
Policjanci handlowali między sobą złapanymi ludźmi; ten, któremu udało się złapać więcej ofiar, sprzedawał swój „nadkontyngent” koledze mniej zaradnemu! Cena 10 000 złotych za „główkę”… Tyle, co za wyprowadzenie z Umschlagu! A po odstawieniu żywego towaru na miejsce policjanci wracali, żeby rabować opustoszałe mieszkania, co zresztą czynili zawsze, każdego wieczoru po ukończeniu akcji… (s. 51–52)
Adina Blady-Szwajger
ONI, II
Na ulicach getta było pełno „chaperów”. Obok żebraków, małych nędzarzy śpiewających piosenkę „Bo my jesteśmy młodzi”, były te dzieci chyba najgłodniejsze, które wyrywały przechodniom paczuszki z jedzeniem lub odłamywały kawałek niesionego bochenka. (s. 63)
JA/ONI, II
Codziennie po pracy w szpitalu dzieliliśmy między siebie odwiedziny u konających z głodu pracowników. Nieśliśmy im jedyne, cośmy mieli – glukozę dożylną, która czasem na krótko wracała im siły. (s. 57)
Marek Edelman
ONI/JA, I
W listopadzie 1940 roku Niemcy tworzą w Warszawie getto. Cała ludność żydowska, mieszkająca jeszcze poza „Seuchenspergebiet”, zostaje przesiedlona na te tereny. Polacy mieszkający w obrębie getta opuszczają swoje mieszkania. Dla małych fabryk, warsztatów i sklepów termin przeniesienia jest o dwa tygodnie dłuższy. Czyli do 1 grudnia. Ale już 15 listopada żadnemu Żydowi nie wolno opuścić dzielnicy żydowskiej. Niemcy natychmiast opieczętowują lokale pożydowskie i następnie wraz z całym inwentarzem oddają je bezpłatnie handlarzom i szmuglerom polskim. (s. 9)
Henryk Makower
JA/ONI, I–II
Teren getta odpowiadał terenowi dawnego Seuchensperrgeibet, odpadło tylko stare miasto i część ulic w tamtej okolicy, m.in. Nowiniarska, gdzie było nasze ambulatorium gminne, oprócz tego – plac Żelaznej Bramy, plac Mirowski i odcinek Chłodnej: od Białej do Żelaznej. Granicę południową stanowiła Złota, zachodnią wyloty ulic na Wronią (Wronia była wyłączona), od Złotej do Leszna, dalej kawałek, nie pamiętam dokładnie jaki, w każdym razie idący dalej ku północy do Okopowej. Od północy granicę stanowiła ulica Stawki, plac Parysowski, Dzika. Od wschodu, zdaje mi się, wyloty wychodzące na Bonifraterską, Zakroczymską, Nalewki, wylot Senatorskiej na plac Teatralny, potem wcięcie w postaci zwężającej się strzałki aż do rogu Chłodnej i Żelaznej, gdzie był wąski przesmyk, łączący dużą część północną, którą zaraz ochrzczono jako duże getto, z małym gettem – południowym. Małe getto miało granicę wschodnią – wyloty na Marszałkowską, a północną – wyloty na Chłodną, plac Mirowski i plac Żelaznej Bramy. Parzyste numery odcinka Chłodnej, między Żelazną a Wronią, należały do dużego, a nieparzyste do małego getta. (s. 8–9)
JA, III
Strona nieparzysta Leszna wyłączona została z getta. Tylko drobny ruch wewnętrzny „toebbensowców” został po stronie parzystej. Znikły tłumy ludzi przewalających się z Leszna na Żelazną do małego getta i z Żelaznej na Leszno – do dużego. Już dawno przestały omijać róg tramwaje opatrzone niebieska opaską. Żelazna – Leszno – Karmelicka – Dzielna – Zamenhofa – Gęsia – Nalewki – Muranowska – Zamenhofa – Gęsia – Smocza – Nowolipie – Żelazna – Leszno. Przestały w pędzie przejeżdżać riksze. Zniknęły budy omnibusów Kohna i Hellera. (s. 186)
Antoni Marianowicz
JA, II
Odwiedzałem ich [mieszkanie rodziny Muszkatów] regularnie w getcie. Zaprzyjaźniłem się z sympatią Mariana, śliczną Lilką Lipes. Nikt z nich nie przeżył wojny. Nie wiem nawet, czy w dżungli porozbijanych i zarosłych trawą kamieni na cmentarzy żydowskim ocalał grób Mariana. Tak więc nic nie pozostało po tym niezwykłym chłopcu, który zginął w siedemnastym roku życia. (s. 27)
Perec Opoczyński
ONI, IV A (10.11.1942)
Wieść niesie, że czyści się mieszkania na Umschlagplatzu. Mówi się o wysłaniu stamtąd szewców i krawców do Lublina. Żydowska policja pytała dziś telefonicznie, ile OBW ma warsztatów, gdzie się znajdują, gdzie jest blok mieszkalny robotników, jakie są numery domów itp. Rozumie się, że zaraz zaczęto się zastanawiać, czy szop nie będzie wysiedlony i zapanował niepokój.
Z szopu Hoffmana (szwalnia) [Nowolipki 49 i 51a] ze strachu przed wysyłką uciekają robotnicy. Sądzą, że Lublin to nic innego, jak tylko zmyłka i znaczy tyle, co Treblinka. Znów powiada się, że wiceszef wypędzenia Michalsen ponownie przyjechał do Warszawy. Mówi się też, że od Schultza [Nowolipie, Ogrodowa i Leszno] mają zabrać pięć tysięcy osób. Miałoby tak być na skutek osobistych starań Schultza, ponieważ zaoszczędziłby trzy miliony złotych, które wydaje na ich skromne wyżywienie, i chce się ich teraz pozbyć. Ma około ośmiu tysięcy robotników, ale ich produktywność nie przewyższa tej, którą wykazywało się dawniej dwa i pół tysiąca ludzi. Wymaga więc, by każdy robotnik szopu płacił za kawałeczek chleba i zupę dziesięć złotych dziennie, tak by nie dokładać z własnej kieszeni. Sumę tę muszą mu płacić jednak tylko ci, którzy przyszli do niego po dwudziestym drugim lipca (początek wypędzenia). Mówi się, że wszyscy Żydzi z małego getta będą się musieli przenieść do dużego getta.
Dziś około dziewiątej rano dowiedzieliśmy się, że nastąpiła blokada szopu Hoffmana [Nowolipki 49 i 51a]. Brano kobiety i dzieci, przede wszystkim nielegalne.
Później podano, że blokady są też u Toebbensa [Prosta 14 i Leszno 74] i Oschmanna [produkcja czapek wojskowych, pralnia – Nowolipie 18]. Szukano krawców, by posłać ich do Lublina. Miano zabrać tysiąc mężczyzn. Wszyscy trzej – Toebbens, Hoffmann i Oschmann – ponoć chcieli się pozbyć jakiejś liczby ludzi i byli z całego zdarzenia bardzo zadowoleni. (s. 317)
Emanuel Ringelblum
ONI, I
Ogólnie wielki wpływ getta w tych czasach na Żydów – asymilatorów. Poczuli się Żydami i spróbowali się zbliżyć [do środowiska żydowskiego]. Bardzo boleśnie odczuli wszystkie ograniczenia i prześladowania; samobójstwa w tym środowisku. (s. 47)
ONI, I (5.01.1940)
Wczoraj, piątego stycznia [1940], wyszło zarządzenie o handlu ulicznym. Żydowski handel zostaje ograniczony do ulic getta, poczynając od Krakowskiego Przedmieścia, Karowej, Królewskiej, Siennej i in. Trzeba mieć zezwolenie na zajmowanie się handlem. (s. 50)
ONI, I
Znów mówi się o getcie w Warszawie. Ma ono objąć Pragę i kilka żydowskich komisariatów. (s. 66)
ONI, I (2.03.1940)
Dziś, drugiego marca [1940] [?] przystąpiono do wznoszenia murów wokół terenu zarazy. Wywarło to silne wrażenie. Dopatrują się w tym początku faktycznego getta. (s. 82)
ONI, I
Na ulicach jest całkiem spokojnie. Ludność żydowska, która w ubiegłym tygodniu całkowicie ukrywała się w mieszkaniach, wychodzi z domów; widać Żydów nawet w polskich dzielnicach. (s. 82)
Mówi się, że polskie wyrostki otrzymały od tamtych po 2 zł i więcej dziennie. Jakoby przywieziono ich w samochodach i wypuszczono w dzielnicy żydowskiej, ale informacje te są z niepewnego źródła. (s. 83)
Dziś chodziły słuchy, że ogrodzenia wokół obszaru getta zostaną zastąpione murami. W związku z tym znów poważnie się mówi o getcie w Warszawie, jak też o kilkuset żydowskich policjantach, których Gmina Żydowska ma podobno przyjąć. Ubiegano się o protekcję, żeby dostać się na to stanowisko. (s. 88)
Ulice sprawiają smutne wrażenie. Wszędzie zamiast szyb deski lub kawałki szkła. Opowiadają, że w czasie ograbiania żydowskich sklepów z kapeluszami na Żabiej okoliczni [kupcy] chrześcijańscy przyglądali się temu z zadowolenie. Pozostali sami. (s. 89)
ONI, I (30.03.1940)
Dziś, trzydziestego marca [1940], potwierdziła się wiadomość, że Gmina Żydowska otrzymała nakaz wybudowania murów tam, gdzie dotychczas były druty kolczaste odgradzające Seuchengebiet od innych terenów. Będzie także poczta żydowska, która będzie się znajdowała na granicy getta. Poczta ta będzie odbierała wszystko od niemieckiej poczty i będzie przekazywała z powrotem. (s. 90)
ONI, I
Lud powiada, że wybudowali mury w sześciu punktach miasta po to, żeby, jeśli stąd wyjdą, zamknąć w nich całą ludność. (s. 98)
Mury wokół Seuchengebiet w Warszawie nazywają przedłużeniem linii Zygfryda. (s. 105)
Ludzie nie rozumieją sensu murów, które pokrywają się z gettem. Zachodzi obawa, by tuż przed opuszczeniem miasta nie podpalili getta. Magistrat zaproponował za łapówkę przesunięcie murów na Rymarską w myśl życzeń kupców. (s. 111)
Coraz więcej wypadków usuwania Żydów z poszczególnych domów. Dają pół godziny na wyniesienie rzeczy. W pewnym mieszkaniu kazali w ciągu pół godziny przewlec pościel, zamiast pakować się. Częstokroć meble i pościel trzeba pozostawić. Ubija się przy tym interesy, albowiem przychodzą nawet do dzielnicy żydowskiej i każą się rzekomo wyprowadzić, ale za pieniądze pozwalają zostać w mieszkaniach. Ludzie siedzą tam spakowani. Wywołuje to bardzo zły nastój w mieście. (s. 119–120)
Okazuje się, że groźba getta, i to właśnie na przedmieściach, wisiała nad Warszawą, ale na razie odroczono [tę sprawę]. (s. 123)
Istnieje projekt utworzenia getta w powiecie warszawskim, żeby skoncentrować Żydów w jednym miejscu. (s. 127)
ONI, I (25.09.1940)
Dziś 25 września [1940], krążyły uporczywe pogłoski o getcie i bardzo zaniepokoiło to żydowską ludność. W dalszym ciągu usuwa się Żydów z kamienic znajdujących się poza Seuchengebiet. Niekiedy dają zaledwie 15 minut na zabranie rzeczy. (s. 127)
ONI, I
Ciągła niepewność w związku z mieszkaniami, bezustanna groźba wypędzenia z mieszkań, budzi u niektórych życzenie: niech już będzie getto, do którego tamci nie będą mogli wejść. (s. 129)
W Seychengebiet mieszka 350 tysięcy Żydów i 150 tysięcy Polaków, poza murami 75 tysięcy Żydów. Gęstość zaludnienia w strefie zamkniętej jest 9 razy większa niż poza nią. Wyprzedaż dobytku stanowi główne źródło dochodu tysięcy, tysięcy Żydów. (s. 138)
Ukazało się rozporządzenie, że Żydom wolno chodzić w getcie od siódmej rano do dziewiątej wieczorem, a poza gettem od ósmej do siódmej, Polacy do jedenastej. (s. 139)
Kiedy była aktualna sprawa getta, chrześcijańscy rzemieślnicy z Seuchengebiet zwrócili się do władz, że na skutek przesiedlenia stracą dotychczasową żydowską klientelę, z którą są ściśle związani. (s. 139)
Dziś ukazało się rozporządzenie, że Żydom wolno znajdować się poza gettem od godziny ósmej rano do siódmej wieczorem, jak również w sprawie obowiązku ustępowania w zdecydowany sposób miejsca wojskowym przez zejście z chodnika. (s. 142)
ONI, I (12.10.1940)
Dziś, w szabat 12 października [1940], był straszny dzień. Zapowiedziano przez megafon podział miasta na 3 części: niemiecką, która obejmuje Śródmieście, wraz z Nowym Światem, część polską i żydowską. Do końca października wszyscy oprócz Niemców muszą się przeprowadzić bez mebli. Zrujnowano by w ten sposób tysiące chrześcijańskich sklepów i przedsiębiorstw. (s. 144)
ONI, I
W strefie żydowskiej mieszka 140 000 Polaków, poza obszarem żydowskim mieszka 60 000 Żydów. (s. 144)
Powoli tworzy się getto dla Żydów. Telegramy nadaje się za pośrednictwem Gminy Żydowskiej, to samo dotyczy przepustek kolejowych. Dziś, w święto Jom Kipur, Żydzi otrzymali nader gorzki „prezent”. Niektórzy uważają, że dla Polaków, którzy posiadają w getcie wiele przedsiębiorstw, jest on jeszcze gorszy. (s. 144)
Zachodzi obawa, że Polacy nie wyprowadzą się z dzielnicy żydowskiej. Wyprowadzka z dzielnicy polskiej połączona jest z dużymi trudnościami. Niektórzy chrześcijanie mówią, że się nie wyprowadzą. Zanim się wyprowadzą podpalą domy. (s. 146)
Sprawa getta niezmiernie komplikuje i utrudnia sytuację przedsiębiorstw żydowskich, które działają pod chrześcijańskimi nazwami. Dopóki firma znajdowała się w getcie, dopóty właściciel mógł ją kontrolować i pozostawał jej właścicielem. Z chwilą gdy firma się przenosi, żydowski właściciel traci właściwie cały swój majątek. (s. 150)
Codziennie rozlepiają na nowo obwieszczenia Leista o granicach getta, które obejmuje Żelazną i inne ulice. Mówi się, że jest to odpowiedź na starania Galei, zmierzające do zmniejszenia getta. Leist oświadcza, że nie da się sterroryzować przez ludność polską. (s. 150)
Getto nazywają w Warszawie „Miastem-ogrodem Czerniaków”. (s. 153)
Ruch na ulicach żydowskich straszliwy. Pełno ludzi nie tylko na chodnikach, ale i na całej jezdni. Bardzo trudno się przedostać. (s. 155)
W dzielnicy żydowskiej znajduje się cały szereg nielegalnych fabryk artykułów konsumpcyjnych. Będą musiały zostać zamknięte w przypadku zamknięcia getta, bo nie można będzie uzyskać nielegalnych surowców. (s. 156)
ONI, I (6.11.1940)
Dziś, 6 listopada [1940] krążą pogłoski, że getto nie zostanie jeszcze utworzone. (s. 157)
ONI, I
Dozorcy wykorzystują sytuację powstałą w ostatnich dniach zakładania getta w Warszawie: są pośrednikami w sprawach mieszkaniowych, handlują produktami. (s. 158)
Wzmożenie epidemii tyfusu jest rezultatem stłoczenia ludności żydowskiej. (s. 158)
ONI, I (8.11.1940)
Dziś, 8 listopada [1940], znów krążyły pogłoski, że utworzenie getta zostanie odroczone do kwietnia. (s. 159)
ONI, I
Wzmaga się przede wszystkim lęk przed zamkniętym gettem, zwłaszcza że dziś opowiadano, że kazano policji polskiej wynieść się z getta. Gromadzi się zapasy, kto i ile tylko może. (s. 159)
Wczoraj podawano podobno przez megafon, że nie wolno używać słowa: „getto żydowskie”, tylko: „żydowska dzielnica mieszkaniowa”, tak jak niemiecka i polska. (s. 160)
Getto daje się o wiele dotkliwiej we znaki niż w średniowieczu, bo byliśmy już tak wysoko, a teraz upadliśmy tak strasznie nisko. Apel w sprawie wykazywania dobrych stron getta: tendencja do zrównania np. podatku od jedwabiu, odzieży, pomoc wzajemna i ożywione życie społeczne. (s. 160)
Zachodzi obawa, że ponieważ powiodło im się z założeniem warszawskiego getta dokonają tego również i w innych miastach. Argumenty Żydów, że teren jest niewystarczająco duży, okazały się nieuzasadnione, podobnie jak i to, że Żydzi nie zdążą się przeprowadzić. (s. 165)
ONI, I (15.11.1940)
Mówią, że dzisiejszy megafon, o godzinie dziesiątej rano (15 listopada [1940]), oznajmił, że alarmy SOS, nadawane przez radio angielskie, szwajcarskie i moskiewskie o zamurowaniu w Warszawie pół miliona Żydów, są niesłuszne. Nie jest to getto, lecz zamknięta dzielnica mieszkaniowa, która, jak i przedtem, będzie zaopatrywana przez magistrat w artykuły żywnościowe. (s. 165)
ONI, II A
Szabatowy dzień, w którym utworzono getto (16 listopada [1940]), był straszny. Ulica nie wiedziała, że getto zostanie zamknięte, dlatego spadło ono na ludzi jak grom z jasnego nieba. Na wszystkich skrzyżowaniach ulic stały wachy niemieckich, polskich i żydowskich policjantów, które kontrolowały, kto ma prawo przejść. (s. 166)
Okazało się, że hale targowe są zamknięte dla kobiet żydowskich. Od razu zabrakło chleba i innych produktów. Od owego czasu szaleje prawdziwa orgia drożyzny. Przed sklepami spożywczymi stoją długie kolejki i ludzie wykupują wszystko. Wiele produktów nagle zniknęło ze sklepów. (s. 166)
Z powodu zamknięcia getta i gorączkowych zakupów na wszystkich ulicach żydowskich panował straszny ruch. Nie sposób wprost przejść przez ulicę. Przechodnie wypełniają bez reszty chodniki i jezdnie. (s. 167)
Powiadają, że getto będzie na wpół otwarte do 25 [listopada 1940]. (s. 168)
ONI, II A (20.11.1940)
Dziś, 20 listopada [1940], chodzą słuchy, że otworzą getto na 5 dni, a potem zostanie ono (po 25.) hermetycznie zamknięte. (s. 169)
ONI, II A
Chwilowo nie wywozi się śmieci z getta, dlatego kazano komitetom domowym je spalić. (s. 174)
Słyszałem o odezwie PPS przeciwko gettu. W odezwie podkreślono, że ucierpieli nie tylko Żydzi, lecz również polscy ludzie pracy, którzy stracili swe warsztaty. (s. 178)
Na okna wychodzące do getta nakłada się siatki. (s. 181)
Getto w Warszawie dzieli się na trzy części: arystokraci – Leszno, Elektoralna, Chłodna; mechesi – Sienna; parchy – reszta. (s. 185)
Władysław Szpilman
JA/ONI, I/II
Wkrótce miały wstrząsnąć opinią publiczną następne dwa wydarzenia: pierwszym z nich był niemiecki atak lotniczy na Anglię, drugim zaś to, że nad prowadzącymi do getta ulicami pojawiły się tablice informujące o epidemii tyfusu i konieczności omijania dzielnicy. Krótko potem w jedynej wydawanej w Warszawie przez Niemców gazecie w języku polskim ukazał się urzędowy komentarz na ten temat: Żydzi są społecznymi szkodnikami, a także roznosicielami zarazy. Nie zamykano ich w getcie, nie powinno się nawet używać tego słowa. Niemcy byli przecież narodem wielkodusznym oraz pełnym kultury i nigdy nie zamknęliby nawet takich pasożytów, jakimi byli Żydzi, w gettach, które jako pozostałość średniowiecza nie znajdą miejsca w nowym, europejskim ładzie. Wręcz przeciwnie, planuje się stworzenie specjalnej dzielnicy, w której będą żyli wyłącznie Żydzi, w której będą mogli czuć się swobodnie, oddawać się swoim rytuałom i rozwijać własną kulturą. Tylko ze wzglądów higienicznych otoczono tę dzielnice, murem, by tyfus i inne „żydowskie” choroby nie przenosiły się na ludzi w pozostałej części Warszawy. Do komentarza dołączono plan miasta, na który naniesione były dokładne granice getta. (s. 44)
JA/ONI, IV A/IV B
Tego wieczoru nie wróciliśmy do getta. Zostaliśmy na jakiś czas skoszarowani na Narbutta. Dopiero później mieliśmy się dowiedzieć, co się w tym czasie wydarzyło w getcie: ludzie bronili się, jak umieli, przed wywiezieniem na śmierć. Chowali się w przygotowanych wcześniej kryjówkach, a kobiety polewały klatki schodowe wodą, która zamarzając, utrudniała Niemcom wdarcie się do wyżej położonych mieszkań. Niektóre z domów wprost zabarykadowano, a mieszkańcy wdali się w strzelaninę z SS, zdecydowani zginąć w walce z bronią w ręku, zamiast dać się wykończyć w komorze gazowej. Chorych z żydowskiego szpitala zabrano w bieliźnie, załadowano do lodowatych wagonów i wywieziono do Treblinki. Jednakże dzięki temu pierwszemu aktowi zbrojnego oporu stawianego przez Żydów, Niemcy zdołali odtransportować w ciągu pięciu dni zaledwie pięć tysięcy osób, zamiast zaplanowanych dziesięciu tysięcy. Piątego dnia wieczorem „Zig-zag” zawiadomił nas, że akcja „czyszczenia getta z pasożytniczych elementów” została zakończona i możemy wreszcie powrócić do domu. Nasze serca waliły jak młotem. Ulice getta ukazywały wstrząsający widok. Chodniki były zasypane odłamkami powybijanych szyb. Rynsztoki pełne były pierza z porozrywanych poduszek. Wszędzie pióra. Każdy podmuch wiatru unosił chmury piór i rozdmuchiwał je wokoło, jakby padał śnieg, tylko w odwrotnym kierunku – od ziemi ku niebu. Co rusz zwłoki pomordowanych. Wokoło panowała tak głęboka cisza, że odgłos naszych kroków odbijał się długim echem od ścian domów, jakbyśmy przecinali wąwóz w górach. Pokój był splądrowany i nie zastaliśmy w nim nikogo. Wszystko było tak, jak pozostawili to wywiezieni rodzice Próżańskiego. Prycze były po ich ostatniej tu nocy nie zasłane, a na wygaszonym piecyku stał garnuszek z kawą, której nie było im już dane wypić. Na stole leżały, tak jak je pozostawiłem, pióro i zegarek. (s. 122–123)
Bogdan Wojdowski
F, II
Murowano mur, kiedy ojciec powiedział:
– Dawid, jak długo nie byleś u dziadka, a? Nie jest dobrze. Pójdziemy tam na nowy rok.
Ale na nowy rok nie poszli, aż dopiero w Purim. Szli ulicami omijając poczerniałe w płomieniach, obnażone ruiny wiszące nad głowami, jak szkielety wymarłych dawno ogromnych zwierząt, które wróciły na rzeźnicki hak. Szli w tłumie zanoszących się krzykiem przekupniów, kobiet strzegących od świtu do zmierzchu swoich beczek ze śledziami i beczek z kapustą, wyrostków ze skrzydłami u pięt, ze skrzyneczkami zawieszonymi na szyi, co biegnąc wołali, wołając krążyli we wszystkich naraz kierunkach „papieroo, zapaal”. Szli przed frontem nie kończącego się szpaleru żebraków, łkających o litość i zuchwale ciskających przechodniom przekleństwa, pełne polskich słów, słów iwrit, żargonu i miękkiej niemczyzny kresowych miasteczek. Mijali kantorów z prowincji zapędzonych do miasta, na bruk i tutaj na bruku wyśpiewujących swój głód i psalmy. Mijali surowych starców w rytualnej czerni łachmanów, rabinów przegnanych z małych mieścin i wsi, którzy zanosząc głośne modły pod otwartym niebem wyciągali nieśmiało dłonie po jałmużnę, a dłonie te, ruchliwe, zeschłe i wiotkie, zawisały, drżały w powietrzu, jak liście pchnięte podmuchem w przestrzeń. Jałmużna, modlitwa, przekleństwo, codzienna piosenka tych ulic. (s. 23–24)
F, III A
Getto było szczelnie zamknięte, wachy wzmocnione, wzdłuż muru krążyły patrole granatowej policji i czarnych z SS, a na zewnątrz muru z wysokości pierwszego i drugiego piętra czuwali Łotysze w zgniłozielonych mundurach z karabinami skierowanymi na ulicę, rozstawieni na balkonach, w otwartych oknach klatek schodowych i w sieniach. Budy pełne żandarmów zgrupowane stały na placu Żelaznej Bramy i na placu Grzybowskim, gotowe do akcji. Już Niemcy wbiegali na chybił trafił do mieszkań i w pierwszym zamęcie wyciągali osłupiałych Żydów. To się zaczęło w środę dwudziestego drugiego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku, kiedy w południe zawrócono nagle wozy cmentarne z powrotem na Okopy i przegnano grabarzy. Tego dnia żandarmeria łapała ostatnich żebraków, biegając za uciekającymi w gruzy, szukała punktów noclegowych dla uchodźców z prowincji i wygnała na Umschlagplatz aresztantów z więzienia na Gęsiej. Ci poszli na pierwszy ogień. A nazajutrz, we czwartek dwudziestego trzeciego rozeszła się wieść o tym, że prezes gminy Czerniakow popełnił samobójstwo po wizycie Gestapo, a potem strzeliła sobie w skroń z tego samego pistoletu jego młoda córka. To był ten czarny czwartek, kiedy panika ogarnęła ulice jak pożar, chociaż tego dnia nie wyciągano ludzi z mieszkań, tylko chorych ze szpitala na Czystern zwieziono budami pod rampę kolejową i w koszulach wysypano przy torze. Podobno transport miał odejść dopiero w piątek. Aresztanci, żebracy, uchodźcy z punktów noclegowych nie odjechali jeszcze wszyscy i ich pobyt na placu Parysowskim przed rampą opóźnił dalszą akcję o jeden dzień. W piątek załadowano siedem tysięcy, a w sobotę dziesięć tysięcy ludzi i wysłano pociągami na wschód. (s. 303–304)
Mina Tomkiewicz
F, I
Kiedy nadszedł przepisany w obwieszczeniach termin, zabieliły się ulice, specjalnie tej żydowskiej części miasta, która już zaczęła się wyraźnie wyodrębniać. Pod murami stały dziwaczne figury od góry do dołu obwieszone, oblepione opaskami. Z papieru, z płótna, z jedwabiu, na gumie i bez gumy.
– Ale ci Żydzi spryciarze! Już zdążyli przygotować takie ilości opasek.
Znak był haftowany, naszyty lub aplikowany. Czasem malowany na płótnie lub drukowany. Tarcza Dawida, jak na chorągwiach w Palestynie. Figury pod ścianami odpinały, odrywały z siebie białe, prostokątne paski jak płaty skóry.
– Opaski, opaski, opaski… – krzyczały figury jednostajnym, obojętnym głosem, jakby sprzedawały śledzie, a nie znaki hańby.
„Opaski, opaski, binden…” – wrzeszczały kolorowe obwieszczenia na osmalonych murach i wygiętych słupach reklamowych.
– Opaski, opaskę, opasce … – deklinowali ludzie, tłumacząc rozporządzenie na różne sposoby.
Zawirowało, zakotłowało się i uspokoiło. Opaski stały się faktem, zlały się z ludźmi, którzy je nosili: były skulone i brudne, były błyszczące i dumne, podarte i kokieteryjne, pretensjonalne i wytworne. Jak ludzie, którzy musieli je nosić. Były wstydliwe, przykryte narzuconym przemyślnie płaszczem, były wyzywające, sztywne i surowe jak ludzka godność. (s. 59–60)
Kiedyś Nata była świadkiem, jak Niemcy biorą Żydów w opaskach na roboty. Białe znaki znakomicie uprościły sprawę łapania do roboty. Trzeba coś wnieść, znieść, popchnąć, wykopać, trzeba się trochę pośmiać, zabawić czyimś kosztem. „Jude, Jude, komm, Jude, aber schnell!”. Kilka ofiar.
Reszta przechodniów płci męskiej znika w tajemniczy sposób, zapadają się w bruk. Na wszystkich sąsiednich ulicach działa telegraf na drutach lęku, żalu, braterstwa.
– Łapią na roboty!
– Me chapt…!
– Uciekać!
Tupot rozpływających się w oddali stóp. Trzask zamykanych w pośpiechu sklepów. Bo sklepy także mają opaskę i wolą nie mieć nic do czynienia z Niemcami. Żydowskie domy, żydowskie sklepy, mieszkania, meble, rzeczy dzieliły od początku wojny los swoich właścicieli. Opaska to znaczy, że wszystko wolno, że nie ma prawa, nie ma skargi, nie ma obrony. W sklepie z opaską nie trzeba za nic płacić, w mieszkaniu z opaską można wszystko bezkarnie brać. Podniecające! (s. 60–61)
Podobno budują mury w Warszawie. Jakie znów mury? Dla ochrony przed spadochroniarzami – jako obrona przed ewentualną rewolucją – strategiczne – a może getto? […]
Rosną czerwone mury w różnych częściach miasta. W wielu miejscach, na krawędzi tzw. żydowskiej dzielnicy wystawiono wielkie tablice: „Seuchensperrgebiet!”. Zaraza! „Żydzi, wszy i tyfus plamisty!” – to slogan rzucony Warszawie przez Niemców. Strzeż się więc Żydów! (s. 92, 93)
F, II
Piotr przyszedł późnym wieczorem i powiedział:
– Jutro zostaniemy zamknięci!
Ani się obejrzysz i już jest pełno ludzi w mieszkaniu. Zasypują Piotra pytaniami. Piotr ma spis ulic, które mają wejść do getta.
Pada słowo „getto” i nikomu do głowy nie przyjdzie operować reminiscencjami historycznymi czy robić porównania. Getto to dzisiejsza rzeczywistość, to historia, którą się przeżywa i godzą się z nią ludzie, jak godzą się na ogół z każdym faktem dokonanym.
Od jutra zamknięci. Skąd się weźmie żywność? (s. 107)
Nazajutrz o świcie żołnierze w hełmach i policjanci stoją przy wylotach i nie dają nikomu przejść. Druty kolczaste i mury, mury i druty kolczaste. Sklepy pozamykane, na ulicach martwo. Aż czerwoną powodzią zalewają miasto nowe bekanntmachungi. Wtedy wysypują się wszyscy z domów, rzucają się na obwieszczenia, chciwi najdrobniejszych szczegółów, które mogą zaważyć na ich życiu.
Tłumy oblegają Gminę. Kiedy, gdzie, dokąd? Co godzina wydawane są sprzeczne rozkazy co do ulic, domów, terminów. Przejeżdżają oszalałe wozy i wózki z żydowskimi rzeczami. Spadają na jezdnię doniczki z figusami i drewniane krzesła; rozpryskują się w drobne okruchy wielkie gary do kiszenia barszczu. Chybocą smętnie słoje z pąsowym sokiem, przygrywają w takt żałobnego marszu kubły i miski. Chwieją się piramidy wyleniałych materaców z przetartymi środkami, nocnych szafek, stolików. Co raz co innego spada z przeładowanych wozów i wózków ciągnionych przez zmordowana szkapinę albo pchanych przez zmordowanego człowieka. Nie chce się podnieść. Czy warto? Zmęczone, beznadziejne wzruszenie ramion.
W ciągu kilku dni mieli niektórzy po trzy–cztery przeprowadzki. Od krewnych do krewnych, od znajomych do znajomych. Ze Śliskiej na Niską i z Niskiej na Smoczą. Padały na bruk żydowskie graty jak kamienne łzy.
Mury upstrzone karteluszkami pisanymi niewprawną ręką, czasem z błędami ortograficznymi. Ludzie szukają nowych mieszkań. Mieszkania szukają nowych ludzi. Mieszkania także muszą się wychrzcić albo zjudaizować.
Aryjskie gospodynie, które muszą wyjść z getta, żegnają się z żydowskimi gospodyniami, które muszą wejść do getta, i nieraz obydwie płaczą jak dzieci. (s. 109–110)
Na ogół nie myśli się o tym jeszcze, ale jak ktoś na tę drugą [aryjską] stronę tak przechodzi, prosty, swobodny, bez strachu, a ty nie możesz, to nagłym skurczem serca odczuwasz swoją inność, swoją niewolę. Po drugiej stronie jest wolność. (s. 113)
Znaleźliśmy się na wyspach obwarowanych murami i kolczastym drutem. Naokoło nas były kamienie i obojętne niebo. Pytaliśmy kamieni i nieba, za co, dlaczego? Krzyczeliśmy ratunku do tych za murami i za kolczastym drutem. Milczenie było najwymowniejszą odpowiedzią. Czasem śmiech nas dochodził, rzadko z głuchoniemej dali spadła łza. (s. 115)
Getto opanowała mania tytułów i dodatkowych opasek. Do każdego tytułu przywiązana jest opaska. A tytuły są różne, związane z rozmaitymi funkcjami, jakie Żydzi spełniają.
Jesteś przystojny i zgrabny, umiesz krzyczeć, idź do Służby Porządkowej. Prawnik, adwokat? Możesz być sędzią. Nawet dozorcą możesz być, mimo żeś Żyd. Każdy dostaje opaskę z odpowiednim napisem: „Pogotowie Ratunkowe”, „Ordnungsdienst”, „Judenrat”, „Post”, „Transferstelle”, „Baudienst”, „ŻTOS”, „Szpital”.
Getto się organizuje, staje się samodzielną jednostką, państewkiem-karykaturą. Niektórzy są nawet dumni z tego powodu. Przyjemnie powiedzieć: „Mój mąż jest kierownikiem Wydziału Zdrowia” czy „Mój syn, pan obwodowy!”. Tytuły niedostępne przed wojną.
Dodatkowe opaski wymieniają te tytuły. Niektórzy noszą po kilka opasek. Że Żyd, że dozorca, że członek Pogotowia, że Komitet Domowy. Każdy starał się „czymś” zostać. Nie była to zresztą kwestia snobizmu czy mody, lecz przede wszystkim zabezpieczenie przed ciężkimi robotami u Niemców i możliwość zarobku. Tak wtedy wierzono. (s. 116)
Szmuglerzy minorum gentium zadawalniają się workiem towaru czy paczką. Tylko żeby żyć. Robi się dla tego drobnego szmuglu dziury w murach, podkopy w ruinach, wygina drut kolczasty. Ktoś wpadł na pomysł szmuglowania mleka przez rurkę metalową przeprowadzoną przez mur, do której to rurki z aryjskiej strony wlewano drogocenny napój.
Domy na granicach getta robią oczywiście najlepsze interesy. Zwinni jak małpy wdrapują się ludzie na mury, skaczą, łapią w powietrzu zawiniątka. Jedna wyjęta cegła daje szerokie możliwości. Z czerwonych ścian zlatują wielkie bochny złotawego chleba, fruwają gęsi i koguty, gradem sypią się kartofle. Są małe, przylegające do murów uliczki, które żyją tylko z „dobrego położenia”. (s. 123)
Różne są losy gettowych ludzi i różni są ludzie. Można ich dzielić na warstwy społeczne i geograficzne, na Warszawian, którzy mają jeszcze co sprzedawać, i na uchodźców, którzy są pozbawieni wszystkiego i zżerani przez tęsknotę za „domem”, miastem, miasteczkiem czy wsią. Swoją wsią. Można stworzyć wiele klasyfikacji i kategorii, ale jedno jest pewne: wszyscy chodzą tymi samymi natłoczonymi ulicami, bogaty przynosi wszy od biednego. Tyfus i inne choroby, które lęgną się w szybkim tempie u biednych, nie szczędzą i bogatych, kula i pejcz nie pyta o klasy. W czapce z daszkiem czy bez takiej czapki wszystkich otacza jeden wysoki mur nie do przebycia. Mur, który dzieli innych ludzi od reszty świata.
– Ałe głach, wszyscy jednakowo! – śpiewają w kawiarniach, na ulicach, na podwórkach.
– Ałe głach, wszyscy wykończą się! – wykrzykuje w dziwacznych podrygach gettowy Stańczyk, wariat Rubinstein. (s. 126)
Przybyli więc [przesiedleńcy], nadzy, bosi i bardzo wystraszeni, do wielkiej, bogatej Warszawy, która już była bardzo biedna. Umieszczono ich w szkołach, w salach, gdzie przed wojną odbywały się wesela, w urzędach. Kilkaset łóżek na jednej sali, żelaznych połamańców, często bez materaców. Jedna kuchnia na setki osób, w której potem nie było czym palić. Jakiś stół, kilka połamanych krzeseł. Jedno łóżko obok drugiego łóżka pokryte wyżebranymi szmatami, taki był ich gettowy dom. Wodnista zupa z darmowych kuchni i głodowe przydziały (o ile uzbierali na nie pieniądze) to była ich gettowa dieta. Ścisk, zaduch, brud, choroby. Ludźmi z punktów opiekowała się Gmina i oficjalne, dobroczynne organizacje jak ŻTOS i inne. Pomagała im ofiarność publiczna, osobiste poświęcenia. Ale ciężar był tak nieproporcjonalnie olbrzymi, że państwo-karykatura i jego spauperyzowani mieszkańcy, pozbawieni nieomal wszystkich źródeł dochodu i możliwości normalnej pracy, nie byli w stanie, nawet przy najlepszych chęciach, poradzić sobie z tą masową, skoncentrowaną nędzą. (s. 129)
A potem następuje ogólne ożywienie, bo padają ważkie słowa, że dla osiągnięcia większej sumy pieniędzy należy urządzić imprezę. Impreza to bardzo popularna w getcie instytucja. Impreza zastępuje wieczory w Adrii, na imprezie można się wyżyć erotycznie albo szukać zapomnienia w wódce, przede wszystkim zaś imprezy są lekkostrawnym środkiem na przeczyszczenie sumienia. Dochody z imprez idą zawsze na jakiś cel: na biedną rodzinę z sutereny, na upadającą inteligencję, na „tydzień dziecka”, na Centos, ŻTOS, na „punkt” albo Dom Sierot Korczaka.
Z filantropijnymi ideałami w sercu szlachetniej tańczy się i flirtuje. Ze świadomością, że zielony Icuś dostanie parę używanych buciorów, więcej zapału wkłada się w przymiarkę taftowej sukienki à la Wiera Gran. Dochód z takiej imprezy często nie wynosi więcej niż koszt 20 bochenków czarnego chleba. Wtedy mówi się, że co prawda było przyjemnie, ale impreza pod względem finansowym nie dała spodziewanych wyników. (s. 132)
Wyciągają się brudne, drapieżne ręce, szarpią świeży kostium, podsuwają się pod nos.
– Ci żebracy są niemożliwi! A najgorzej to koło cukierni i restauracji! Odczepić się od nich nie można […].
Uważa człowiek, żeby się nie ocierać o ludzi, a specjalnie o żebraków. Pepa odskakuje z krzykiem, kiedy jakiś chłopiec w arlekińskiej koszuli z kolorowych lat podsunął się zbyt blisko. Wszędzie grozi wesz, której powiększone portrety zdobią wszelkie możliwe miejsca. Wesz – to choroba, wesz – to śmierć, pilnuj się wszy. Pepa pod tym względem jest przewrażliwiona, chodzi po ulicy jak po linie, żeby nikogo nie dotknąć. Po przyjściu do domu obszukuje starannie każdy kawałek garderoby, wietrzy, czyści, trzepie […].
Mrok oblepia ulice. Leniwie odrywają się od murów ostatni handlarze, obwieszeni lachami jak fantastyczne wieszaki […].
„Hot rachmunes, hot rachmunes!” – wraca uparty nudny motyw, na który już mało kto zwraca uwagę. Motyw skacze z widmowych szkieletów pod ścianami na ludzkie strzępy niemające już siły podnieść się z ziemi; motyw skacze z usychających drzew na druty kolczaste, na czerwone mury; z radzymińskiego młynarza na łódzkiego kupca, aby litościwym akordem zatrzymać się na beztroskim trupie, którego jeszcze czarny wóz Pinkierta nie zdążył uprzątnąć z ulicy. (s. 141–142)
Sklepy już pozamykane, ale jeszcze stoją smutni ludzie z oblepionymi przez muchy imitacjami ciastek, z kawałkami „nogi w galarecie”, w której znajdziesz wszystko prócz nogi, z kilkoma cukierkami w brudnych słojach.
– Cukierki, cukierki…
– Handel, handel, handel…
– Ciastka, świeże ciastka, ciastka… […]
Nata wpada do półotwartego sklepu, gdzie przy chybotliwym świetle ogarka można dostać wszystko od łososia za 500 złotych kilo do świeżych pomidorów włącznie. Kupuje jedno jabłko dla Babusia i przyciskając silnie torebkę, żeby jej jakiś chapełoch nie wyrwał… (s. 142–143)
Nata chodzi z Marianem do zakazanych kawiarenek na krańcach getta. Czasem w jakiejś pustej tancbudzie Marian gra na fortepianie, a Nata słucha z przymkniętymi oczyma, uważa bowiem, że tak należy słuchać muzyki „na sentymentalnie” w pustych tancbudach na Smoczej ulicy. Czasem Marian całuje ją na ulicy, ukradkiem jak sztubak. Jest romantycznie i przyjemnie. Nata wraca do za wcześnie przerwanej młodości. To nie jest miłość – to tylko chwilowa emocja, nastrój. Wiosna w getcie bez jutra. Błyszczą przy tym oczy i twarz nabiera innego wyrazu. (s. 159)
Parki, ogrody, lasy skondensowane były na kilku podwórkach, gdzie w cieniu mniej lub więcej skarłowaciałych drzew bawiły się dzieci, zarażając się wzajemnie kokluszami, szkarlatynami i anginami. To była imitacja przyrody, bolesna karykatura pól i łąk, nieudane wspomnienie Łazienek, które były na innym świecie. Piłeś herbatę z suszonych opiłków, kawę z fabrykowanego zboża, a kiedy kupiłeś wołowe mięso, to na pewno była konina. Cielęciny nie kupowałeś, aby nie zjeść znajomego psa. Miałeś jedną dobrą orkiestrę i codzienne występy ulicznych grajków i śpiewaków, nieraz wielkich artystów, których w swoim oszpeconym pokoiku słuchałeś często z większym nabożeństwem niż w Wielkiej Operze. Zamiast tramwajów i aut były riksze i potworne kohnhellery, z których wysiadałeś zawszony. O rikszach mówiło się, że to skandal w XX wieku pozwolić się wozić przez człowieka, i wszyscy jeździli rikszami, bo to było bardzo wygodne, chociaż czasem niebezpieczne. Były nawet riksze dla zakochanych, z przemyślnymi zasłonami. (s. 172–173)
W getcie jest źle. Zupełnie źle. Stara się człowiek zło znieść i znosi je dlatego, że życie ma piętno tymczasowości. Jest się na dworcu i czeka na pociąg, który ma nadejść. Pociąg się spóźnia. Nikt nie narzeka na twarde ławki, bo jest przekonany, że po przybyciu na miejsce będzie mu wygodnie i miękko. Z biegiem czasu, kiedy czekanie się przedłuża, obojętnieje się na wszystko, co nie jest czekaniem, na wszystko, co nie jest związane z przeczekaniem. Spokojnie przechodzisz obok trupów na ulicy i idziesz do fryzjera. Opędzasz się od żebraków, bo to grozi chorobą, a ty nie chcesz, nie możesz chorować, bo nie doczekasz. (s. 179)
Przypadkowo któregoś ranka [Piotr] natknął się przy murku na zmasakrowanego trupa dobrej znajomej. Leżała w poprzek ulicy, w jedwabnej bieliźnie, nogi w gazowych pończochach tytłały się w rynsztoku. Zaondulowane fale blond włosów splamione były krwią i błotem. Na górnej wardze pozostał jeszcze wygięty łuk, wyrysowany starannie jaskrawą pomadką. Złapana po aryjskiej stronie… Nie pierwszy taki wypadek, tylko że akurat dobra znajoma. Taka ładna, miła kobieta.
Kilka dni później Piotr był przy egzekucji stu osób także złapanych po aryjskiej stronie. Małe dzieci, kobiety padały pokotem pod salwą policyjnego szwadronu. Wrogowie potężnego Reichu: dziesięcioletni Abuś, który chciał zobaczyć Wisłę, Rywka, która chciała kupić tani chleb. Inni, podobni. Okazało się, że tańsze jest życie. (s. 189)
Nata prowadzi Tolę do rodziców. Tola załamuje ręce na widok przepierzenia dzielącego stołowy pokój na dwie części.
– Coś podobnego! – mówi Tola. Ona mieszkała dotychczas na Żoliborzu, własny ogródek, firanki, wszystkie wygody.
Trochę dotknięta przerażeniem Toli na widok przepierzenia Nata przygląda się uważnie tak sponiewieranej części stołowego pokoju. Przepierzenie jest ładne. Z lakierowanego drzewa, z matowymi szybami, Naty wcale nie razi. Nikogo nie razi. Tola jest przesadna, ma jeszcze widocznie mentalność „tamtej” strony. Tola nie widziała gettowych przeprowadzek, kiedy naraz, ni stąd, ni zowąd, odejmują kilka ulic, zabierają kilka domów, a ludzie jak robactwo kręcą się z lachami i garami, szukając miejsca, gdzie położyć głowę. Tola nie słyszała tych wrzasków, jakie urządzają ludzie z nakazami kwaterunkowymi pod zamkniętymi drzwiami tych, którzy ich nie chcą wpuścić do mieszkania, ani zawodzeń i przekleństw właścicieli mieszkań, kiedy policja wypija te zamknięte drzwi i wprowadza jeszcze kilkanaście osób do natłoczonych pokojów. Tola przychodzi z innego świata i dlatego tak ją to przepierzenie dziwi. A jeszcze bardziej zdziwi się Tola, kiedy się dowie, że za przepierzeniem mieszka Mirek z Helenką, o której Goldberg jeszcze stosunkowo niedawno mówił, że jej przez próg nie przepuści.
Helenka nie tylko przeszła przez próg, ale po pewnym czasie zadomowiła się, a kiedy część Elektoralnej wypadła z getta, wprowadziła się z Mirkiem za przepierzenie, bo Goldberg uważał, że lepiej niech oni mieszkają, niż mają wpakować obcych, Bóg wie kogo. (s. 192–193)
Kiedy Nata z Tolą zagłębiają się w czerń ulicy, Tola co chwila wydaje jakieś porównawcze okrzyki:
– U nas jest znacznie jaśniej! Więcej świateł, lamp… U nas nie ma takiego tłoku na ulicach, przecież tu można udusić się! A ci żebracy! Gdzie tam zobaczysz tylu! I te trupy! Straszne!
A Nata odpowiada jej ze stoickim spokojem:
– Ale „u was” nie chcieli cię trzymać, a „u nas” jakoś się żyje.
Tola przyznaje jej rację.
– Tak – mówi – tu czuję się swobodniej, nie boję się, jak mi kto spojrzy w oczy… (s. 194)
Bobuś był niebezpiecznie chory. Jasne było, że nie służyły mu imitacje ogrodów i anemiczne słońce, że nie trawił rozwodnionego mleka krów karmionych gettową trawą, dusił go zapach nieuprzątanych tygodniami śmietników, śmierdzących ścieków, gnijących żywcem ludzi. Nie miało większego znaczenia, że dostawał kaszkę z prawdziwym masłem i gęste kakao z zagranicznych puszek, a nawet, raz na rok, przeszmuglowaną złocistą pomarańcz.
Bobuś ciągle chorował. Może by chorował także i bez wojny, i nie w getcie, ale Nacie wydawało się, że to właśnie czerwone mury kładą się ponurą plamą na Bobusinym zdrowiu, że to właśnie wojna zatruła Babusia życie, nie dając mu rozwijać się normalnie. (s. 221)
Głodu nie wykpisz. Zżera systematycznie, powoli, ale niezawodnie. Nie pomagało sto kilkanaście ludowych kuchni z mętną zupiną, nie pomagały urządzane przez Komitety Domowe i Koła Pań „kotły” z takąż zupiną ani zbiórki w naturze. Zbiórki mnożyły się, impreza poganiała imprezę, instytucje i organizacje filantropijne wyrastały jak grzyby po deszczu, ale nic nie mogło pokonać głodu. Ci, co jeszcze coś mieli, coraz niechętniej dawali, bo raz, że mieli coraz mniej, a dwa – coraz większa niechęć ogarniała ludzi w stosunku do tych różnych instytucji i organizacji […].
Zimą do głodu dochodził mróz. Żydowska nędza uzupełniała łachmany papierami. Paliło się meble, chodziło po mieszkaniach w paltach i kocach. Najlepiej było leżeć w łóżku pod kołdrą i umrzeć na te kilka miesięcy zimy. (s. 229)
F, II D
Na dworze jest wiosna. Mało czuje się wiosnę w getcie, ale jednak ją się czuje. Załamuje się słońce na wąskich ulicach oblepionych wysokimi domami, nie szumią drzewa nad głową, nie pachną kwiaty. Brud, kurz, smród i coraz więcej wszy – to gettowa wiosna. Tylko czasem z pęczka fiołków przerzuconego przez mur zakwitnie wspomnieniem, tylko czasem po nocach opada ciemnymi szlakami pulsującą tęsknotą. Rozgwiezdna, sentymentalna wiosna jak wszystkie inne wiosny w najzwyklejszych czasach. (s. 156)
Nata poszła z Bobusiem na spacer, bo aktualna wychowawczyni robiła pranie. Skorzystała z tego, że jako delegatka Toporolu otrzymała zaproszenie na pokaz ogródka warzywnego założonego na ruinach i zabrała Bobusia. Odrzucone stosy gruzów, na zaoranej ziemi zielenią się młode pędy, różowią pomidory, czerwienią rzodkiewki. Poletka, grządki. Duży kawał niebieskiego nieba nad głową. Przestrzeń! Jakie to cudowne uczucie: przestrzeń! Tyle błękitu i tyle powietrza! Ktoś objaśnia, podaje nazwy roślin, jak je się pielęgnuje. Z czułością pokazuje młode pędy, jest dumny z wyników. Bobuś drepce po nierównym gruncie, z którego miłujące ręce wyczarowały seledynowe światy.
„Pomyśleć, w sercu Warszawy, na gruzach, pole! To trochę jak w Palę Paryż” – zachwyca się Nata.
Jej literackie wspomnienia przerywa huk bomby. Panika. Wszyscy uciekają. W bramach tłumy, w schronach straszliwy ścisk. Ulica momentalnie pustoszeje. Strach jest tym dotkliwszy, że czuje się jeszcze w nerwach bombardowanie Warszawy sprzed dwóch lat. Rosjanie! Tak prędko? Nata nie chce do bramy czy do schronu. Iść z Bobusiem do schronu, żeby go wszy oblazły? I to sama! Nigdy. Tylko do domu, do wszystkich. Pędzi z wózkiem po wymarłych ulicach, aż ją pot oblewa. Wyje syrena […].
Pędzą policjanci na rowerach. Znów bomba. Nata nie wie, czy to jej własna krew szumi w uszach czy to samoloty warczą nad głową. Trzyma poręcz wózka wilgotnymi rękoma, które chyba nigdy się od tej poręczy nie oderwą. Prędzej, do domu! Do domu. Na rogu Karmelickiej zeskakuje z rikszy Piotr. Nata oddaje mu wózek i płacze. (s. 161–162)
Pepie zaproponowali dzisiaj, żeby przyszła na zdjęcie. Naje się dobrych rzeczy. Zdjęcia to ostatnia pasja getta. Niemcy jeżdżą po ulicy z aparatami, fotografują kilka istniejących wystaw sklepowych z półgęskami i szynkami, eleganckie kobiety same i eleganckie kobiety na tle trupów ulicznych. Niemcy płacą czasem uczestnikom tych zdjęć, urządzają wystawne uczty i biesiadników fotografują ze wszystkich stron w różnych sytuacjach. Ulica ma zabawę. Tłumy ludzi gnają zawsze za autem z fotografami i organizującymi wszystko gestapowcami rodzimego chowu. (s. 238)
F, II D (17/18.04.1942)
Rano okazało się, że takich wypadków było około siedemdziesiąt, może i więcej, kto wie dokładnie? Chyba tylko czarny wóz Pinkierta zbierający trupy. Czarna limuzyna podjeżdżała bezszelestnie pod uśpione domy. Oficerowie, lista, nazwisko. Po tym strzał w tył czaszki. Bogaty piekarz Blajman i biedny robotnik, anonimowy starzec i dziennikarz, z zawodem i bez żadnego zawodu. Różni ludzie. Dlaczego? O co im chodzi? O kogo? Blajman finansował podobno żydowską podziemną gazetkę. Dobrze, a ten, a tamten? Za co ich zabili? Kiedy nie było w mieszkaniu osoby podanej na liście, brali sąsiada, sublokatora, żonę, syna, dozorcę. Wszystko im było jedno. Oficerowie mieli widocznie wykazać się odpowiednim bilansem śmierci, pozycje nie były ważne.
W następny piątek znów na wymarłych ulicach getta pojawiła się w nocy czarna limuzyna. Tak kilka piątków z kolei. Raz nawet wykonali tajemniczy wyrok w dzień. Panika ogarnęła getto. To nie była już wojna, to nie była walka z wrogiem. To był dławiący, blady strach bezbronnego człowieka zagubionego w dżungli, na którego zza każdego drzewa patrzą tygrysie ślepia. Nie możesz się bronić. Nie wiesz, na kogo skoczy tygrys, kulisz się, zakrywasz oczy, może nie na ciebie. Bezradny obijasz pnie straszliwych drzew, opętany nocnym koszmarem lęku poddajesz się hipnozie tygrysich ślepiów, od których nie ma ucieczki. (s. 242–243)
F, II / III
Szczepionki, wszy, głód, plotki, strzały, chapełochy rozdzierające na miejscu kawał surowego mięsa czy chleb wyrwany ci z ręki, wszystko razem tworzy sałatkę gettową, krajobraz, którego już nie widzi się. Jak góral nie zwraca uwagi na wspaniałość gór, w których żyje, tak mieszkańcy getta są ślepi na to, co się dzieje w getcie, a co zadziwia ludzi z zewnątrz.
Przychodzą Aryjczycy i mówią: „Jak można tak żyć?”. Przyjeżdżają autobusy z napisami „Kraft durch Freude”. Przylepieni do szyb siedzą mężczyźni, kobiety, dzieci i oglądają getto jak kraj trędowatych. Zawożą ich na cmentarz, pokazują wspólne groby, wszy, stosy trupów. Niemcy nie schodzą z autobusów. Który normalny człowiek zejdzie do trędowatych?
– Jak można tak żyć? Można, bo Żydzi, należy im się…
Mieszkańcy getta zamieniają kilka słów z mieszkańcami aryjskiej strony, oglądają radosne autobusy ze wzruszeniem ramion i dalej żyją własnym, jak im się wydaje, już normalnie codziennym życiem. (s. 230)
F, III
Każdy policjant musi dostarczyć na Umschlagplatz po pięciu „łebków” dziennie. Z piwnic i strychów, z ukrytych pokojów, ze schronów pod miskami klozetowymi, z mysich dziur i ciemnic wyciągają policjanci ludzi, którzy już nie chcą iść dobrowolnie jak na początku. Pięciu „łebków” dziennie musi mieć wpisane do służbowej książeczki każdy policjant; sprawdza i podpisuje obwodowy, były adwokat, lekarz, dziennikarz, kupiec. Są zdolni, którzy sprzedają „łebki”. Złapał dziś dziesięć osób, może oddać pięciu takiemu, który nie jest w stanie łapać albo któremu się po prostu nie udało. „Łebki” to ludzie. Ojcowie, matki, żony, dzieci i mężowie innych ludzi. Swój łeb ratuje się łebkami innych.
Nazywają policjantów „jamnikami”, bo jak jamniki dostają się do najbardziej ukrytych dziur, tropią najsłabsze ślady. Niektórzy, specjaliści, mają swoje metody łapania, swoją wiedzę, konfidentów. Interes. Łapią na przykład człowieka, potem puszczają go za cenę zdrady kryjówki, w której siedzi nieraz kilkadziesiąt osób. Ludzie tracą do siebie zaufanie. (s. 268)
W taki sam sposób likwiduje się teraz firmę za firmą, szop za szopem. Biorą wszystkich „robotników” z papierkami i zaświadczeniami, z ich pewnością bezpieczeństwa, pakują do wagonów. I koniec.
Ludzie siedzą w swoich blokach, pracują przy warsztatach i przy maszynach po dwanaście, po czternaście godzin dziennie. Nie wytykają nosa na ulicę, nie orientują się w sytuacji, bo akcja jest rozbita i nie ma łączności pomiędzy poszczególnymi odcinkami. Jeszcze czepiają się zaświadczeń, jeszcze wierzą w pracę, w zapewnienia majstrów i niemieckich kierowników, że tylko praca może ich uratować. Starcy i kaleki doszli jednak do wniosku, że dla nich jedynym ratunkiem jest kryjówka […].
Ostrze wysiedlenia kieruje się teraz na dzieci. Nic i nikt prócz policyjnej czapki nie kryje już dzieci. Przy wszystkich selekcjach Niemcy odrywają dzieci od matek, względnie każą iść matkom razem z dziećmi na Umschlag. Są matki, które odsuwają się przy selekcji od dzieci: nie chcą zginąć. Są matki, które Niemcy zabijają, bo żywe nie dają się rozłączyć z dzieckiem. Często rodzice wracają do domu z pracy i nie zastają dziecka. Porzucona zabawka, strzęp sukienki. Dziecka nie ma. […]
Wysiedlenie zaczęło się od „punktów”. Straszne było, kiedy tę biedotę trzeba było ściągać z barłogów, wypychać na ulicę, ustawiać w piątki. Z okropnych łachmanów robili okropne tobołki, z którymi za żadne skarby nie chcieli się rozstać, wlekli się z tymi tobołkami na opuchniętych nogach. Eskortowała ich Służba Porządkowa.
Getto było przyzwyczajone do nędzarzy, ale takich makabrycznych pochodów jeszcze nie widziało. To była skondensowana nędza. Szły tysiące nędzarzy z ropiejącymi oczami, brudni, owrzodzeni, łachmany były żywe od wszy. Kuleli, kuśtykali, grozili pięściami przechodniom. Ordynarnie przeklinali albo używali przekleństw wymyślnych i tragicznych. Wcale nie na Niemców. Niektórzy płakali, prosili o pomoc, żeby ich ratować, nie dać. Nosili ze sobą, co kto miał jeszcze, czerwoną poduszkę, parasol, modlitewnik. Rzeczy, których nie udało im się sprzedać. Szły pierwsze pochody na Umschlagplatz, a stamtąd w nieznane. Na wschód, na roboty, tak przecież stało czarno na białym w bekanntmachungach. (s. 246–247)
Na ulicach stale łapanki. Ludzie uciekają, policjanci ich gonią, pchają do stojącego opodal ciężarowego auta. Ludzie wyrywają się, szarpią, pakują policjantom do łapy obrączki, zegarki, kilka złotych. Zagraniczne radio nazywa to obrazowo: „Polowanie na ludzi”. W zagranicznych gazetach czyta się przy rannej kawie ze śmietanką wzruszające opisy tego polowania. (s. 251)
Mówi się, że Roosevelt zaprotestuje, że Żydostwo światowe nie dopuści, że cywilizowany świat będzie interweniował. Tylko patrzeć, jak spadną bomby na Warszawę, zmiotą Umschlagplatz. Mówią, że wysiedlenie ma potrwać jeszcze trzy, cztery, najwyżej pięć dni (…do mnie nie dojdzie, na pewno nie dojdzie, może nie dojdzie…). (s. 253–254)
O piątej rano idą ludzie z torbami i plecakami. Niemieckie Żydówki w kapelusikach z woalkami i z eleganckimi torbami podróżnymi udają się rikszami na roboty na wschód. (s. 254)
F, V
Popielata limuzyna znów wjeżdża do getta, tym razem między oficerami siedzi zdenerwowana blondynka w wytwornym stroju. Limuzyna jedzie wolniutko wyludnionymi ulicami. Puste domy wytrzeszczają oczodoły pootwieranych okien, przez które nie ma już kto wyglądać. Stenia patrzy wokoło z udaną uwagą. Skąd wziąć brylanty istniejące tylko w jej wyobraźni? Mózg pracuje błyskawicznie jak precyzyjna maszyna. Natchnienie spływa na jasną kobietkę. Jeżeli ma zginąć, to chociaż ośmieszy przed tym te zarozumiałe mordy. Witold i pani Irena na pewno będą z tego zadowoleni.
W ruinach sterczy komicznie połamana miska klozetowa.
– To tu – mówi stanowczo Stenia.
Niemieccy oficerowie wysiadają z auta, smukli, w opiętych mundurach, nieposzlakowanie eleganccy, kolorowe epolety, śnieżnej białości rękawiczki, świeżutko zaprasowane kanty spodni. Idą prosto do połamanej miski klozetowej filuternie wyglądającej z kupy gruzów. Oficerów nie zaskoczyło, że brylanty i złoto są właśnie w takim miejscu; to odpowiada ich pojęciom o Żydach, którzy są zdolni do wszystkiego, a więc i do chowania przed nimi brylantów do klozetowej miski. Grzebią w gruzach, rozwalają błyszczącym butem porcelanowy kadłub. Nic. Ubabrani, niepodobni do ludzi, a cóż dopiero do eleganckich oficerów, wracają do auta, otrzepując po drodze pył i błoto z mundurów.
Stenia rzewnie płacze. Co ona teraz zrobi? Widocznie ktoś już ukradł te brylanty. Niemcy pocieszają ją – „trudno, niech się gnädige Frau nie martwi” – niech z nimi pójdzie na wódkę do Adrii. Stenia wróciła do domu z wielką bombonierą, a matka jej i pani sędzina nie rozmawiały z nią przez dwa tygodnie, tak były oburzone, że Stenia wzięła od Niemców bombonierę. (s. 307–308)
U fryzjerów przepełnienie. Perhydrolu nie można dostać. Specjalne modele aryjskich fryzur. Są zwolennicy aryjskiej strony, są zwolennicy bunkrów w getcie, którzy całymi nocami kopią, murują, szykują najprzemyślniejsze kryjówki. Są także tacy, którzy jeszcze wierzą Niemcom. Trawniki, obozy, praca, Arbeit macht das Leben süss i tak dalej. Trzeba stosować się do zarządzeń.
Pozostałe z czterystutysięcznej masy resztki wiją się jak węgorze w małej misce. Ratować się. Tak czy inaczej, ale trzeba ratować się. Inni zginęli, bo nie wiedzieli, nie było czasu na orientację. Akcja przeprowadzona była z taką perfidią, że zanim prawda dotarła do świadomości ofiara znajdowała się w wagonie. Teraz ludzie uważają się za mądrzejszych, biorą się na tysiące sposobów, żeby ujść niebezpieczeństwu. Wybitymi w murach dziurami, piwnicami, strychami o dostawionych drabinach można obejść całe getto, nie pokazując się na ulicy. Przychodzą do bloków i do domów nieznani ludzie, namawiają do wspólnej pracy, do wspólnej obrony. Pomagają, zachęcają, kierują, zaczynają nawet żądać i rozkazywać. (s. 313–314)
O zmroku rusza do domu kolumna robotników obładowana zdobyczą. Brzęczą szkła i aluminiowe garnki, wysypuje się węgiel z przeładowanych plecaków. Czasem przy wasze trzeba wszystko zrzucić, a jeszcze niejeden odpokutowuje ciężko swoją łapczywość. Ale nazajutrz robią to samo, bo nie ma innej rady.
O tej porze wracają także placówki, które pracują po aryjskiej stronie jako tragarze na kolei czy przy budowie. Wracają ze śpiewem, aby oszołomić Niemców, aby przenieść to, na co czekają ludzie getta z bijącym sercem: żarcie.
Przy wasze oświetlonej ostrym blaskiem reflektorów stoi pełno ludzi. Kto dziś padnie ofiarą rewizji? Jak w blasku rampy, pod oczyma setek ludzi, rozbiera się mężczyzna. Zdejmuje jedną koszulę, drugą, trzecią, opadają po kolei różne pary spodni, wetkane za pasek damskie spódniczki. „Obłazi jak cebula” – komentuje ktoś z boku. Za każdą nową rzeczą żandarm wali w pysk. Podchodzi do wachy drugi. Fruwają z plecaka zwoje czerwonych kiełbas, policjant wywija śmiesznie długą, gęsią szyjką, mieni się opalowo na trotuarze struga rozlanego mleka.
Czarny, zbity w jedną masę tłum kolumniarzy patrzy i czeka. Rośnie stos skonfiskowanych rzeczy koło wachy. Kilka, kilkanaście ofiar, a potem: „Weg… Rrrrauss…”. Na dziś dosyć. Reszta przechodzi szybko, wlewając się migotliwym strumieniem w wylot, z triumfalnym śpiewem: „Hot a nes ejn mul geszejen, ajajaj… Mit a szikse cwiszn bojmer, ajajaj… Un a szames, un a szojmer. Ajajaj, ajajaj, ajajaj, ajajaj”. (s. 325)
Strzały, bomby, granaty. W sercu Warszawy toczy się bój. Garstka wyczerpanych, skazanych na śmierć ludzi wystąpiła przeciwko potędze niemieckiej. Bez broni, bez pomocy, bez nadziei wygranej. Nad gettem zaczynają unosić się kłęby dymu. Co się tam dzieje? Mój Boże, co się tam dzieje? Naprawdę bronią się, naprawdę biją się?
Kłęby dymu rozchodzą się czarnymi smugami po kwietniowym niebie, błękitnym i bezdusznym jak oczy lalki. Mówi się o powstaniu jak o widzianym w kinie buncie więźniów w Sing-Sing […].
Pod murami policjanci rozpędzają tłumy ludzi, ale nadaremnie. Napływają coraz nowe. Za murami odbywają się wielkie circenses, umierający gladiatorzy dają wspaniałe widowisko na tle krwistych płomieni, pod muzykę bomb i granatów. Czy znajdzie się tłum na świecie, który da pozbawić się tego? Tłum czuje, że to są rzeczy niepowtarzalne, pragnie nasycić się nimi do końca. (s. 376–377)
Tydzień. Drugi. Trzeci. Łuna robi się coraz szersza, strzały rzedną, częstsze są wybuchy i huki z wysadzanych w powietrze domów. Zainteresowanie pierwszych dni opadło, ścielące się po niebie dymy przestały robić wrażenie. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ot, nie po chrześcijańsku, ale jednak… Straszne, ale w końcu… Na rogach ulic przekupnie sprzedają brązowe chleby i pęki wiosennych kwiatów. Na podwórzach śpiewają W Saskim Ogrodzie koło fontanny. Jak przed tym, jakby nic nie działo się tuż obok, w sercu miasta. (s. 383)
F, V [VI A]
19 kwietnia, w niedzielę rano, getto było raz jeszcze otoczone kordonem wojska. Żydowska Organizacja Bojowa wiedziała o nadchodzącej akcji likwidacyjnej na kilka dni wcześniej. Pierwszych żołnierzy, którzy weszli do getta w tę pesachową niedzielę, powitali gradem kul. (s. 386)
Strzały, detonacje, strzały. Niemcy z psami do bunkrów, Niemcy palą domy, walczą, walczymy, kto nie umie strzelać, leje na Niemców wrzątek, padają cegły i kamienie zamiast kul, butelki z dynamitem na czołgi, jak nie starcza dynamitu, ludzie rzucają się pod gąsienice czołgów. Nie ma co jeść, brak wody. (s. 387)
W bunkrach nie zapalały się zapałki, bo nie było powietrza, ludzie mdleli, z głodu i z pragnienia, gryzł dym, hipnotyzowały płomienie, coraz bliższe, bliskie. Nie było już kul, nie miał kto rzucać kamieni, coraz nowe bataliony wojska zalewały getto, żołnierze, żołnierze, mordercy z psami, zbrodniarze z ogniem, coraz ich więcej, coraz nas mniej… Niech już skończy się, powietrza, wody, spać, nie widzieć blasku ognia, który kładzie się przeczuciem męczarni. Na rękach kobiet umierają dzieci, mdleją ranni, jęczą chorzy.
Jaskrawym światłem płonie Umschlag, z którego codziennie odchodzi po kilka załadowanych pociągów. Żydowskie dziewczyny i żydowscy chłopcy jeszcze walczą, ale półtrupy w bunkrach już dłużej nie mogą. Amnestia… Trawniki… Poniatowo… poddajcie się… poddajcie się… łudzą ich raz jeszcze, jeszcze raz. Po nieudanych próbach ucieczki wracają ludzie. Kilka dni w kanałach, w smrodzie ekskrementów, w pomyjach do pasa, ze szczurami, a u wylotu kanału – Niemcy i granatowi. Wracają do getta bez złudzeń, umrzeć pod różowym od łuny niebem. (s. 387–388)
Coraz rzadziej cmentarną ciszę przerywały odgłosy strzałów, zastąpiło je ujadanie olbrzymich psów z zakrwawionymi mordami. Z nor, ze zgliszczy wychodziły szkielety z podniesionymi rękami. Zbici w sflakowaciałą masę siedzieli ludzie Transavii na podwórcu fabryki w oczekiwaniu ostatecznego rozwiązania. Na wasze, jakieś 50 kroków od nich, ruszały się mundury, brązy, zielenie i granaty, a za nimi – rozgadany tłum Polaków obserwujących niezwykłe widowisko. (s. 388)
TRASY:
– Trasa: Getto – Chłodna / Żelazna (wacha) – Nowy Zjazd – Most Kierbedzia – Praga – Dworzec Wschodni, – Trasa: Getto – Ogród Saski,
–Trasa: Piaseczno – Getto, – Trasa: szopy getta warszawskiego – Lublin, Konzentrazionslager,
Bibliografia
– Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana 1939-1945, oprac. J. Waldorff, Warszawa 1946.
– Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. M. Salapska, Warszawa 1983.
– Adina Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Warszawa 2010.
– Halina Birenbaum, Nadzieja umiera ostatnia, Oświęcim 2016.
– Marek Edelman, Getto walczy. (Udział Bundu w obronie getta warszawskiego), Warszawa 1945.
– Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, opracowała i uzupełniła N. Makowerowa, Wrocław etc. 1987.
– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.
– Perec Opoczyński, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 31: Pisma Pereca Opoczyńskiego, oprac. M. Polit, Warszawa 2017.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.
– Mina Tomkiewicz, Bomby i myszy. Powieść mieszczańska, Warszawa 2020.



