KROCHMALNA
![Ul. Krochmalna. Żebrzący mężczyzna (Fot. H. Jost, 19.09.1941) [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie].](https://nplp.pl/wp-content/uploads/2019/08/KROCHMALNA-ogólna-Ul.-Krochmalna-wg.-H.-Josta.-TČebrzTŽ»cy-mTŽľ-czyzna-fot.-H.-Jost-19.09.1941-sygn.-JOST-006.-1024x962.jpg)
Ul. Krochmalna. Żebrzący mężczyzna (Fot. H. Jost, 19.09.1941) [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie].
Rachela Auerbach
ONI, II C
„Przy zabieraniu zwłok dziecka z mieszkania przy ul. Krochmalnej stwierdzono brak kawału pośladka. Śledztwo wykazało, że ten kawał <mięsa> odkrojony został przez kogoś z rodziny – nie wiem, czy akurat przez matkę – dla sporządzenia posiłku…” (s. 125-126)
ONI
„Frankenstein <pracuje> dziś na wylocie przy Krochmalnej i już z samego rana są rezultaty. Jedna osoba zabita, dwie ranne. Interwencja [H]end[la][?] w sprawie Frankensteina u Auerswalda przed paru dniami […] <kampanii ochrony murów […] nie odniosła widać żad[nego skutku] pan komisarz był zadowolony.” (s. 196)
ONI, II C
„Wspomniany powyżej policjant, zdaje się Baranowski, nie był w domu. Gospodarz jego , Mortkowicz, stary Żyd, wiedział tylko tyle, że ma on nocna służbę w szpitalu, pod groźbą zastrzelenia podał, że może w szpitalu na Stawkach, a gdy go tam nie znaleziono, oprawcy wrócili i zastrzelili starego, po czym odszukali Baranowskiego w szpitalu na Leszno 1 i oczywiście też go sprzątnęli. Poza jednym tym wypadkiem , który może być uzupełnieniem akcji przeciwko trzynastce, wszystkie inne są zupełnie niewytłumaczone. Na ul. Mylnej 11 wystrzelano z jednego mieszkania cztery osoby, ojca paralityka, który nie mógł na wezwanie zejść wyrzucono przez okno, po czym na dole poczęstowano go kilku kulami. Na ulicy Krochmalnej padły dwie kobiety, synowa z teściową, podobno przebywające przez pewien czas po polskiej stronie. Piekarz Wilner, wyciągnięty dla egzekucji z więzienia na Gęsiej, miał być podobno jakiś wpadunek ze szmuglem. O dentyście z Pawiej ulicy (wyciągnięto go w bieliźnie, wsadzono do auta i pod Pawiakiem położono aż pięciu strzałami. Scenę egzekucji widziała osoba z sąsiedztwa przez szparę w bramie.” (s. 160)
ONI, II C
„Polowanie na Żyda idzie całą parą i dzień dzisiejszy obfitował w ofiary różnej kategorii. Wyciągnięci w nocy z łóżek reżyser Szaro z teściem i szwagrem, zastrzeleni <wedle listy>, zastrzeleni na ulicy w dzień szmuglerzy i nie-szmuglerzy. Jacyś cywile strzelili w tłum na placyku targowym na Ceglanej czy na skwerku. Są zabici na miejscu, są śmiertelnie ranni, na Krochmalnej i Walicowie wybuchła dzisiaj przed wieczorem śmiertelna panika, przechodzenie wzdłuż ogrodzeń kolczastych w <małym getcie> stało się rzeczą o każdej porze dnia w najwyższym stopniu ryzykowną.” (s. 178-179)
JA, II C
„Przechodziłam dziś popołudniu Przejazdem o tej samej porze co wczoraj. Potem patrzyłam przez to samo co wczoraj okno na ulicę po jednej i po drugiej stronie muru. Pustki, martwota, żadnego ruchu. – Co się stało? – pytałam wieczorem znającą się na rzeczy osobę. Czyżby to nareszcie skutek represji? A przecież mówicie wszyscy, że represje, strzelanina, ilość zabitych nie ma żadnego wpływu na ruch przy mecie. Że w pół godziny, ba, w dziesięć minut po zabiciu jednej, a w kilka chwil potem dwu osób na Przejeździe szmugiel szedł zupełnie jak przedtem, że po zastrzeleniu codziennie po kilka i kilkanaście osób na Krochmalnej i w innych punktach <robota> nie zatrzymała się ani na włos. Że nawet na ceny fakty te słaby mają wpływ a jedyną wytyczną są jedynie zjawiska ekonomiczne. A jednak widziałam sama. Zamarł ruch. – Głupia – odpalił znajomy – nie było ruchu, bo nie było towaru.” (s. 188-189)
Henryk Bryskier
ONI, I
„Epidemia tyfusu objęła całą dzielnicę ul. Krochmalnej, gdzie wyloty zostały zamknięte. Mieszkańców nie wypuszczano z domów, każdy dom stanowił kwarantannę. Już nie potrzeba było zawieszać na każdej bramie dużej żółtej tablicy ostrzegawczej z napisem „Tyfus – wstęp wzbroniony”, bowiem tablice takie były na zamkniętych wylotach. Wśród mieszkańców, nie mogących się wydostać na ulicę, rozgrywały się dantejskie sceny. Zorganizowano dostawę ciepłej strawy, a zakupy prowiantów odbywały się w ten sposób, że Komitety Domowe zbierały od lokatorów pieniądze, wydając je na zewnątrz przez okno funkcjonariuszom żydowskiej Służby Porządkowej, którzy wg wykazu nabywali potrzebne artykuły i tą samą drogą doręczali produkty. Kontumacja ta nie trwała – jak normalnie – dwa tygodnie, lecz kilka miesięcy, albowiem gdy w jednym domu, albo nawet w szeregu domach choroba wygasła, wystarczyło, aby ostatniego dnia kwarantanny jeden z mieszkańców zachorował z objawami tyfusu, a cała dzielnica znów była skazana na izolację.” (s. 41-42)
Ludwik Hirszfeld
„Doktor Hagen należał do typu ludzi określanych przez francuzów mianem mouton entragé. Nabrał pewnej energii, wziął swoich żandarmów, zamknął ulicę Krochmalną i zrewidował wszystkie mieszkania.” (s. 339)
Abraham Lewin
JA/ONI, II D (08.04.1942)
„Jedna z moich znajomych, która mieszka przy ulicy Krochmalnej, opowiedziała mi o następującym autentycznym zdarzeniu, którego sama była świadkiem jednego z minionych dni. Jak wiadomo, na ulicy Krochmalnej nie stoi jeszcze do tej pory mur, jest tu jedynie ogrodzenie z drutów. Siłą rzeczy tu odbywa się największy szmugiel w całym getcie. W pewnym momencie, kiedy moja znajoma stała przy oknie, które wychodzi dokładnie na druciane ogrodzenie, zauważyła, jak drut podnosi się, a ze <strony aryjskiej> na żydowską przetacza się worek z żytem albo czymś innym. Działo się to na oczach polskiego policjanta, który stał na warcie.” (s. 27)
ONI, II D (08.04.1942)
„Ta sama kobieta opowiedziała mi o jeszcze dwóch zdarzeniach, które miały miejsce na tej słynnej ulicy w ostatnich tygodniach. Pierwsze zdarzenie: jednego razu na <aryjskiej stronie> żandarm zawołał do siebie 10-letnią żydowską dziewczynkę. Kazał jej przenieść cegły z jednej strony na drugą. Dziewczynka nie chciała wypełnić jego rozkazu. Odpowiedziała mu ostrymi słowami: <Co możesz mi zrobić? Rozstrzelać? Strzelaj. Nie mam nic do stracenia. Jest mi już wszystko jedno>. (Oboje, i dziewczynka, i żandarm, rozmawiali ze sobą po polsku). Kiedy dziewczyna zaczęła przeciskać się przez dziurę z powrotem do getta, żandarm strzelił do niej i położył ją trupem na miejscu.” (s. 29)
ONI, II D (12.05.1942)
„Nie ma prawie dnia, w którym by kamienie bruku i trotuary getta warszawskiego nie spłynęły krwią żydowską. Wczoraj zastrzelono na Krochmalnej kobietę żydowską przy szmuglu.” (s. 37)
ONI, II D (14.06.1942)
„Szczegóły nowej tragedii są następujące (tak jak o nich słyszałem): na Krochmalnej znaleziono u chrześcijanina większą ilość żywności. Według drugiej wersji, chrześcijanin przyniósł worek z towarem na <metę>. Został zatrzymany i pobiciem zmuszony do wyjawienia, dla kogo przeznaczony był towar i gdzie ta osoba mieszka. Poszli pod wskazany adres i zatrzymali tam siedmiu Żydów – tragarzy, zaprowadzili ich na Grzybowską 38 i rozstrzelali.” (s. 124)
Perec Opoczyński
ONI, II D (czerwiec 1942)
„Tej nocy Niemcy zabrali z izby przy Krochmalnej ośmiu Żydów. Doprowadzili ich pod mur i tam zastrzelili. Wedle oficjalnej wykładni mieli to być szmuglerzy. Jak widać, nowy tydzień zaczął się mordami, które trwały i przez cały poprzedni. Co przyniesie jutro, nietrudno zgadnąć.” (Pisma, s. 286)
ONI, I
„Tu na Smoczej opłaca się uparte trzymanie domu w zamknięciu przez dwa, raz nawet przez trzy, a potem przez cztery tygodnie. Jakby nie dość tego wszystkiego, za miesiąc ów doktor znów może zechcieć zamknąć ten sam dom na Smoczej, Lubeckiego, Stawkach czy Krochmalnej. Mieszkańcy tych ulic to ludzie ubodzy, pogrążeni w rozpaczy, nie mają się komu poskarżyć. […] Nie zamyka się tylko pojedynczych domów, zamyka się pół, całą ulicę – po dwadzieścia, trzydzieści domów naraz. Na obu jej końcach stawia się płot, przy płocie policję, która rano wypuszcza za sowitą opłatą pracujących i handlujących.
Sąsiedzi w domu wzdychają i pojękują. Dzieci oblegają wyjście i czują się jak ptaszki w klatce. Ilekroć brama się otwiera, wykrada się przez nią kilkoro dzieci. Policjant przeklina, złorzeczy, krzyczy, ale wobec młodych jest bezsilny.” (Księga parówki, s. 375)
ONI, II
„[…] wszystkie rozdzierające sceny były niczym wobec strasznych obrazów opuszczenia i biedy, które listonosz musiał oglądać, wędrując od domu do domu w dolinie rozpaczy na Krochmalnej, Ostrowskiej, Smoczej, Niskiej.
Na tych ulicach drzwi mieszkań były zamknięte do późna w dzień, ludzie leżeli do drugiej, trzeciej w łóżkach. Inni przeważnie w ogóle nie wstawali, nie mając po co. Zimą w mieszkaniach większych rodzin można było zobaczyć dziesięcioro, dwanaścioro ludzi, często młodych mężczyzn albo kobiet, leżących w łóżkach, z bladymi twarzami i gorejącymi oczami, przełykających ślinę. Matki leżały w łóżkach razem z dwojgiem, trojgiem dzieci, pod czerwonymi wsypami, nie mając kilku groszy na kawałek mydła, aby uprać powłoki. Straszny nieporządek w mieszkaniach potwierdzał prawdziwość starego powiedzenia: „jaki nastrój, taki wystrój”; widać było, że w głowach tych ludzi nie ma nic więcej poza jedną jedyną obłąkańczą myślą: skąd wziąć kawałek chleba? Matki nie były już gospodyniami, ojcowie – gospodarzami. Drzwi się nie domykały, piece potłuczone, stoły i krzesła nie myte, podłogi nie szorowane. Po co to robić? Kogo to obchodzi?…
Od ciągłego leżenia w łóżkach ludzie osłabli, wielu nie mogło już zrobić kroku, inni byli spuchnięci do pępka i jeszcze wyżej. U części oczy ledwo wyzierały spod spuchniętych fałdów wokół oczodołów. Nadawało im to wygląd ponurych Mongołów, głodnych Eskimosów.” (Żydowski listonosz,s. 426)
Leokadia Schmidt
JA, V
„Dom, w którym mieszkaliśmy, mieścił się na Krochmalnej w pobliżu getta, mieliśmy więc widok na łuny pożarów, czuliśmy zapach dymu i spalenizny, detonacje i huk wystrzałów towarzyszyły nam w dzień i w nocy.” (s. 228-229)
„Po siedmiu koszmarnych tygodniach spędzonych w ‘gorbowcu’ na Krochmalnej, gdzie jedyną wonią były wyziewy z górnego ustępu i śmietnika, a jedynym widokiem szary, monotonny mur, zmiana [powrót na Belwederską 27] ta wydawała nam się rajem.” (s. 236)
ONI, VI A
„Stanowczo dom na Krochmalnej nie miał szczęścia do bomb. Ubiegłej nocy znów na trzecim podwórzu, w środkowym budynku, bomba zapalająca wznieciła pożar. Kilkuset lokatorów biegało jak opętani, ratując swe rzeczy. Znieśli je na pierwsze podwórko i, nie zwracając uwagi na bomby, zajęli się gaszeniem ognia, co udało im się jeszcze przed przybyciem straży ogniowej. Drzwi pokoju, z którego zaledwie dzień przedtem wyszliśmy, zostały wyłamane przez ludzi wrzucających naszym oknem pościel itd. Wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy tak pozostali tam jeszcze jeden dzień.” (s. 237)
Henryk Makower
JA, II A
„Wzywają mnie na wizytę gminną na ul. Krochmalną, kartka bezpłatna. Duży, brudny dom.” (s. 34)
Adam Czerniaków
JA/ONI, I
„W Gminie awantury na tle ulicy Krochmalnej. Zamknięto ją od Rynkowej do Ciepłej. 18000 ludzi jest bez chleba, bo nie wolno nikogo ani wpuszczać, ani wypuszczać.” [4 IV 1940] (s. 81)
„Krochmalna ulica zamknięta. W zamknięciu 30 nowych wypadków tyfusu. Podobno 2 kamienicznicy od 9 miesięcy nie wywieźli śmieci.” [7 V 1940] (s. 87)
„Wezwał mnie Schrempf w sprawie desek, których brak w płocie na Krochmalnej. Właśnie ja musiałem się stawić (od 3 pp do 6 pp).” [17 V 1940] (s. 90)
„Inż. Rindermann (Niemiec) skierował do Schrempfa pismo w sprawie zachowania się kolumny sanitarnej na Krochmalnej. Wyłamano drzwi w szafach i tylne ściany, pobito kobiety (rany), bo nie chciały dać łapówki, ukradziono srebrne łyżki.” [25 VI 1940] (s. 99)
„Zabiegi Fajnsztajna na ul. Krochmalnej (inż. Rindermann) – własne kolumny sanitarne żydowskie pod kierownictwem] niem[ieckim].” [26 VI 1940] (s. 100)
ONI, II B
„Dziś policja niemiecka, polska i żydowska zamknęła Krochmalną i wyprowadziła 8000 ludzi do kąpieli. Niestety okoliczne męty skradły wiele rzeczy mieszkańcom.” (s. 208)
Dokument wklejony przez Czerniakowa do notatnika, opisujący sytuację na ul. Krochmalnej:
„Sprawozdanie dot. przedsięwzięć kąpielowych i dezynfekcyjnych na ul. Krochmalnej w dniach 28 i 29 sierpnia 1941.
28 VIII 41 o godz. 4.00 funkcjonariusze Służby Porządkowej przekazali polecenie, aby wszyscy mieszkańcy ul. Krochmalnej przygotowali się do kąpieli. Cała Krochmalna od Ciepłej do Rynkowej miała być poddana dezynfekcji, a jej mieszkańcy kąpieli. Mieszkańcy tej ulicy, nie znający zarządzenia o dezynfekcji, byli początkowo przekonani, że ma nastąpić ich wysiedlenie. Z każdego domu wyprowadzano wszystkich mieszkańców, a także dozorców, zgromadzono na dawnym placu Wielopole i stąd grupami zaprowadzono do łaźni, przeważnie do łaźni przy ul. Spokojnej. Oddzielono mężczyzn od kobiet, chorych i kaleki wieziono na wózkach ręcznych i rykszach. Znaczną liczbę zakaźnie chorych odwieziono do szpitala. Wykąpane grupy powróciły o 19.30 i ok. godz. 21 wpuszczono je na Krochmalną i zgromadzono na podwórzach, w sieniach i bramach budynków. 800 osób, których nie zdołano wykąpać 10 cią̨gu dnia, zgromadzono w straszliwych warunkach na placu Wielopole, bez jedzenia i ciepłej odzieży. O godz. 8 wieczorem ludzie ci otrzymali po raz pierwszy posiłek z Żydowskiej Samopomocy Społecznej. Miano dostarczyć jeszcze 800 porcji, jeżeli znajdą się̨ kotły. Dostarczono również 125 kg chleba. Z domów położonych w pobliżu zebrano talerze i łyżki. Kierujący akcją Oberleutnant żandarmerii zezwolił ludzi przeprowadzić na noc na bazar Janasza, ażeby wydać im zupę i chleb i przetrzymać w zamkniętym terenie. Wskutek złej pogody nie wydano zupy, natomiast dostarczono jeszcze 125 kg chleba, tak że na osobę wypadło 1/4 kg chleba. Na skutek deszczu i braku ciepłego posiłku noc była bardzo ciężka. Martwego 5-letniego chłopca wyjęto z rąk matki, 20-letnią dziewczynę znaleziono martwą pod halą. Kobiety z dziećmi na ręku chodziły całą noc, ponieważ nie można było położyć się na asfalcie. Żandarmi zezwolili opróżnić 10 budek i umieścić tam kobiety z niemowlętami i dziećmi do 2 lat. O godz. 4 rano na rozkaz Oberleutnanta rozpoczęto wydawać zupę. Wskutek niewystarczającej liczby talerzy, brano zupę dosłownie w czapki, chustki, poły płaszczy i marynarek, a nawet w dłonie, ponieważ ludzie przegłodowali 14 godzin. O godz. 6 rano rozdzielono następne porcje zupy, która znajdowała się̨ całą noc pod dozorem żandarmów przy murze przed domem przy ul. Rynkowej 11. Dostarczono tam 50 talerzy, w których wydawano zupę wyłącznie dzieciom. Aby umożliwić jedzenie posiłku dzieciom sprowadzono 10 funkcjonariuszy Polskiej Policji, która rozproszyła tłum usiłujących wyrwać dzieciom jedzenie z rąk. O godz. 6.30 ponownie poprowadzono ludzi grupami z placu Wielopole do łaźni. Z domu przy ul. Rynkowej 3 dostarczono wężem gumowym wodę do picia oraz 30 butelek. Ciała niezidentyfikowanych zmarłych odwieziono. O godz. 8 rano rozpoczęto przygotowanie do wydawania zupy dla zablokowanej ulicy. Wydawanie trwało do godz. 1. Wydano 3000 talonów. Liczba ta była niewystarczająca, ponieważ zablokowana ulica liczy 15- 18 tys., przeważnie biednych ludzi.
Dla przeprowadzenia tak ważnych przedsięwzięć, których wykonanie może być w każdej chwili nakazem, należy stworzyć specjalną grupę urzędników w celu zapewnienia łączności pomiędzy poszczególnymi wykonawcami technicznymi i organizacjami opieki społecznej. Kierownictwo Wydziału I A [(podpis].” (s. 211-212)
JA/ONI, II C
„Następnie omówił z Szeryńskim sprawę szmuglu na Krochmalnej. Wczoraj zarekwirował ryksze (z wodą sodową etc.). Szeryński wytłumaczył, że ryksze muszą dla ludności dowozić węgiel etc. Służba będzie pilnowała, aby ryksze tylko do tego celu służyły. Komisarz polecił zlikwidować na Krochmalnej targowisko „Piekiełko”. Na „Piekiełku” przed wojną publicznie sutenerzy sprzedawali kobiety.”
Emanuel Ringelblum
ONI, I
„W 9 punktach miasta, zwłaszcza na Krochmalnej, drewniane parkany. Władze sanitarne powiadają, że Krochmalna jest główną wylęgarnią chorób zakaźnych. Gdyby mogli, spalili by ją.” (s. 93)
ONI, II A
„[…] na Krochmalnej wciąż to samo. Dwaj umundurowani napadli na siwowłosego Centneszwera i uderzeniem zrzucili mu kapelusz.” (s. 171)
„Słonina jest ostatnio tak popularna wśród Żydów, że rabin [Icchak Meir] Kanał, kiedy mu wręczano za wydanie orzeczenia opłatę w wysokości 7 zł, powiedział: ‘Dajecie mi 7 zł, a słonina kosztuje dziś 18 zł za kilogram’. Kobiety w perukach sprzedają słoninę na Krochmalnej.” (s. 195)
Mietek Pachter
ONI, II
„[…] oddzieliły się wszelkie możności met lub też przejść przez dachy. Obecnie było już izolowane w 100%, ale towar dalej napływał do ghetta. Obecnie były już nowe sposoby, na przykład na placu Grzybowskim odwalono kawał muru i na dany znak podjechała platforma towaru, z drugiej i tej strony – z tej strony pusta – ale w ciągu dwóch minut towar znalazł się z tej strony i w minutę później już niczego nie było.
Było co podziwiać – jakże błyskawicznie to szło, a gdy, powiedzmy, były dziury zamurowane, to w nocy zrodziło się kilka innych. W razie niebezpieczeństwa obydwie platformy znikały w miejscach z góry uplanowanych. Na Krochmalnej były druty, tu tylko ludzie z obydwu bram wylecieli – w jednej sekundzie było już kilka worków podanych i odebranych. W ogóle nie mogli zamknąć nas w żywej trumnie. Ileż to ludzi straciło przy tym życie – ale śmierć głodowa była gorsza.
Droga na Krochmalnej była strasznie wąska i inne „spółki” drobne, ci radzili sobie w bardzo oryginalny sposób. Otóż rzucano im chleby z bramy do bramy bez żadnego ryzyka, a pieniądze nie było też tak ciężko podać, gdyż zawinąwszy w węzełek wraz z kamieniem leciało na miejsce przeznaczenia bez zbytnich trudności.” (s. 77-78)
Bogdan Wojdowski
F, I
Między życiem, jakie wiedli dotąd na Srebrnej, a obecnym wygnaniem na Krochmalną nie było jeszcze ciągle tak dużej różnicy i temu zawdzięczali trochę odporności, sił do przetrwania; Dawid patrzył na ojca innym wzrokiem i powoli zaczynał rozumieć, że niedostatek, w jakim zaprawiły się całe pokolenia, teraz zapalał jego oczy jakąś straszną gorączką i zaciętością. Matka po przeprowadzce raz po raz wybuchała strasznym szlochem.
-Żywcem zamurowani! (s. 47)
F, I
Ojciec z gniewem wykrzykiwał coś uparcie, całymi dniami. Biadał, skarżył się czy groził? W rozdrażnieniu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, krążył od ściany do ściany. Wznosił pięści i opuszczał, potem modlił się długo. Dawid słuchał tego czując lęk i wstyd. W tym czasie nikt do nich tutaj na Krochmalną nie zaglądał i krótkie, puste dni dłużyły się w oczekiwaniu na skąpy posiłek, porę, kiedy pozwalali sobie przed snem na ten zbytek i rozniecali marny ogień pod blachą. Szczędząc opalu szybko grzali wodę i wrzątkiem zapijali gliniasty kartkowy chleb, wypiekany z obfitą domieszką otrąb i mielonych kasztanów. Była jeszcze marmelada, o której zgodnie mówiono, że jest chytrą mieszaniną przecieru buraczanego z pastewnymi wysłodkami. Sacharyny, namiastek zwanych herbatą wówczas nie kupowali, ponieważ ojciec zapałał świętym gniewem do tego fabrykowanego oszustwa. Uznał, że kłamstwa dla ducha mają większą moc niż te, którymi oszukiwano ciało. Matka zamykała z niechęcią oczy i całe dnie trwała bez ruchu, twarzą do ściany. Pocieszał ją, jak mógł. A pociecha leżała na ulicy. Plotki, ślepe i kalekie płody nadziei roznoszone przez żebraków, dzikie pogłoski co dzień obiegające miasto, które sam z politowaniem odpychał od siebie, teraz puszczał w ruch. To było najtańsze lekarstwo. (s. 47-48)
F, I
Zimą pierwszego roku wojny otwarto na dalekich torach dworca towarowego wagony pełne odartych z odzieży ciał, martwych i żywych tulących się do siebie, zesztywnialych na mrozie jak kamienie. Przytomnieli dopiero za murem, na ulicach przeludnionego miasta-i na ulicach marli, w ruinach, w sieniach kamienic, na strychach, w piwnicach, dokąd wtargnęli.
Wielki tłum przepłynął tymi ulicami, a w gruzach na Walicowie pozostał Fajwel Szafran, Nahum i Szulim, Estera. Stanąwszy na obcym bruku Nahum podał Szulimowi ciężar i ucałował ogonki cyces, a może strzępy łachmanów, które opadały z niego. Pejsy na skroniach, kosmyki lepkich i brudnych włosów zarastały uszy Szulima. Bezradnie krążyli tego dnia po ośnieżonej Krochmalnej, pokorni i cisi, nie mając odwagi wyciągnąć ręki po jałmużnę, mijani przez przechodniów, dla których tak oto stali się żebrakami. Wkrótce rozeszła się w zaułku wieść, że nocą uciekli z płonącego domu modlitwy unosząc życie i zwój Tory. Odszukawszy krewnych za drutami w bliskim miasteczku, przetrwali czas jakiś na garnuszku gminy, a potem uciekali dalej zostawiając za sobą zgliszcza, aż dostali się do małej powiatowej mieściny, skąd Niemcy wysyłali ludność getta transportem do Warszawy. (s. 129)
F, II
– Dawid, wróć. Opaska!
Rozłoży! szeroko ręce i białe płócienko frunęło z okna i upadło na stragan. W niedużych pryzmach leżał tam opał, połupane szczapki drzewa, odrobina węgla, garść koksu, a na boku, osłonięte brezentem przed wilgocią, okruchy szarosinego karbidu, którym oświetlano domy. Głos Buby-przekupki, strzegącej, by ogień nie wygasł na Krochmalnej i na Walicowie, miarowo basował urywanym lamentom żebraków.
-Do drzewa, do koksu I Do karbidu, tylko u mnie. Do drzewa, do koksu.
Ujrzał wszystko razem, opaskę, swoje wyciągnięte ręce, przekupkę za straganem, rzucającą się ku niemu z krzykiem. Biegnąc za ojcem, który niknął na zakręcie, uśmiechał się pobłażliwie. ,,Do karbidu …Ludzie, brońcie mnie! Złodziej, złodziej” No, tego tylko brakowało. (s. 59)
F, II
Nocą weszli do tego swojego nowego domu i matka chwyciła się za głowę. Siekierą porąbane drzwi i futryny okien leżały w drzazgach, deski wydarte z podłogi pod ścianą, z pieca została sterta potłuczonych kafli. Dawid szedł ostrożnie, markotnie wśród śmieci, szczątków cegieł, którymi zasiana była rudera, kruchych placków tynku osypanego ze ścian czyjąś mściwą ręką. Kuchnia była w ruinie, a matka stała z czajnikiem narzekając. Jak ma przyjść Żyd, to wszystko można spalić. Jak ma przyjść Żyd, to trzeba porąbać próg i zburzyć komin. Niech się przypatrzy temu i popamięta, inwalida wrześniowy! Ojciec cierpliwie zbierał i ciskał do sieni gruz i potłuczone kafle. Unosiła się nad nim chmura kurzu. Kaszląc, spluwając krążyli schodami i usuwali śmiecie, których nie ubywało, a nazajutrz zrujnowana nora wyglądała jeszcze gorzej niż wieczorem. Ojciec zmęczony podszedl do zlewu, aby umyć ręce, ale wszystkie krany były pourywane, a wyloty rur zakrzywione i sklepane płasko młotkiem; stojąc z zawiniętymi po łokcie rękawami koszuli, usmarowany, z klaczkami kurzu i sadzy we włosach, na brodzie-w całunie popiołu, klął bez wytchnienia. (s. 76-77)
F, II
A Niemcy obiecali Waliców spalić. Spalić Pańską, Krochmalną, Ciepią, Prostą, bo tutaj właśnie szerzy się zaraza! Najgorsza zaraza i głód w tych zaułkach małego getta! Kto zesłał głód? Tyfus, wszy? Nawet prof Bauma oblazły i nie może się ich pozbyć staruszek. A że wszy roznoszą choroby, prof Baum złapie tyfus, jak tylu innych przed nim, i wyjdzie na to, że Niemcy mają rację, kiedy każą rozlepiać na mieście afisze z ostrzeżeniem ŻYDZI WSZY TYFUS. (s. 96)
F, II
Kiedy Fajga zamyka go na klucz, przysuwa krzesło do okna, wygląda na podwórze surowo. Stawia na kartce koła, linie, plamy; chce namalować ulicę, ale trudno namalować Krochmalną, żeby stanęła przed oczarni jak żywa. Lejbuś ślini ołówek, macza w ustach pędzel, wzdycha. Jedna samotna szara chmurka zastyga na papierze. Już zawadziła o komin, gdyby kartka była większa, z komina poleciałby dym, a tak dom stoi wysoki i zasłania całe niebo. Okna, okna. Dużo okien musi mieć taki dom jak nasz. Szyby niech będą niebieskie, dom żółty. Przed bramą kółeczko, to głowa. Dwie kreski, to ręce. Chaskiel-stróż z miotłą w ręku stoi i patrzy na mur. Od końca do końca kartki ciągnie się ten straszny mur. Tam gdzie wolne miejsce na chodniku, stawia kuchenny taboret. Wysoki, jak kamienica. Obok Fajga i sprzedaje słodycze. Inaczej, co by Lejbuś jadł? Mógłby zjeść wszystkie cukierki. Patrzy długo na smutny rysunek i szuka. Mur zajął tyle miejsca. Bierze ołówek i z wielkim rozmachem kreśli malutką kreseczkę i zygzak. Tędy, nad murem przeleciał ptak. Czy taki mały ptaszek udźwignie gałązkę oliwną? Lejbuś zastanawia się, a potem zostawia wszystko, jak było, i odsuwa od siebie. Gotowe, teraz musi wyschnąć. (s. 99)
F, II
Kiedy ściemniło się, Mordchaj wyrzucać zaczął cegły z szopy i gruz wynosić dużym kubłem. Ukradkiem rył przełaz prosto do piwnic zburzonej oficyny, które zachowały się pod usypiskiem; Chaskiel-stróż przebijał dalej przejścia w ścianach piwnic sąsiedniej kamienicy i magazynów mydlarni. Mówiono, że dogrzebali się do lochów łączących ulicę Krochmalną ze składami w podziemiach Hal. (s. 106)
F, II
Wśród żebraków nastąpiło poruszenie, rozległ się przeciągły szmer. Twarze o zaciśniętych oczach obracały się na oślep. Tam wóz Eliasza skacząc twardo na bruku wynurzył się z Krochmalnej i wolno posuwał przez zaułek, rozkołysany. Zgrzybiała fura obwoziła po mieście swój martwy ładunek. (s. 109)
F, II
W południe, o tym czasie, kiedy oni warowali pod kuchnią gminną na Walicowie, skonała najmniejsza pociecha stróża, Surełe. Najpierw w stróżówce był zupełny spokój, a potem naraz wyskoczył Chaskiel na dwór i zaczął wywijać siekierą, Szkoda, że tego nie widzieli. Jak lata pod podwórku i wywija siekierą w biały dzień. Lata i krzyczy. Niech schodzą, on zaraz zrobi porządek i nakarmi całą kamienicę. Z tasakiem, z nożem. Co kto ma. Niech idą. No i zaczęło się. Mordchaj Sukiennik pił z Żeleźniakiem na Grzybowie, a koń nad pustym żłobem cały dzień. A Chaskiel o tym dobrze wiedział. Poszedł i siekierą stworzenie! Po łbie, ale miał już słabą rękę. Po karku, po grzbiecie! A kobyła uwiązana na łańcuchu i tylko wierzgała, a stajnia we krwi. Koń ukląkł. Ludzie tymczasem stali naokoło, głowa przy głowie, i czekali. Patrzyli, co z tego wyniknie, a Chaskiel się zmęczył. Wtedy Kalman Drabik wrócił, ten rzeźnik z drugiego piętra. Nie prowadzi już uboju i masarnię dawno zamknął, ale zawsze to rzeźnik i do niego przychodzi co tydzień szmugler z rąbanką i z kiełbasami. Ludzie, co to ma być? Jatka czy mordownia niewinnych stworzeń? Rozpaprać robotę, zacząć i nie skończyć! Tak krzyczał, tak krzyczał. A Chaskiel-stróż powiedział, że bardzo cię przepraszam -że bardzo go przeprasza, tego Kalmana, ale tutaj bieda z nędzą i dyzenteria z tyfusem, bachory mrą jak muchy, a końca nie widać. Inni mogą to samo powiedzieć. Jak jest! Niech mówią. Mówili wszyscy to samo, konina, nie konina, trefna, nie trefna, coś do garnka trzeba włożyć. Mordchajowi? Mordchajowi zapłacą, złożą się razem i zapłacą za zmarnowanego konia. Za mięso. Ale Kalmanowi, który był rzeźnikiem cechowym, chodziło nie o to. Tylko że konia nie tak się szlachtuje.
Tylko tak i pokazał, a miał złotą rękę. Najpierw puknął kobyłę drewnianym miotem między uszy, a potem wziął długi ostry nóż, przejechał palcem po ostrzu i pociągnął tym ostrzem raz po gardle. A potem pociągnął jeszcze raz i sprawa załatwiona. Nikt nie wiedział nawet, kiedy. Tak się uwinął. Macie-i zanim mięso wystygło, ludzie je obskoczyli. Rozbierajcie-to powiedział jeszcze rzeźnik Kalman Drabik. Każdy z tym, co miał, z nożem, z tasakiem kuchennym, rzucili się na kobyłę i zaczęli rozbierać. Tak ją rozbierali może dziesięć minut, aż zostały na ziemi przednie nogi z kopytami, łeb z grzywą, czerwona wstążka, ogon i flaki, ale po flaki przybiegł Nahum Szafran, zgarnął na taczki i uginając, się pod ciężarem potoczył wszystko razem w ruiny, gdzie przesiedleńcy koczują. A kiedy Mordchaj Sukiennik wrócił w stajni leżała zakrwawiona skóra. Obijał pięściami głowę, latał po piętrach, łomotał wszędzie do drzwi i wolał, że tego nie przeżyje. Powiesi się, zaraz pójdzie się topić w Wiśle. Pobiegnie na wachę, stanie przed żandarmem z czapką w ręku, niech go żandarm z łaski swojej zastrzeli, bo on bez chabety już nie ma co robić: na tym świecie. Bez konia, bez wozu.
-Mnie? Ostatniego furmana na Krochmalnej? Mnie taka rzecz spotyka?
Jeszcze teraz wolał. W ciszy przytajonej głucho kamienicy słyszeli jego krzyk. Mordchaj przeżył swego konia; nie umarł ze zmartwienia, nie powiesił się po stracie, nie utopił w Wiśle. Porąbał furgon, orąbał dorożkę, a drzewem tym palił całą następną zimę. Ale przy koniach pozostał do końca, prawie do końca. Prowadził potem w dużym getcie niebiesko-żółty omnibus, konny tramwaj żydowski z gwiazdą Dawida wymalowaną z przodu i z tylu, jako miejski kuczer na pensji gminy. Przez Żelazną, Gęsią i Nalewki. ,,Mordchaj, Mordchaj, strzelnij z bata!” Stary furman znów stał na wysokości i ze swojego kozła górował nad tłumem; stamtąd wydawał zdychającym chabetom zachęty w dziwnym,z apomnianym, prastarym języku, a wewnątrz na twardych ławkach omnibusu trzęsła się gromada zawszonych pasażerów. ,,Mordchaj, Mordchaj, strzelnij z bata… (s. 124-126)
F, II
Tego roku banda Barucha Oksa terroryzowała Waliców i Krochmalną z pieśnią na ustach. W biały dzień rzucali się ze strasznym spokojem na stragany, bici rozpraszali się w milczeniu i wracali znów; grasowali wzdłuż muru staczając z przemytnikami dzikie bójki o towar. Rosły im kły i pazury, a ręce same wyciągały się na widok chleba. Długi Icchok, ten podbiegał do przechodnia na ulicy, wyrywał mu bochenek spod ramienia i w oczach napadniętego, krztusząc się i stękając pod uderzeniami, siniejąc z pośpiechu połykał czarny kartkowy chleb.
Dawid idąc z blaszanką do kuchni gminnej albo z kartkami do sklepiku myślał z lękiem o długich, czarnych paznokciach, suchych ramionach, o zaropiałych oczach w twarzy ziemisteji martwej, ściągniętej grymasem głodu. (s. 128)
F, II
W milczeniu rozchodzili się ustępując z drogi, puszczając załadowany wóz Eliasza. W ogonku przed kuchnią gminną jeden drugiemu przekazywał już wieść z frontu, a zanim Fajwel Szafran zdążył wrócić z blaszanką zupy, w ruiny, kamienica na Krochmalnej była o wszystkim powiadomiona. (s. 135)
F, III
A kiedy owego lipca, pamiętnego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku zajechały budy z żandarmami na Krochmalną i na podwórzu stanął policjant i krzyknął: ,,Żydzi, wychodzić! Już czas!”-i zaczął tłumaczyć rozkazy Niemców, i nawoływać, żeby zeszli na dół, żeby zeszli, bo i tak im już nic nie pomoże, i tak czeka wszystkich to samo, i tak wyciągnie ich za brody z kątów, jeśli nie zejdą zaraz, wtedy Mordchaj zamknął stajnię na kłódkę, klucz cisnął w gruzy i wyszedł przed kamienicę pierwszy. (s. 126)
F, II
Przed nim, w zapadającym zmierzchu, rozciągało się strzeżone miasto i bezładny zgiełk sączył się do uszu. Krzyk żebraków płoszył konie i omnibus utknął w rozległym tłumie, który wlókł się ulicą Żelazną i dalej, jak wezbrana fala wstępował na drewniany most, a długa kolumna kulisów przy bezczynnych rikszach z ociąganiem rozpraszała się w mroku przyległych zaułków. W głębi na ulicy Chłodnej, obwiedziony z dwóch stron murami żydowskiej dzielnicy, wznosił się na skwerze biały masyw kościoła Św. Karola; w grzmiącej muzyce organów, w chórze gniewnej modlitwy, która runęła z nagła w noc, rozjarzyły się płomyki świec-na krótko i zgasły, kiedy zamknięto drzwi. Strzeżony wylot ulicy tonął w sinym świetle latarni i te ochronne barwy przypominały, że ciemniejące niebo ponad miastem przeszyte jest we wszystkich kierunkach torami, po których maszyny jeszcze nie nadciągnęły; uwięzione w sieci smug szybkich i zwinnych reflektorów, które jeszcze nie zabłysły; wydrążone świetlistymi snopami ekrazytowych pocisków, które niemo spoczywały w komorach broni przeciwlotniczej. Była noc i cisza pod niebem, ale syreny, w każdej chwili garowe odezwać się rykiem tysiąca tub, zainstalowane w swoich gniazdach pod dachami, czekały tylko na znak. Burzliwa muzyka organów, niejasne słowa gromadnej modlitwy obudziły niepokój całego dnia, rozgoryczenie, któremu teraz poddał się już biernie i z ulgą. Wezbrany smutek, tęsknota, ale za czym-nie wiedział, obmyły mocnym strumieniem jego bezsilną niecierpliwość. Stał w miejscu zaciskając pięści aż do bólu i sam wybaczył sobie strach, swą hańbę. Już późno, trzeba wracać. Niechętnie myślał o tym, że przyjdzie tutaj jutro. Zimny wiatr owiał wychudzone ciało, przejął do kości, pokierował jego krokami, kiedy po całym dniu beznadziejnego czuwania przed wachą wracał do kamienicy. Wspomnienie domu, gdzie syczy nad stołem zielony płomyk karbidu i barwi trupim światłem twarze bliskich, przepełniło go niewysłowionym ciepłem, otuchą i zawstydzone serce tchórza zabiło z radości. (s. 159)
F, II B–II C
Wiało przez wytluczoną szybę, z czarnego nieba runęła gwiazda. Ciemności połykały krótki dzień, ledwo minęło południe. Zima, zima, kiedy wreszcie skończy się ta zima? Dawid chuchał w dłoń i rozcierał zziębnięte, sztywniejące palce. Ciężkie sople zwisały z rynien i wzdłuż dachu, jak ścięte lodem brody szkieletów poniewierających się na podwórkach. Słupek rtęci spadał ciągle w dól, stopień za stopniem. A tutaj z każdym oddechem ulatywało życie. Przed oknami pustoszejącej kamienicy rosło zwalisko śmieci, sprzętów, ksiąg, a śnieg zasypywał łachmany na ulicy, ślady przemarszu żebraków. Otwartymi drzwiami, oknami wywiewało papierzyska na schody, ze schodów na podwórze i dalej-hajda, przed siebie pomykał miastem uśmiechnięty Lejbuś na kolanach Fajgi, z chorągiewką w rączce, aż do placu Żelaznej Bramy, gdzie świąteczna fotografia przymarzła w biocie. Na chorągiewce zatknięte jabłuszko, w jabłuszko wetknięta kolorowa świeczka… Spuchnięte języki sterczały spomiędzy wyszczerzonych zębów jak kamienie, a twarze martwych siniały.
Porzucone zegary leżały na śniegu wskazując czas, który minął. Podarte modlitewniki sypały wersety, nieme klątwy błądzące bez celu, zżółkłe, zgrzybiałe kartki zrywające się bezładnie do lotu we wszystkie cztery strony świata. Rozbebeszone pierzyny, którymi owijali się wychodząc na ulice, prószyły pierzem w mroźnym powietrzu i mary Żydów, jak oskubane anioły, sunęły przez miasto. (s. 181)
F, II
Strzały z Ceglanej zbliżyły się, słychać było kroki uciekających, krzyki żandarmów. Zagłuszyła je szumem, brzękiem gwałtownie spuszczona blaszana żaluzja od ulicy. Bezładne uderzenia pięścią o blachę i wycie niepodobne do ludzkiego głosu: “Ludzie, otwórzcie!”, nie milkło, aż przerwała je seria i stukot podkutych butów oddalił się, cichnąc w bramie domu naprzeciwko. Zapadła krótka cisza, raptem rozległo się wołanie i upiorny chichot, ,,Dozorca! Dozorca!” Trwał gdzieś blisko cienki zgiełk tłuczonych szyb. Krzyki maszerującego patrolu. (s. 210)
F, II
Było to w połowie drogi między wylotem Ceglanej i Prostej, w okolicach, gdzie schodzili się na pokątny handel kupcy z obydwu stron muru. Przełaz ten miał złą sławę; mały i ciasny, dusił ofiary w przejściu. Szczelinę nad brukiem, którą murarze wybili na ściek w miejscu, gdzie dawniej biegł rynsztok, chłopcy z bandy Barucha Oksa nocą rozdłubali tak, że od biedy odpowiednio wyschnięty szkielet mógł się tamtędy przecisnąć; oglądał ten przełaz długo z bramy domu i dalby wiele za to, żeby zmaleć. Oglądał przełaz nieufnie, zanim przebiegł jezdnię, i rozpaczliwym spojrzeniem pragnął rozkruszyć mur. Pamiętał, że w tym miejscu padł Henio Śledż z żywnością, kiedy utknął mu worek w wyłomie i nie zdążył skryć się w porę przed patrolem, a Mordka Caban, ścigany przez Wścieklego Psa, ze strachu cisnął w błoto kilo słoniny i uciekł stamtąd w ostatniej chwili. Dawid zrobił inaczej; torbę z chlebem i kartofle w worku-niedużo tego było-bez namysłu przerzucił górą, a sam padł na plecy, podciągnął kolana i odpychając się piętami od bruku wcisnął ramiona w szczelinę. Dalej nic, pustka, wyrwa w pamięci. Musiał szamotać się w ciasnym wyłomie z kurczowo zaciśniętymi oczami, ale jak długo to trwało? Pierwsze, co zobaczył, to był ukruszony kawałeczek muru w ręce. Tkwił już między cegłami, czuł nacisk masywu na żebra, kiedy szarpnął go ktoś mocno za spodnie i nad uchem świsnął mu policyjny gwizdek. Bity, fikał nogami. ,,Wyłaź, szczeniaku!”- ,,Nie inogę !” Zaparł się i nie puszczał szczeliny, czując, jak serce twardo bije o kamienie. Zewsząd zbiegli się ciekawi i pałka poszła w ruch. Po tej stronie Żydzi widzieli już głowę, a po tamtej stronie noga została w ręku policjanta i słyszał rozbawione głosy, hałas, śmiech. Roztajał pod nim śnieg i błoto ciekło za koszulę; to czuł, a bólu nie czuł wcale. ,,Paa posterunkowy, niech pan go puści.” Czyj to był głos, nie wiedział. Wiedział za to, że tutaj sprzed nosa głodni ukradną mu chleb, a tam tak długo będą hałasować, krzyczeć i gwizdać, aż pokaże się żandarm i kropnie go na miejscu jak szczura […]. To był szyld na ścianie z przeciwka i nagle ten szyld zasłoniła trupio szara twarz, nisko pochyliła się nad nim i widać było wszy na brwiach.Z mierzyły go nieruchome, żółte, rozradowane oczy; Długi Icchak podniósł niedbałym ruchem chleb, podrzucił z uciechą torbę i odszedł stamtąd śmiejąc się głośno. ,,Dawid, tobie już nic nie trzeba. Giemza!” Po każdym uderzeniu głowa odbijała się od kamieni jak piłka Ulica kołysała się razem z nim, kołysał się szyld z przeciwka, koślawo biegnący Icchak, a tuż, blisko-lewe nogi, prawe, gwiazdy na rękawach, ku którym wyciągał rękę. Zaczął krzyczeć, ponieważ ukradli mu chleb. Tłum uciekał przed siebie w popłochu, a on utknął w szczelinie mrużąc oczy ze strachu przed strzałem, na który czekał. Własny krzyk przebrzmiał mu w uszach, przybyło sił; jeszcze jeden wysiłek, szarpnięcie i klęczal na kolanach.
Ciasny nawis był już poza nim. Uciekł za uskok muru
Z krzykiem biegł i na rogu Grzybowskiej Długi Icchok rozsypał kartofle. Nie wiedział, czy zbierać je, czy dalej gonić charłaka, który z chlebem skręcił w bok; jeszcze mu Kuba Wałach podstawił zwinnie nogę. Poszorował nosem po flizach chodnika. Usiadł, nad nim stała banda Barucha Oksa. Patrzyli na niego wszyscy uważnie i żaden nie sięgnął po worek.
Dopiero na schodach-kiedy szedł wolno pod górę, kładąc się na poręczy ze zmęczenia, wlokąc worek przy butach jak psa-oklapł do reszty. Wzięło go! Sienią szła Sura-przekupka, rozciągnęła szare wargi w krzywym uśmiechu. Świeży chlebuś? Odstąpi? A potem zeszła tyłem, szybko przekładając nogi. Powlókł się do otwartego okna na półpiętrze i w jakimś porywie bezsilnej rozpaczy gotów był cisnąć szmugiel-im, wszystkim, na łeb, ale okno było wysoko, a on zmęczony i zanim wciągnął ciężar na parapet, siły go opuściły. Drżały mu ręce, nogi. Wyjął kartofel, obejrzał bezmyślnie szramę na obierzynie, wrzucił z powrotem, wyjął drugi i zamachnąwszy się ciężko cisnął przed siebie w okno stróżówki. Szum szkła, rejwach, wołanie Chaskiela-stróża sprawiło mu złośliwą ulgę. (s. 224-225)
F, II
Z pierwszego piętra, z rudery pełnej zdechlaków unosił się ton skrzypiec, a że skrzypek grał czas pewien na Lesznie w lokaliku, nad którym wisiał szyld „Pod Rybką”- nie wiadomo czemu historia o Jonaszu połączyła się w pamięci Dawida z losem Natana Lercha. Dawid często słyszał, że Lerch jest słynnym skrzypkiem, ale nie potrafił w to uwierzyć, kiedy oglądał sąsiada na schodach straszliwie już wycieńczonego. Krążył zwykle wzdłuż okien mieszkania, wypatrując czegoś, i machnąwszy parę razy smyczkiem opuszczał w zniechęceniu ręce, zamyślony gładził instrument, a skrzypce oparte o parapet czekały nie wydając dźwięku, tylko chude palce ściskające gryf mimowolnie trącały struny i rozlegał się wtedy cichy, żałosny, jękliwy świergot. Pochylony, z podaną do przodu twarzą Natan Lerch wygasłymi oczami mierzył mur. (232-233)
F, II
Nie wychodził już z domu; otwierał okno szeroko, na ramię kładł chustkę do nosa, wtykał skrzypce pod brodę i grał, żeby cala kamienica słyszała, i cała kamienica słyszała zamiast tych tam z San Francisco. Banda Barucha Oksa stawała pod oknem. Siniały szyje, oczy wyłaziły na wierzch. Ciekło im z nosa, z ust i spod powiek, kiedy hałasowali, wołali:-Zagraj!
Długi Icchok ściągał z grzbietu cuchnący łachman i podrzucał w górę. Josele Żółtko chichotał niegłośno, a dźwięk ten przypominał śmiech i łkanie. Kuba Wałach kucał, ściskał skronie łokciami, wydawał cienki pisk: ,,Iiii!” Na wszystkich piętrach ruch, ożywienie. Z drugiego piętra wyglądał ciekawie Kalman Drabik. Kupiec Mordarski ze złością zatrzaskiwał lufcik. Buba-przekupka stawiała bliżej fotel ze starym Papiemym. Przed szopą stał obojętnie Mordchaj i żółtym wojłokiem czyścił cholewy, a z głębi suteryny po schodkach gramolił się czarny pająk-przygarbiony korpusik, wiotkie nogi, cienkie ręce załamane w geście zdumienia i podziwu-Jankiel Zajączek w krawieckim fartuchu. Słuchali, rozmawiali cicho. Za morzem publiczność czeka na koncert Natana Lercha. Tam kwiaty, oklaski, brawo, bis. Tam noszą za nim instrument kibice, a po koncercie zajeżdża pod teatr wielki czarny Ford. Tłum dźwiga go z entuzjazmem na ramionach, a on fika nogami w powietrzu, uśmiecha się, wzbrania, rozdaje autografy. Natan Lerch pisze raz po raz w karnetach i na swych fotosach, w poprzek białego gorsu koszuli. Pisze ukośnie, szeroko, krótkim i płynnym ruchem ręki, Lerch, Lerch, a ten ogonek pod nazwiskiem zna pól świata i pamięta ton jego słynnych skrzypiec. Gra, miłośnie dzierży gryf, muska wiotkimi palcami struny, oczy kieruje daleko w przestrzeń. Jak unosi lekki smyczek, cichnie i zamiera ostatni dżwięk. Publiczność siedzi cicho zamyślona-czarne fraki, wieczorowe suknie, trzepoczące wachlarze, woń perfum-i łowi wzrokiem najlżejszy ruch jego dłoni, łowi uchem najcichszy szmer instrumentu. Cisza, milczenie, potem burza radosnych oklasków i okrzyki. Brawo! Bis! A z ostatniego rzędu… Regina Zajączek wlecze się z suteryny na światło dzienne, podnosi w kierunku pierwszego piętra zielonoszarą twarz pokrojoną czarnymi zmarszczkami i ręce podnosi, płasko zgarniające łzy z policzków jak wodę. W zmrużonych oczach Reginy ogromna pokora. Nieśmiało, z zawstydzeniem podgląda Natana Lercha. Dla kogo gra? Dla siebie gra? Z pierwszego piętra leciał głos skrzypiec i trwał; im się zdawało, że nigdy nie ustanie. Czekają na Lercha w mieście Chicago, w mieście New York, w mieście San Francisco. A czy tutaj nikt nie pragnie, aby włożył frak i dał koncert? Natan Lerch był wyschniętym z głodu zdechlakiem, który niedołężnie i trwożliwie obejmował skrzypce. Tracił słuch; inni słyszeli muzykę, a z niego życie uchodziło wraz z lurą z kuchni gminnej, pięćdziesiąt groszy miska.
Mordka Caban krzyczał:
-Natan Lerch zszedł z afisza!
Kiedy rozlegał się hałas, machali ramionami. Pędzili precz bandę Barucha Oksa. Psykali, szeptali.
Stali w głębi podwórza wszyscy-wychudzeni w tym czasie do niemożliwości, jak cienie, a ich szepty rozpraszały się, ulatywały w powietrze pajęczyną nietrwałych, szybkich gestów.
-Ach, jak pięknie Natek gra.
Chaskiel-stróż kołysał się w zamyśleniu oparty na miotle słuchał z przymkniętymi oczami, z pochyloną głową. (s. 233-235)
F, II
Fajwel Szafran, synowie Nahum i Szulim, córka Esrusia zagnieździli się zimą u Natana Lercha. Natan leżał trawiony gorączką tyfusową, na ziemi, bo jakiś „dziki” wyciągnął spod niego żelazne łóżko. Przez wybite okna wdzierał się do środka śnieg z wiatrem i wysiedleńcy rozłożyli legowiska naokoło małego piecyka z rurą. Pewnego dnia zjawił się kupiec Lewin, strząsnął szron z karakułowej czapki i zajrzał we wszystkie kąty, dokładnie zatykając chusteczką nos. Kiedy zobaczył bezwładne, suche ciało umieszczone na materacu pokręcił smętnie głową i zapytał, kto siedzi przy chorym. Wyjął dziesięć złotych i zaciśniętą pięść wetknął w dłoń Estusi. Uszczypnął dziewczynę w policzek z wdzięczności. Był przyjacielem nieboszczyka Lercha-ojca. Obiecał, że wstąpi. Ma interes do Natana. Poszedł, a Estusia przez dwa tygodnie obracała chorego, troskliwie opatrywała odleżyny, myła zaognioną skórę i w gorącej wodzie z solą i obierzynami moczyła mu stopy. Sura-przekupka zapewniała, że obierki kartoflane ,,wyciągają zapalenie”. A Chaskiel-stróż pomógł Estusi wypełnić kartki żywnościowe dla Lercha. W tym czasie Natan leżał jak kloc i bredził. Kobiety z całej kamienicy schodziły się dawać rady, wywiadywać o zdrowie, znosić wrzątek. Co kto pod ręką miał. Wszyscy żyli tym, czy Natan tyfus przetrzyma.
Przetrzymał. A kiedy otworzył oczy, rudera wypełniona była tłumem „dzikich”. Przez uchylone, nie domykające się i pozbawione zamków drzwi swobodnie zaglądali do środka przechodzący sąsiedzi. Oddechy smużyły się w nie ogrzanym mieszkaniu, a blaszana koza rozpraszała duszącą woń dymu, smażeniny i słabiutkie powiewy nagrzanego powietrza, wirującego wokół zakopconych rur. Jakaś kobieta z krzykiem ściągała przypalone szmaty z rury, a Długi Icchok podkładał śmiecie na ogień i śmiał się. Obnażona do pasa Estusia trzymała w rękach stanik i biła wszy. Nahum i Szulim przy oknie otworzyli jeden modlitewnik. Fajwel Szafran zawinięty w obszarpany tałes modlił się cicho i kołysał w ciasnym kącie pomiędzy rozpaloną, czerwoną rurą a wyrkiem, na którym beztrosko przebierało nóżkami niemowlę, wydobyte przed chwilą z wilgotnych gałganów. Miało szarą pomarszczoną twarzyczkę i przezroczyste, sine ciałko. Mężczyzna w żółtym damskim swetrze kroił ostrożnie chleb na parapecie okna i odwrócony opędzał się od natrętów kopniakami wymierzanymi na oślep. Mordka Caban i Kuba Wałach bili się przeskakując materace i zmorzonych snem ludzi. Na środku, potrącana przez nich, pięciolemia dziewczynka siedziała na nocniku i dłubała w nosie z ponurą, zaciętą miną. Ktoś uniósł się raptem, usiadł na wyrku, zawołał przed siebie: ,,Pesia, czy jesteś już gotowa z tym jedzeniem?” Wieczorem, po całym dniu włóczęgi, ,,dzicy” zajęci byli czynnościami, które wykonywali ze szczególną pasją i uwagą: biciem insektów i przyrządzaniem posiłku z nagromadzonych resztek. (s. 233-235)
F, II
Mijając mur zaczął rozróżniać zmianę akcentu; przechodnie z ulicy Wolskiej mówili tym samym językiem inaczej niż mieszkańcy Krochmalnej, chociaż odległość między nimi mogla wynosić kilkaset kroków. Były inne, dziwniejsze różnice, ponieważ ci z Płockiej i Karolkowej mówili inaczej niż ci z Hożej i Złotej, a nie dzielił ich mur; na Ochocie inaczej niż w Śródmieściu, jeszcze inaczej na Starym Mieście. Za murem też różniło ludzi wiele; skrzypek Lerch nigdy nie powiedział słowa z tym ciągliwym, wahającym się akcentem co Jankiel Zajączek, a Mordchaj Sukiennik klął zupełnie tak samo jak pijani furmani w zaułkach Woli. Wysiedleni z kresów Szafranowie mówili inaczej niż sąsiedzi, których znał od małego. (s. 240)
F, II
Dawno już Elijahu opowiadał im, co widział w gruzach na Walicowie. Zyga i Dawid zachłannie słuchali. Jak Małka się kładzie. Jak zadziera śmiało liliowy spód. Jak głaszcze piersi i bierze pieniądze. Jak odpina jedną podwiązkę i ściąga powoli jedwabną pończochę. Duszno, strach, szum w uszach. Opowieści te kończyły się zawsze tak samo i każdy wiedział jak, tylko Zyga udawał obłudnie, że nie wie. Elijahu szeroko i rozwlekle opowiadał, a potem szli w ruiny hałasując dla dodania sobie odwagi. Księżyc znad Hal srebrzył ich pobladłe twarze, rozległe rumowisko pełne cieni, aż tutaj biły okrzyki wart na placu Żelaznej Bramy, ostro biły im serca o żebra, kiedy podkradali się chyłkiem, cicho i ostrożnie stąpając po gruzie do miejsca, z którego ujrzeć mogli wyraźnie czające się postacie.
W ruinach na Walicowie wałęsały się głodne prostytutki.
O zmroku słychać było w załomach głośne oddechy. Tych, którzy sztywnieli w ramionach kobiet, i kobiet, które sztywniały z głodu. Jakby dyszało jedno wielkie, powalone na kolana zwierzę, które kona szamocząc się i nie mogąc sobie znaleźć miejsca. O zmroku na Walicowie cichły skomlenia żebraków, natrętne zawodzenia kantorów, modlitwy. O zmroku nad gruzami unosiły się szepty konających. Wybuchały ostatnie, dzikie bójki. Z ciał opadały łachmany. Szkielety stygły w chłodzie nocy i zamierał oddech. Puste źrenice obrócone w niebo gasły wraz ze światłem uchodzącego dnia i nie było ręki, która zamyka powieki.
-Oooo… Ooch!
Unosiły się nad tym miejscem ciężkie, urywane westchnienia i przekleństwa objętych w uścisku żebraków i kurew. Wisząca w pustce rynna z klekotem uderzała o zlew na nagiej ścianie. Poszarpany, zgnieciony dach wisiał jednym skrzydłem nad urwiskiem. Chichot wiatru, jękliwy dźwięk blachy, wściekłe głosy dolatywały z ciemnych, zgrzytliwych, kalekich ruin.
Elijahu, Dawid i Zyga z wysokości pierwszego piętra, przechyleni nad krawędzią rumowiska, patrzyli szeroko rozwartymi oczami na leżących tam w dole. Wietrzno było i zimno. Roześmiany nieszczerze Dawid zatykał sobie usta. Zyga z udanym rozochoceniem rąbnął Elijahu w kark. Wydawało się, że zaraz pęknie ze śmiechu. Marzły im ręce.
Na placu Żelaznej Bramy wartownik oddal strzał. Tramwaje iskrzyły z sykiem, śląc w ruiny zielone światło i chmarę bezładnych cieni.
-Aa…
Na cegły rzucona biała laska i zniszczony filcowy kapelusz. Obok dłoń dziewczyny błądząca po kamieniach. Nagły krzyk rozległ się w ciemności i trwał, jak wzniesione ostrze przeszywające niebo.
-Yyyy!
Długo, wolno zamierało monotonne skomlenie niepodobne do głosu człowieka, choć było jeszcze głosem człowieka.
-Chodźmy-powiedział Elijahu.-Już, wystarczy.
Z lękiem i ciekawością, z odrobiną wstydu, który ciekawości nie przemógł-uczepieni kruchych ruin-pozostali. Hałaśliwie dzwoniły zatrzymane przed wachą tramwaje. Iskry trzaskały raz po raz, jarzyły się całymi pękami. W zmierzchającym świetle dziewczyna leżała cicha i cienie ruin obsuwały się po jej ciele, pochłaniały nikłe uda, wklęsły brzuch, podciągniętą aż na oczy sukienkę, a obok siedział nieruchomo żebrak w podartym filcowym kapeluszu zasłoniwszy rękami twarz. Kiedy wstał, wówczas ujrzeli, jak dziewczyna łagodnie dotyka go palcami.
-Daj, otrzepię kurz. Nie możesz tak iść. Ja to co innego.
Podniósł białą laskę i odszedł. Uniosła się niezdarnie na łokciach i kolanach. Klęcząc ze zwieszoną nisko głową uderzyła pięścią bezsilnie o kamień.
Gdzieś blisko ulicą niosło się wołanie Małki.
-Co ja robię, zwariowałam, za darmo sprzedaję!
Pociemniało-siny księżyc drżąc w zamglonym powietrzu wzbił się lekko znad Hal i sunął na plac Grzybowski, a po drugiej stronie granicznego muru, w wąwozie Krochmalnej, wietrzyste niebo tliło się jeszcze zimnym ogniem zachodu. Słońce dopalało się za masywem nowego browaru. (s. 248-249)
F, II
Ulica uciekała bokiem na mur, a domy stały krzywo, kiedy wyszedl po raz pierwszy na miasto [po przechorowaniu tyfusu – PR]. Szedł ostrożnie po pochyłości, mijany przez tłum, wszyscy go wyprzedzali i nie mógł się nadziwić, że tak szybko przebierają nogami, a jego niewidocznie spychało, zwiewało bokiem na ściany. Zatrzymał się, przy Ceglanej na postoju ujrzał rikszę. Ojciec siedział na siodełku ze zwieszonymi luźno nogami, ciężko oddychał. Uchylone miał usta i zęby na wierzchu. (s. 272-273)
F, II
Wieczorem wuj Gedali bez worka wrócił z Okopów. Matka przed niskim taboretem mówiła:
– Chawa, Chawcia, zjedz odrobinkę zupy!
A na to ona:
-W żadnym wypadku, nie mogę. Ty sobie od ust odbierasz, kochanie.
Jadła szybko. Piła rzadką zupę prosto z miski, a potem rozejrzawszy się, czy nikt nie widzi, chyłkiem wycierała puste naczynie i ssała zwilżony palec, przymknąwszy oczy. Skurczona siedziała na tym taborecie koło kuchni z niepewnym uśmiechem na twarzy.
Przez parę dni zachowywała spokój; markotnie snuła się po mieszkaniu, z namysłem stawała w oknie, cicha, obojętna. A potem zaczęła uciekać i dwa razy przyprowadził ją ojciec z odległej dzielnicy. Kiedy po raz pierwszy zaczęła się przygotowywać do ucieczki, nie rozumieli jeszcze, co to oznacza, i nie protestowali. Długo pakowała swoją paczuszkę, zawijała w papier walizkę bez wieka, rozwijała. Wieczorem odnalazł ją ojciec na Stawkach. Po raz drugi uciekła, kiedy nikogo w domu akurat nie było, i zanim ją odnaleźli, minęły dwa dni. Zabiedzoną, zszarzałą, drzemiącą ze znużenia we wnęce bramy ujrzał wuj Gedali na Miłej. Kręciła głową, że nie chce wrócić, ale oporu nie stawiała. Razem z ojcem posadzili ją w rikszy, przywieźli na Krochmalną, położyli pod kocem na sienniku, a matka parzyła rumianek i poiła ją tym rumiankiem ze smutkiem zaglądając w jej mętne, granatowe oczy. Kiedy nabrała sil, uciekła jeszcze raz, widocznie w pośpiechu, bo węzełka swego nie zabrała.
Dwa tygodnie później Uri poznał paletko na Solnej. Mówił, że w pobliżu walała się ruda peruka. Ale kiedy poszli na Solną, już nie znaleźli nikogo-ulica była pusta, a Eliasz napotkany przy wozie zaklinał się długo, że ani rudej peruki, ani czarnego palta nie widział tego tygodnia na oczy. (s. 275-276)
F, II
Wielki plac wysypany był niegaszonym wapnem, wapnem wysypane były przejścia między starymi i rozdeptanymi grobami, doły obok usypisk świeżo wydobytej gliny w bieli, w bieli pogrążone były pnie ściętych cmentarnych drzew, mur i szopy przy bramie na Okopowej, którędy – z ulicy Pawiej i Kaczej, i Smoczej, i Gęsiej, i Żytniej, i Pokornej, i Miłej, i Niskiej, i Glinianej, i Dzielnej, i Żelaznej, i z Nalewek, i z Nowolipia, i Długiej, i Białej, i Orlej, i Solnej, i z placu Żelaznej Bramy, i Zimnej, i Mylnej, i Siennej, i Ciepłej, i Bonifraterskiej, i Świętojerskiej, i ze Stawek, z Walicowa, i Karmelickiej, i Kupieckiej, i Zegarmistrzowskiej, i Elektoralnej, i z Leszna, i z Przejazdu, i Krochmalnej, i Szczęśliwej, i z małego, i z dużego getta-furgonem konnym i wózkami ręcznymi, na pudłach z rowerowym pedałem, na odwróconych materacach, w workach z juty i w prześcieradłach żywi zwozili i znosili martwych z ich domów, z ulic, gdzie poniewierały się ich ciała, z ruin, gdzie przyklękli w ciężkiej godzinie, w czarnej godzinie swego życia, aby nie powstać więcej; znosili zwłoki tyfusowych, sczerniałe i wyschnięte na rzemień, o czaszkach nagich, obłażących z uwłosienia, i ci mieli tutaj pierwszeństwo; znosili tych, co padli na bruk udręczeni czerwonką, zzieleniałe szkielety, z których choroba wyssała ostatnie ślady krwi i limfy; znosili tych, co padli nagle i zwyczajnie z głodu, tak jak ich znaleziono zesztywniałych, do końca kurczowo zwiniętych, z podciągniętymi pod brzuch kolanami, sinych jak padlina zwierząt rażonych gromem, zmalałych i lekkich, zamotanych w kłęby zawszonych łachmanów, które były ich ostatnim odzieniem, koszulą śmiertelną. Na wielkim placu nie panuje melancholijna, skupiona cisza cmentarza; na wielkim placu nie ma już starych cmentarnych drzew. Klony, kasztany i brzozy wycięto, kamienie nagrobków zwalono na stos. Tymi kamieniami będą jutro brukować ulice i drogi i deptać stare imię, pod którym leżał Żyd. Teraz nie odmawia się nad umarłym modlitwy. Trupiarnia. Tutaj ludzi trzeba dołować, dołować, szybko dołować! Taki jest rozkaz władz. Zadołowani nie wejdą w drogę żywym, nie rozniosą chorób po mieście, nie będą wołać o chleb. (s. 279-280)
F, II
Odleciały motyle, przepadły w mroku nieczynnego kina “Excelsior”, na tyłach fabryki Brauera. Została brama w gruzach i za plecami mur starej zrujnowanej kotłowni, a pod murem mały trupek Ernesta, którego z dawien dawna nazywali Albinosem. Staremu Bierce długi czas potem nie chcieli miejsca pokazać, gdzie ciało leży; dopiero Mundek Buchacz przyniósł mu podartą, zakrwawioną koszulę i ukradkiem rzucił pod drzwi. Mordchaj Sukiennik oczyścił cholewy butów i poszedł do Bierki, który leżał po tyfusie. Posiedział przy chorym w milczeniu, a potem powiedział tak:
-Idąc po śladach można dotrzeć do zasypanej studni. Tylko że nie wiadomo, kto w niej stada poi i kto ukaże zasłoniętą twarz. Człowieku, nic ci więcej powiedzieć nie mogę. Et!
Bierka patrzył przed siebie pustym, obojętnym spojrzeniem charłaka, który niechętnie przeżył śmierć bliskich. Zanim wyzdrowiał i trafił na pusty placyk, ciało już pochowano. Na Krochmalnej podniósł się szum, gwałt. Święta ziemia nosi jeszcze na sobie te wyrodne szczenięta. Elijahu i Dawid zostali ze swą dziecinną dolą, z resztą złomu zawiniętego w gałgan i w jakiś czas później znalazł się kupiec za Żelazną Bramą, skwapliwy i lojalny, który ich wybawił z kłopotu. Elijahu podzielił mues, sześć twardych zatrzymał sobie, dziesięć motyli podrzucił ojcu Ernesta. Wtedy w kamienicy podniósł się znów krzyk. O wa, złoty interes. A kobiety, które chodziły do roboty w warsztatach Brauera, pytlowały jak najęte na prawo i lewo, że Elijahu i Dawid łomem zatłukli małego Bierkę, a ciało wrzucili do dołu z niegaszonym wapnem, żeby wszelki ślad po nim zaginął. Kto zamordował Ernesta? Kto zamordował Albinosa? Niech zapytają Fajnera, to im powie. Ale nikt o nic nie pytał Fajnera; i tak właśnie zakończył się złoty interes, za który im wszyscy nadmuchali pająków do ucha. (s. 301)
F, III A
Rankiem, drugiego dnia akcji, na podwórze wbiegł żandarm w długim szynelu i ocierając z twarzy pot zawołał o wodę. Na wszystkich padł blady strach. Kręcił się jakoś bezradnie na środku, spoglądał w okna, a hełm przeszkadzał mu zadrzeć głowę do góry. Ukradkiem, w zupełnej ciszy przyglądali mu się zza szyb. Na parterze Chaskiel-stróż uchylił firaneczki i czekał, ale żandarm nie wvwołał go na dwór i dalej rozglądał się niepewnie po oficynach. Rywa złapała Chaskiela za pasek i ciągnęła w kąt stróżówki. W oknie nad bramą kupiec Mordarski poprawiał sennym, ostrożnym ruchem krawat. Sura-przekupka przylepiła kudłatą czarną głowę do ściany w sieni i wyglądała mrużąc lękliwie oczy. Na pierwszym piętrze przywarła do brudnej szyby twarz Nataniela, biała i cicha; za nim stała Estusia położywszy mu dłoń na ramieniu. Na czwartym piętrze pod dachem kuśnierz Papierny siedział w fotelu, z laską, ubrany po raz pierwszy od wielu lat, umyty, w czarnym garniturze. Buba przysunęła fotel do okna i niechlujna broda starego trzęsła się nad parapetem, wychylał z uwagą i ciekawie, kiedy żandarm pokazywał plecy.
Elijahu wbiegł raptem z ulicy, zatupotał drewniakami, na chwilę pokazał się w bramie i przepadł.
A zaniepokojony żandarm odwrócił się szybko; tam już nikogo nie było. Regina zdążyła zatrzasnąć drzwi suteryny, w tym czasie Jankiel stał bez ruchu, nie odrywając ręki od żelazka; zwilżone sukno parowało z sykiem, coś tam się tliło i czuć było dym. Niemiec skurczył się i zwrócił broń w kierunku zburzonej oficyny. Ktoś pokazał w otwartym oknie namydloną twarz, gwizdnął i cofnął się z powrotem, a wtedy Niemiec krzyknął niewyraźnie i zaczął strzelać na oślep. Szyby leciały, uczynił się zgiełk, odłamki szkła pryskały wokół żandarma, trzaskały pod jego butami, odskakiwały od hełmu […]
Niemiec postrzelał sobie i cofając się tyłem zniknął w bramie tak samo nagle, jak się zjawił. (s. 302-303)
F, III A
Ojciec przeczytał afisz, wziął narzędzia do worka i pobiegł uginając się pod ciężarem szukać pracy u „małego” Toebbensa, na Prostej, gdzie wujek Gedali był już od jakiegoś czasu zatrudniony. Matka wołała za nim przez okno; niech szybko wraca, bo lada godzina wygarną ludzi na plac. Jak się spóźni, to moż ich szukać, ale w Trawnikach! Szafa była odsunięta od ściany, na wszelki wypadek. Już przedtem ruszyli z miejsca stary mebel, kurz bił pod sufit, a matka stękając i kaszląc wchodziła do płytkiej niszy w ścianie, aby przekonać się zawczasu, czy miejsca starczy; kryjówka, gdzie mogła stać przez godzinę z twarzą obróconą bokiem i sztywno opuszczonymi ramionami, była gotowa. Czy jej nie widać? Głos za szafą rozlegał się głucho i obco. A ojciec przykładał skroń do ściany, patrzył w szparę i mówił, że nie widać. Na nosie i brwiach wisiała pajęczyna, którą zgarnął nie ogolonym policzkiem. Dawid tam nie wchodził; ktoś przecież będzie musiał przysunąć i odsunąć szafę od ściany. Nosił w kieszeni klucz do piwnicy, a piwnica ta łączyła się z innymi, które zasypane były gruzem pod rumowiskiem zburzonej oficyny. A jak Niemcy tam zajrzą? Mordchaj Sukiennik wyrył zapasowy tunel, którego wylot dobrze ukryty był w szopie, dalej zasypane lochy łączyły się z rozległym magazynem mydlarni w sąsiednim domu, a podobno dotrzeć można było tędy starym podziemnym przejściem aż do Hal. Tak mówi! Chaskiel-stróż, a on żył na Krochmalnej trzydzieści łat i znał tutaj wszystkie zakamarki jak własną kieszeń. Taki los, Żydzi pójdą za szczurami i chyłkiem przemykać się będą po piwnicach i norach, zejdą pod ziemię i ukryją się, by żyć. Kto im pozwoli żyć? Prędzej czy później zostaną wytępieni. Szczurom jest lepiej, bo nikt jeszcze nie ogłosił Rattenrein. Mówiąc to Chaskiel śmiał się okropnie, a łzy pokazywały się w jego bezrzęsych czerwonych oczach i ściekały po śmiejącej się, wykrzywionej twarzy. Strasznie było słuchać tego śmiechu, patrzeć w te oczy. Ojciec powiedział, żeby Dawid schował się w piwnicy i siedział cicho jak mysz, a po czystce wrócił szybko na górę i odsunął szafę, bo matka udusi się albo zemdleje. Uparła się i nie chciała schodzić na dól, ponieważ ktoś musi przecież pilnować mieszkania! Tę skrytkę za szafą wymyśliła dla siebie sama. (s. 304)
F, III A
Dwie budy stały już na ulicy przed domem, Niemcy biegali po schodach, a Chaskiel-stróż bił młotkiem w szynę. Szyna wisiała kolo trzepaka na wypadek pożaru, obok na długim łańcuchu wisiał też młotek. Dawniej, kiedy trwał nalot, najpierw rozlegały się syreny w browarze u Haberbuscha, potem Chaskiel stukał w szynę i ludzie schodzili do schronu, to znaczy do piwnicy i siedzieli tam po ciemku, póki alarmu nie odwołano; a dzisiaj żandarmi kazali stróżowi chwycić młotek i stukaniem wypędzić wszystkich z mieszkań. Chaskiel stukał w szynę, a oni zdążyli w tym czasie załadować dwie budy. Rodzinę stróża zostawili w spokoju, na drugie podwórko w ogóle nie weszli, ruin nie przeszukali. Brali okup, od kogo się dało, a kto nie miał pieniędzy, wychodzi! z tobołkiem przed bramę. Na miejscu wykończona została cała rodzina kupca Mordarskiego, żona, szwagier i syn. Surę-przekupkę postrzelili w jej własnym mieszkaniu, bo schowała się do pustej skrzyni, i jak otworzyli tę skrzynię, sterczał stamtąd goły łokieć i usmolona węglem łydka. Wystraszona kucnęła na dnie chowając głowę w spódnicy. Niemiec strzelił do środka i zatrzasnął wieko, a jej buchnął w nos miał. Ale żyła. Żyła i w jakiś czas później, kiedy odnalazła ją w tej skrzyni Buba, słabą jak dziecko, o uczernionej węglem twarzy. Bez opatrunku, z zakrwawioną kiecką ukryła się na strychu i tam stękała jeszcze dwa dni, wołając o wodę. Okazało się, że ma tylko postrzelone udo. Nocami nosili jej ukradkiem jeść, obrzęk tymczasem wędrował wyżej, a kiedy spuchło biodro i brzuch, Sura pokusztykała na dół; chciała się dostać do transportu, ale nie zaszła daleko i żandarm dobił ją za rogiem. Elijahu poznał zwłoki po granatowej, spuchniętej nodze. (s. 307-308)
F, III A
Minął trzeci dzień akcji i Chaskiel w sobotę dalej stukał młotkiem w szynę, stojąc na podwórzu z bagażem i z rodziną. Policja w pośpiechu przebiegała ciemne sienie, strzelając w głąb strychów, do mijanych drzwi mieszkań, gdziekolwiek rozległ się szmer. Tego dnia spędzili z ulicy schwytanych mężczyzn, a ci długo dźwigali sprzęty na dół i oknem wyrzucali meble i toboły pościeli, aby ludzie nie mieli już gdzie się skryć ani na czym spać nocą, kiedy wypełzną z kryjówek. A żandarm Krwaworączka wracając z obchodu wymijał teraz na środku podwórza meble, kaleką szafę z rozrzuconymi szeroko odrzwiami, zapluskwione łóżka i materace ciśnięte na stos, piramidę krzeseł, stoły przewrócone bezradnie do góry nogami, komodę i pogubione szuflady, z których wysypała się zawartość, papiery i dokumenty, modlitewniki, jakieś podeptane gałgany plączące się pod nogami-i zatrzymując się na widok swego odbicia w mijanych lustrach przeciągał ręką po ogolonym gładko policzku i ostrożnie poprawiał czapkę. (s. 308-309)
F, III A
Czwartego dnia akcji rozległ się rano huk, to jakiś żandarm idący ulicą wysadził granatem zamkniętą bramę w sąsiedztwie. Wkrótce zjawił się patrol żandarmów z Wściekłym Psem, który służył im za tłumacza. Ukryci słuchali, co policjant krzyczy. Wściekły Pies był pijany i groził, że jak Żydzi po dobremu nie wyjdą sami, to on wyciągnie ich za brody z kątów! Brać bachory i wychodzić! Postrzelali na postrach w okna, pokrzyczeli, poszli. Każdy w ukryciu czekał, co będzie dalej. Cichaczem wymykali się z kryjówek i naprędce gotowali coś do zjedzenia. Z ulicy wbiegli jacyś przechodnie, których trudno było poznać; z Nataniela policjanci zdjęli bury, płaszcz i marynarkę, a ruda Estusia szła w męskiej koszuli. Wołali, żeby zrzucić im kołdrę. Wieczór minął spokojnie; szaulisi rozstawieni na balkonach za murem otworzyli ze wszystkich stron ogień, opróżnili magazynki i pozbywszy się amunicji odeszli do koszar. Na podwórze już nie zaglądał żaden hycel. Deszczyk lipcowy pokropił pościel wyrzuconą na bruk i słońce zachodziło w ruinach. Kto mógł, ten wracał do siebie, kładł się w ubraniu przy otwartych na oścież drzwiach, nie zapalając światła, i zachowując grobową ciszę w splądrowanym mieszkaniu drzemał. O północy wbiegła do kamienicy gromada obcych i rozproszyła się na schodach szukając schronienia. Uciekinierzy mówili, że puszczono ich z kolumny po drodze na Stawki; całą noc mieli zamiar pilnować ich konwojenci, ale machnęli ręką i odmaszerowali. Pada, plac przeładunkowy zapchany okropnie, dzisiaj transportów więcej nie będzie, a ostatni skład odjechał wieczorem. Wydawało się, że są zawiedzeni zwłoką w podróży. Tymczasem nie mogli się dostać do domów, bo patrole krążą ulicami i strzelają do przechodniów. Jutro stawią się na miejscu, pójdą sami na Stawki i odjadą. Tak czy owak, nie ma co tutaj robić; ewakuacja uratuje ich przynajmniej od śmierci głodowej, a może dostaną pracę. Pchali się do kranów i pili wodę. Po całym dniu włóczęgi byli spragnieni. Z dumą pokazywali bagaże, nic im nie odebrano. Bagaż można ze sobą zabrać, o ile waga jest przepisowa. Jedni mówili, że wolno brać jedenaście kilo, inni, że trzy. Byli tacy, co mówili, że dwadzieścia kilo. Niektórzy nie mieli z sobą nic. Po co? (s. 309)
F, III A
Weszli żółci OD-mani na podwórze całą zgrają i z nimi rodzina Kalmana Drabika pod konwojem udała się do dużego getta do krewnych, a sam Kalman został tymczasem na starych śmieciach, pilnować tego, co zostało. Żółci byli grubo opłaceni i przez następny tydzień pomogli mu część majątku transportować do dzielnicy nie objętej jeszcze czystką; wszystko było zawczasu ustalone, a rzeźnik nie miał zamiaru opuszczać kamienicy do ostatka. Wiadomo, pieniądz wszystko może. Może czy nie może, ale Kalman Drabik był spokojny o siebie. (s. 311)
F, III A
Budy stały na ulicy i zaganiano do nich starych, niedołężnych, dzieciarnię, a ci, co szli bez oporu, ustawieni w kolumnie czekali cierpliwie na otwarcie przejazdu, zapełniając zbitym tłumem cały ten odcinek od wylotu Krochmalnej do Chłodnej. Krwaworączka z Wściekłym Psem i paru żółtych OD-manów wbiegło na podwórze w poszukiwaniu uciekinierów; Hrabia Grandi był wśród nich. Najpierw obeszli wszystkie piętra i chcąc wypłoszyć ludzi z kryjówek, zaglądali w każdy kąt strzelając na oślep. Szyby brzęczały, trzaskały pod naporem podkutych butów zamknięte drzwi. Już wcześniej, przed południem zniosła Buba z pomocą Mordchaja wielki fotel po schodach, a teraz ten fotel stal na podwórzu i kuśnierz Papierny zapadł się w nim sztywno, mijany przez odchodzących. Broda trzęsła mu się bezustannym starczym drżeniem, siwy zarost okrywał wiotkie policzki zryte dwiema długimi bruzdami. Za nim Stała Buba na mocno rozstawionych nogach i jej czarne, grube brwi rzucały mroczny cień na wielkie oczy. Nad czołem sterczał wysoki fiok, szerokie nozdrza gwaltownie chwytały oddech. Obiema rękami trzymała fotel i dwóch hyclów musiało do krwi tłuc te ręce, zanim puściły oparcie. Czepiała się munduru jeszcze w bramie, krzycząc coś w twarz żandarmowi, spocona, w podartym swetrze. Juda Papierny ze swojego miejsca patrzył na to w milczeniu. Jak sąsiadów pędzono z kamienicy kopniakiem, jak sami potulnie szli i całymi rodzinami dołączali do kolumny. Żegnał ich lekkim skinieniem, bezustannym drżeniem głowy. Gdzieś za bramą, na ulicy rozległo się wołanie Buby i Papiernyy opuścił nisko czoło. Podwórze było już puste, ludzie przeszli. Ci, którzy nie stawili oporu, tłumnymi szeregami maszerowali na Stawki, inni w kryjówkach wstrzymywali oddech, policjanci myszkowali po piętrach i tłukli ostatnie szyby, a Krwaworączka pruł z automatu do mebli, z wrzaskiem otwierał szafy i strzałami wymiatał kurz spod łóżek, zachęcając ukrytych do wyjścia. Nikt jakoś nie wychodził i policja bez zapału grzebała wśród porzuconych rzeczy; ludzie w skrytkach słyszeli kroki, rumor, a w oknie Mordarskiego ukazał się Wściekły Pies i sapiąc przerzucał przez parapet ciężkie toboły, które z donośnym pacnięciem leciały na asfalt przed oknami stróżówki. Nagle wbiegł przechodzień z ulicy pytając, czy Niemcy już poszli, nieprzytomny ze strachu. Paroma skokami dopadł sieni i tutaj w wejściu dosięgnął go strzał Krwaworączki, który wysunął lufę przez okno i z uwagą popatrzył na leżącego, zanim poprawił krótką serią, przechylony za parapet i dobrze widoczny z dołu. Kiedy policjanci zgromadzili się na podwórzu, ujrzeli kuśnierza. Kolana okryte miał szarym kocem i kule wsparte o poręcz. Hrabia Grandi bezradnie jakoś zasłonił sobą fotel i spojrzał na żandarma. Krwaworączka zdjął hełm, przygładził włosy. Wściekły Pies z szerokim uśmiechem powiedział mu coś szeptem do ucha.
-Ach so.
I Krwaworączka podał broń żółtemu. Hrabia Grandi stał przed Niemcem, a pomiędzy nimi był tylko automat i kołyszący się rzemienny pas. Krwaworączka zachęcającym ruchem odsunął broń jeszcze dalej od siebie, a on zgarbił się i zmalał. Zdawało się, że upadnie, kiedy żandarm klepał go po ramieniu
i mówił pogardliwie rozciągając słowa:
-Du Lumpenhund. Vater? Das macht nichts. Ein Schuss, ein Mensch. .. es ist aus mit ihm.
Hrabia Grandi patrzył w zaciśnięte oczy Niemca, potem przeniósł spojrzenie na fotel, w którym sztywno siedział stary Papierny i lekkim skinieniem zachęcał go do wzięcia broni. A może głowa mu się tak trzęsła bezustannym starczym drżeniem.
-Loniek, rób, co ten pies każe. Długo mam tutaj siedzieć i czekać? Już mnie łamie w kolanach.
Krwaworączka zniechęcony władował serię żółtemu, a Hrabia Grandi zgiął się i ciągle stojąc o własnych siłach, zgubił czapkę. Zgięty upadł. Juda Papiemy odchylił głowę i sapnąwszy przez nos, oparł mocno ręce na oparciu.
-Moja krew-powiedział Papierny, a Hrabia Grandi leżał przed nim drapiąc palcami ziemię.
Były to jego ostatnie słowa. Wściekły Pies wziął broń do ręki i opróżnił magazynek; zostawili kuśnierza na środku podwórza i spuchnięty trup tkwił w tym fotelu jeszcze po tygodniu. (s. 311-312)
F, III A
Klucz, który Mordchaj rzucił w gruzy tego dnia, podniósł Elijahu i za nim schroniło się do szopy kilkunastu ludzi, którzy w zamęcie uciekli na drugie podwórze. Wracał ten i ów z ulicy, a Kalman Drabik stał ze szpadlem w ręku przy drzwiach i nie wpuszczał żółtych. Drapało w gardle od kurzu i suche źdźbła siana latały w powietrzu, kiedy bezładnie obszukiwali kąty. Przez szpary w deskach wciskały się prążki słońca i ciemność była pręgowana na czarno i żółto, a Żydzi, jak okryci jednym tałesem, siedzieli przytuleni do siebie. Jakaś kobieta, która uciekła z ulicy, wtykała smoczek dziecku. Ono ten smoczek wypluwało, a matka wtykała z powrotem. Słychać było kroki policji, nawoływania, strzały, a Kalman Drabik wyglądał przez szparę na podwórze […]. W tym czasie wrócił Mordarski bez jednego buta. W bucie miał trochę pieniędzy, więc musiał go zdjąć na Chłodnej. Widział, jak stróża zabrali, sam dał w łapę granatowemu i uciekł, a teraz nowinę powtórzył Awrumowi. Awrum nie wierzył. Chaskiel wszystkie przejścia zna jak własną kieszeń, stąd do samych Hal.
Do Hal? Kalman Drabik już nie puścił z rąk Awruma, póki wszystkiego nie powiedział. Tak, jest ukryte przejście do Hal, stare, znane stróżowi sprzed wojny. Awrum narysował na kawałku papieru całą drogę i z tym papierkiem i ze świeczką Kalman Drabik zniknął na podwórzu. Była już noc. Kazał im czekać, aż wróci. A Awrum pokręcił się, wrócił do stróżówki, zmienił brudną koszulę i zabrawszy coś do jedzenia poszedł do Rywy, która czekała z małą Rojzele na strychu bez kropli wody. Rano, kiedy wyjrzeli przez szparę między nieszczelnymi deskami szopy, cała trójka z ostatnim niedużym tobołkiem szła w kierunku bramy, Rywa, Awrum i Rojzele. Tymczasem Mordarski, ciągle w jednym bucie, kłócił się z Naumem. W którym miejscu? W którym miejscu furman kopal przełaz, o to mu chodziło. Przebudzili tych, co spali, i dopiero zaczęła się awantura. Kalman Drabik wrócił z lampą naftową, z blaszaną banieczką, z grubym wełnianym kocem. Wtedy Elijahu przełaz pokazał: trzeba było najpierw odsunąć wyrko Mordchaja Sukiennika i stos uprzęży. Niepozorne przejście wyryte było w gruzach zburzonej oficyny, aż do piwnic. Piwnice zachowały się i tam znaleźli dziury w murze prowadzące do sąsiedniego domu, dalej ciągnęły się obszerne składy mydlarni Lederów i stara Zełda postękuiąc rozstawiała niedopałki świec w załomach ścian. Wszędzie widzieli ślady przerwanej pracy, wiadra bez wody, materace butwiejące w wilgoci, puste bańki do nafty, porzucone narzędzia i wykute w połowie kanały wentylacyjne. W ten sposób znaleźli się w kryjówce o paru wyjściach; zburzona oficyna nie dawała dostępu do tych piwnic, a przełazy były nawet nieźle zamaskowane. Kalman Drabik patrzył dalej na swój papierek i opukiwał ścianę; nikt nie chciał z nim iść ciemnym lochem w podziemne ruiny starego browaru, pod zimnym i mokrym sklepieniem. Wrócili do szopy uspokojeni, a on pchał się dalej. (s. 313-314)
F, III A
Przybiegł Uri, zaczął szeptać z Naumem w kącie szopy i w pół godziny wszyscy już wiedzieli, że na Stawki poszła Ciepła, Ceglana, Krochmalna cała aż do muru i resztki niedobitków koczujących na Walicowie. Kto ma kartę meldunkową i świadectwo zatrudniema-nie podlega czystce. Rzemieślnicy chodzą do fabryk żebrać o robotę, płacą majstrom ogromne łapówki za numerek, przemykają się ulicami z narzędziami na plecach od warsztatu do warsztatu, idą do Brauera na Gęsią, do Schillinga na Nowolipki, do „dużego” Toebbensa na Leszno i do ,,małego” Toebbensa na Prostą, do fabryki szczotek na Wałową i do Transawii, gdzie kto ma znajomych. A oni siedzieli w tej szopie słuchając krzyków z ulicy. Od samego rana Niemcy musieli mieć pełne ręce roboty, taki był wrzask. (s. 315)
F, III A
Niektórzy wracali. Widocznie można było jeszcze uciec. Ścigani zapadali w ruinach, chyłkiem przemykali się do domów, biegli strzeżonymi ulicami i dobijali się do zamkniętych na głucho bram. Mordarski dał policjantowi w łapę pięć świnek. Mecenas Szwarc wykupił się za trzy tysiące i litr spirytusu. Mówił, że z hyclami można się jeszcze dogadać. Włóczył się potem od kryjówki do następnej kryjówki z malcem, wyrostkiem i kuferkiem wiklinowym, aż zawędrował na Krochmalną. Nie zabrał z sobą nic, nie zdążył-zmartwiony, opowiadał wszystkim, co w mieszkaniu u niego stoi; nieśmiało prosił Mordarskiego o pomoc. Mordarski po zastanowieniu zgodził się pójść do Szwarca i przynieść mu resztę cennych rzeczy w obstawie żółtych OD-manów, których dopuścił do interesu. Szwarc nie żałował niczego; mówił z oburzeniem o kupcu Lewinie, że Lewin poszedł na Umschlagplatz ze skąpstwa, bo nie chciał grosza dać policji.
-Po prostu przyszli coś zarobić. A wiedzieli, do kogo. Lewin wściekł się i powiedział, że ma ich wszystkich gdzieś. Wszystkich, granatowych, żółtych, zielonych i czarnych! Idzie na Stawki, byle nie oglądać dłużej takich zakazanych mord. Mogli z niego wydusić siłą. Ale po co? Tylu chętnych pcha się z forsą, jeszcze całuje policję w mankiet. (s. 315-316)
F, III A
We dnie schodzili w głąb do piwnic i drzemali pod rumowiskiem zburzonej oficyny, nocą snuli się w szopie, czuwając. Głosy z zewnątrz rozlegały się coraz rzadziej, ciszej, ale żandarmi nadal przetrząsali dom za domem i sień za sienią. Idąc cicho po schodach przystawali z bronią gotową do strzału i na każdy szmer za ścianą wszczynali ponownie poszukiwanie. Ich postaci zaczajone w półmroku strasznym lękiem napełniały serca ludzi w kryjówce; szeptem powtarzano sobie wieści o czarnych, o ich chciwości, o ich okrucieństwie, o ich podstępach, o ich psach. Zapuszczali się na strychy szukając ukrytych w zakamarkach dzieci, zniedołężniałych starców zarytych w pościeli wykańczali strzałem na barłogach, ściągając z nich brudne pierzyny. Pukali w mur. Oddzieleni ledwo ścianką, oddaleni o krok wstrzymywali oddech w zupełnej ciszy i w jakimś strasznym jasnowidzeniu krążyli koło ofiar przyciągani ich obecnością […]
Po wodę chodzili nocami. W ciemności daleko niosły się szepty, szmery, trzaski. O tej porze wśród ukrywających się panował ruch i ożywienie; jedni szukali bliskich, inni ukradkiem gotowali, szli do pustych mieszkań w poszukiwaniu prowiantu, odzieży i szmat. Trzeba było cicho minąć podwórze zastawione bezładnie meblami, zagłębić się w labirynt szaf, stołów, luster, w których odbijał się księżyc z nagła rzucając w oczy podstępne światło ścigające żywych-a oni w osłupieniu oglądali własne trupio blade twarze. Schody trzeszczały jak świeżo zbita, źle dopasowana trumna. Wiatr stukał otwartymi na oścież oknami, gdzieś trzasnęły drzwi i dom ożywał o tej nocnej porze od piwnic po strych. (s. 317-318)
F, III A
Gruz sunął z rumowiska zburzonej oficyny, trzeszczał pod czyimiś nogami, z szumem walił się na asfalt. Dotrwali tak do szarego świru. Kryjówka nadal była zamknięta i wrócili. Martwa, stojąca cisza panowała na podwórzu za dnia, a z ulicy nie zajrzał do tej pory żaden z przebiegających tędy strażników. Przejście piwnicami zawalone było blokiem cegieł stoczonym z rumowiska i podparte z drugiej strony; wołali na darmo. Zresztą nie podnosili głosu. Dawid z wysiłkiem próbował połączyć hałasy nocne z tym, co widział, z zawaloną skrytką, i coś mu przeszkadzało zrozumieć wszystko do końca-strach. Byli odcięci od kryjówki i wiedzieli, że nie będą tam wpuszczeni. A na ulicach wzmagał się szum, zgiełk tłumu. Kiedy wysunęli głowy z sieni, podwórze było jasno oświetlone słońcem, a na przewróconej szafie siedział granatowy policjant i liczył starannie pieniądze poruszając bez przerwy ustami. Ślinił palec, dalej liczył. W bramie żółty wyrywał komuś dziecko i dziecko płakało, żółty płakał, a Żyd, który szamotał się z nim, wypluł na ziemię krew i zęby. Cofnęli się do sieni, ale już było za póżno: z ulicy biegli hycle wrzeszcząc, ze schodów cicho wypadł na nich jeszcze jeden. Wyszli. Wszystko trwało jedną chwilę […]. (s. 319)
F, III A
-Draka, panowie! Krwaworączka prowadzi chałaciarzy z Ciepłej. Zaraz będzie uroczyste nabożeństwo.
-Który ich nakrył?
-Wściekły Pies! Urządzili sobie chałaciarze kryjówkę w bóżnicy u Icka. Dwa dni i dwie noce modlili się do upadłego.
– Oho, postój tu za mnie. Niech ja sobie raz w życiu popatrzę.
Pędzili ich Żelazną wzdłuż muru do wachy. Grupkami gromadzili się policjanci na trasie, wyciągali szyje, a jakiś żandarm stał z papierosem na balkonie i stamtąd oglądał procesję. Na przedzie reb Icchok, twarz podawszy do przodu, jakby nadsłuchiwał czegoś z trudem, szedł nie odrywając stóp od ziemi, cały w czerni. Miał na sobie sobotni chałat i miękkie kamasze. Szurał kamaszami, pociągał za sobą nogami. Usta poruszały się lekko i coś bezustannie szeptały. Słychać było śmiechy. Niemiec wyszedł z bramy, w dwóch palcach trzymając daleko od siebie, z obrzydzeniem, wielki tałes. Krzyknął i rzucił ten tałes starcowi w twarz. Reb Icchok chwycił szatę i szedł dalej, a szata wlokła się po ziemi. Później inny cisnął modlitewnik, który uderzył go w plecy i upadł.
-Halt!
Zatrzymali się i Krwaworączka szedł między nimi aż do miejsca, gdzie stanął reb Icchok; rozkazał mu podnieść modlitewnik i skinieniem nakłaniał do modlitwy. Krwaworączka miał szeroki uśmiech na ociekającej potem twarzy. Padła głośna komenda i reb Icchok ruszył przed siebie. Prawą dłonią przyciskał do serca Pismo, lewą zebrał obfite fałdy tałesu.
Za nim ciasno tłoczyli się starcy. Ich spojrzenia omijały rozkrzyczanych, roześmianych konwojentów. Pomykali chłopcy z rozwianymi pejsami, spiesząc za starymi. Trzech wyrostków szło podtrzymując się wzajemnie, głowa przy głowie w maleńkich czarnych jarmułkach. Ciągnęło rzemieślnicze bractwo z zaułków Wroniej, Pańskiej, Łuckiej i Śliskiej. Żydzi gromadzący się co sobota w bóżniczce reb Icchoka-garbarze, kuśnierze, cholewkarze, łaciarze, handlarze starzyzną, druciarze, blacharze, tragarze, furmani-spędzili ostatnie dni na modlitwie za ścianą zatrzaśniętej na głucho kryjówki, w żółtym blasku świec, a wypędzeni stamtąd tłumnie na ulice mrużyli oczy w słońcu lipcowego dnia, skupieni w trwożne stado, ogłuszeni krzykiem, hałaśliwym śmiechem żandarmów i policji zgromadzonej wzdłuż muru. Wyrwani z modlitwy, wygłodzeni postem, słaniali się na nogach. Już posterunki koło wachy z daleka wymachiwały karabinami, a starcy szli w zupełnym milczeniu. Szli jak duchy. Tłumek na Krochmalnej, otoczony konwojem, sięgał aż do skrzyżowania, ale ulica Żelazna, wąska, przedzielona murem w połowie, była tego popołudnia oczyszczona strzałami
Padła komenda:
-Do modlitwy!
Reb lcchok milczał. W szeregach wszczął się szmer, szepty. Popatrywali na siebie, na kapłana. A on szedł dalej nie zwalniając kroku, z modlitewnikiem sztywno wyciągniętym przed sobą. Poprawił tałes na ramionach, podciągnął wyżej, pochylił się do przodu, zgarbił i można było przypuszczać, że modli się w marszu […].
Reb Icchak w milczeniu uniósł rękę do gardła.
Frunęły czapki, kapelusze z głów. Umundurowani młodzieńcy reperowali broń, a stado czarnych jarmułek wzbiło się w powietrze. Jakiś Żyd upadł razem z czapką na ziemię; widocznie za mocno wcisnął ją sobie na uszy. Niemcy znów zarepetowali karabiny, cisza uczyniła się zupełna, a Żydzi stali z obnażonymi głowami, stłoczeni, bladzi.
Reb Icchak zaczął:
-Szema Isroel…
Prawą ręką przyciskał Pismo do piersi, lewą zbierał fałdy długiej szaty. Głosem donośnym i drżącym
wolał:
-Szema Isroel Adonai elohajni !
Starcy powtórzyli za nim:
-Szema…
Ochrypłe, rwące się głosy bezradnie obijały się o mur. Trwożnie rozciągnięte słowa modlitwy ginęły wśród posapywań […].
Nie wiadomo, kto oddał ten pierwszy strzał. Mówiono, że strażnik z wachy. Reb Icchak leżał pod murem, tałes obok, na tkaninie wystąpiła plama krwi. Krwaworączka obejrzał się i zawołał:
-Cała zabawa na nic!
Niemiec z wachy odkrzyknął raźno:
-Ej, ty tam! Skończ się bawić, zacznij pracować!
I to było sygnałem do ogólnej strzelaniny. Żandarmi nerwowo repetując karabiny gnali uciekających prosto na wachę, wydając gardłowe i dzikie, zduszone okrzyki.
Na tym niedużym odcinku, pomiędzy wylotem Krochmalnej i wylotem Chłodnej, tego popołudnia położyli trupem kilkudziesięciu ludzi.
Kiedy umilkły już strzały, spomiędzy leżących wygrzebał się starowina z drucianymi okularami na nosie i podreptał w głąb Krochmalnej nie zatrzymany przez nikogo. Tłum ustępował przed nim, a on przygiął się jeszcze niżej, połę chałata zarzucił na głowę i ukrył twarz. Żandarm odął usta, powoli odwrócił ku niemu karabin, przystawił lufę do chałata i oddał strzał. Jeden, a potem drugi. Spod chałata rozległo się stęknięcie i skurczony starzec upadł.
-Sprzątnąć!
Policja powtarzała rozkazy Niemców.
– Sprzątnąć Żelazną aż do wachy. Trupy na podwórze.
Wybuch granatu targnął powietrzem; to odmykano ostatnie zatrzaśnięte bramy. (s. 335-339)
F, III A
Patrol Krwaworączki wracał do zwykłych zajęć. Czarni, rozciągnięci niedbale za swoim szefem, przystawali, oglądali ciekawie zepchniętych pod ściany Żydów, jak z obawą przyciskają do piersi dokumenty. Znów ustawiono ich szeregami i powstało zamieszanie, ponieważ kilkunastu młodych mężczyzn, których konwojenci uważnie wybrali spośród innych chętnych i wyznaczyli do sprzątania zwłok, jakiś przechodzący tędy oficer puścił wolno. Ot tak, bez powodu.|
Przepadli w ruinach przechodniego domu, który łączył Krochmalną z ruderami na Walicowie. (s. 339)
F, III A
Mieszkanie przedstawiało żałosny widok i Dawid oślepiony zmrużył oczy. Szyb, okien nie było, drzwi leżały sobie w sieni i deszczyk, który mżył w ciągu popołudnia, obmył niebo aż do białości. Otwarta na oścież, spustoszona nora pełna była zepchniętych na środek sprzętów, rozwleczonych gałganów, zasiana drzazgami szkła, które skrzyło się w słońcu. Żandarmi i policja musieli gospodarować tu dłużej, bo w paru miejscach deski oderwane były od podłogi, a obok leżał porzucony, złamany bagnet. Na chybił-trafił wykuto łomem jamy w ścianie, przebito naprędce kanały do komina, skąd runął stos sadzy. Czego tutaj mogli szukać? Dawid poczuł chłód na karku i wstrząsnął nim krótki dreszcz. Oślepiający blask leżał na ruinie. Wybuch granatu obnażył żelazne belki stropu, z którego prószył tynk i zasypywał wszystko dokoła. Wisiały wyprute z muru kable, rury, kołysały się zwoje przewodów w powietrzu. Lipcowy dzień zmierzchał i zachodzące słońce osuwało się gdzieś tam, nad dachami Woli. (s. 341)
F, III A
Wrzask policjanta z ulicy przeleciał na wylot otwartą ruinę. Konwojenci chwytali w zaułkach uciekinierów i formowali ostatnie grupy do marszu na Stawki, a ojciec powtarzał cicho, jakby nikogo tutaj przy nim nie było. (s. 341)
F, III A
Cały dzień leżeli na strychu pod dachem i rozgrzana słońcem blacha z daleka parzyła skórę. Każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku; spędzili czas do wieczora podrzemując w zupełnej ciszy, nie ruszając się stamtąd w obawie przed patrolami. Na podstryszu były wąskie szczeliny-okienka i one dostarczały odrobiny chłodnego powietrza. Dawid ściągnął sweter, koszulę i palcami zbierał pot. Na ścianie, wyryte gwoździem, czytał następujące słowa: “Ester i Nar 26 lipca 1942.” A więc byli tu jeszcze przed trzema dniami? Na sznurach wisiały prześcieradła, bielizna, sucha już i zakurzona. W kącie znalazł worek Chaskiela Ajzena i wśród odzieży trochę żywności. Najgorzej było z wodą; wuj Gedali czołgał się długo, zanim wypatrzył prześwit w dachu i podstawiony kawał urwanej rynny. Znalazła się tam odrobina ciepłej i mętnej cieczy, z widokiem białej chmurki na niebie, którą chłeptali po kolei tak długo, aż rynna opróżniła się do dna i wyschła. Błądzili potem przełazami, otworami wybitymi w ścianach, które łączyły podstrysze wokół całej kamienicy, i nie znaleźli więcej wody. Aby zsunąć się po schodach i wedrzeć do kryjówki, musieli czekać zmierzchu. Ale ktoś im przeszkodził.
Nocą usłyszeli biegnącego uliczką człowieka, który wyrwał się z kotła na Żelaznej. Kołował i zwlekał. Stanął, pobiegł z powrotem do bramy; z rozpędu runął na stos zwalonych pośrodku rupieci. Wstał, patrzył w puste okna i dyszał.
Szedł potem po wszystkich klatkach schodowych z wołaniem i wewnątrz spustoszonej kamienicy drżący w kryjówkach Żydzi słyszeli wyraźnie, słowo po słowie, jego straszny krzyk.
-Żydzi, słuchajcie mnie, Żydzi! Jestem z Lachwi, ulica Klonowa dwanaście… Nie dajcie się usypiać Niemcom, oni gotują wam śmierć. Nie idźcie potulnie na kaźń! Wszystko, co wam mówia to kłamstwo. Prawda jest inna i prawda jest straszna. Żydzi, ja wam mówię całą prawdę. Uciekłem z Lachwi, aby powiedzieć wam prawdę! Tam, na prowincji już się zaczęło. A teraz zabierają się do was. Gdzie Kobryń? Gdzie Stolpce? Gdzie Szerokie? Gdzie Kleck? Nie ma… nie ma żywej duszy, wszystkich uprowadzili na rzeź!
Wydzierał z siebie schrypłe, zziajane słowa i słowa te buchały jak krew.
-O, Żydzi, bracia moi, puste są wszystkie mieściny, gdzie bilo żydowskie serce. Nie ma nadziei, nie ma ocalenia. Ostatnia godzina wybiła. Chwytajcie za broń … Za broń! Już pora, już czas. Lepiej ginąć z nożem w ręku, z siekierą, niż tam…
Szedł jak upiór, wrzeszczący upiór, po wszystkich piętrach i sieniach, póki nie nadbiegła straż.
– Bracia! Pędzą do rowów nago i strzelają w plecy. Zasypują doły, a krew płynie po polu. Jak rzadkie błoto. Krew występuje na tych mogiłach. Ziemia rusza się na tych mogiłach. Ranni duszą się jak bydlęta w tych mogiłach. Żydówki i Żydzięta zasypują żywcem… Oni mają taki dym. Oni mają taki ogień. Duszą i palą. Stawiają wielkie piece. Żydami palą w tych piecach. Pod niebo bije dym, wszędzie widać ten dym… Lo-jamisz ammud heonon jomam weammud haesz lojla lifnej haom. Żydzi, pamiętajcie!
Patrol żandarmerii i tłum granatowych biegł, a światła latarek kołysały się, myszkowały po ścianach, oknach i bruku. Klęli […].
Stał przeszyty smugami świateł i krzyczał. Nie krył się, nie uciekał. Dopadli go wreszcie, zaciągnęli w kąt podwórza i wśród przekleństw zatłamsili pod śmietnikiem, bez jednego strzału; jeszcze długo płaski, zakrzepły we krwi, mały kłębek szmat leżał tam na betonie. (s. 348-350)
F, III A
Niemcy zostawili szaulisa i duży zapas amunicji. Nie można było oka zmrużyć; strzelał do okien tłukąc ostatnie szyby. Do środka nie wchodził-na każdy szmer odwracał się, wołał coś niewyraźnie w mrok, aby dodać sobie otuchy, i pruł z automatu świetlnymi kulami. Czego się bał? Do rana trzymał w bramie straż. A oni musieli pozostać na miejscu jeszcze noc i dzień żywiąc się chlebem z worka Ajzena, którego już nie było między nimi. (s. 350)
F, III A
Koło południa zwinięto posterunki, ruch ustał. Na zaśmieconej ulicy zatrzymali się ostatni żandarmi; któryś z nich zdjął hełm, otarł pot z czoła i rozglądał się w roztargnieniu po cichym, pustym zaułku. Głosy pędzonych docierały ledwo-ledwo, gdzieś z Leszna. Po przejściu ludzi ciasna uliczka zasiana była porzuconymi w drodze bagażami. Żandarm obejrzał się ukradkiem. Obracał podniesiony z ziemi ręcznik.
-Śmieszne, co? O czym to ludzie myślą, kiedy idą na śmierć. A obeszło się bez jednego strzału.
-Tak, tak, za dwie godziny ta cała hałastra-śmiał się inny żandarm-pojedzie… na Madagaskar!
– I po krzyku.
Klepał kolbę karabinu, oglądał się za siebie. Widać ich było przez całe popołudnie, póki nie nadciągnęła pod eskortą grupa tragarzy. W milczeniu, postukując drewniakami toczyli przed sobą wózki na pościel. (s. 351)
F, III A
Raz dziennie, pod strażą zjawiał się na podwórkach Nahum Szafran. Obiegał uliczki i wołał ukrytych. Wracał z Niemcami, a kiedy kończyli swój obchód, jeden z nich wpychał go do wartowni na Prostej przed warsztatami i patrol szedł do kantyny; na noc znów zabierali go ze sobą na posterunek. Nahuma karmili w kuchni Toebbensa, gdzie mógł mówić z wujem Gedalim. Możliwe, że grypsy kazali mu rzucać Niemcy; w takim razie Gedali został zatrzymany i do tej pory nie wyciągnęli z niego, po co kręcił się w tej okolicy i którędy wylazł z kryjówki. Niemcy węszyli i w każdej chwili mogli ich tutaj nakryć. Czas mijał, a Nahum nie sprowadził im nikogo na kark. Uri mówił, że można na nim polegać; Kalman mówił, że już na nikim nie można polegać. Co dzień, w południe rozlegał się krzyk Nahuma na ulicy, a potem żandarm wlókł go na podwórze, do sieni i wszędzie. Wlókł, jak opornego psa.
-Kto wyjdzie, ten ocali głowę! (s. 357)
F, III A
Niemcy węszą, swoją drogą. Ale grypsy rzuca Nahum poza plecami strażników. Gedali trafił bez przeszkód do warsztatów i tam go przyjęli z powrotem. Stąd nie grozi im nic. Tak czy owak, nie będą tkwić w tej norze przez wieczność. Uri musi dostać się na tamtą stronę i nawiązać łączność z Felkiem Piorunem, a razem z nim pójdzie za mur Jehuda. Stamtąd będzie miał okazję wrócić z Transawią do dużego getta. Ulice w dużym getcie nie będą tak prędko judenrein, zanim to nastąpi, może upłynąć parę miesięcy, zima, a w tym czasie Jehuda zdoła przygotować dla nich grunt. Bo robota w warsztatach na Prostej urwie się prędzej czy póżniej i Gedali, gdyby przepadł w selekcji, też musi wiedzieć, że po drodze na Stawki ma dokąd uciekać. (s. 360)
F, III A
Minął następny dzień, wieczorem z Zełdą było już marnie i myśleli, że skona. Majaczyła, traciła przytomność, ale nie skonała tak lekko. Puchła dalej, od nóg. I żyła, kiedy nikogo tam już z nich nie było. Szabrownicy z wozami i więźniowie z Prostej, którzy szli na miasto do pracy pod strażą, widzieli jeszcze długo, jak snuła się gruzami. Obojętna, w łachmanach, chodziła po wodę za dnia. Zostawiła po sobie wydeptaną przez ruiny ścieżkę, którą Niemcy oglądali. Podobno Krwaworączka zwlekał, nie chciał jej zastrzelić i dopiero przed zimą kazał nad Zełdą zasypać loch. (s. 360)
F, III A
U zbiegu Ceglanej i Żelaznej, trochę dalej, nie dochodząc Prostej, straszyła ruina bramy, zachowanej w połowie i zarośniętej źdźbłami trawy, pokrzywą, ostem wczepionym w szczeliny gruzu, a dalej rozciągał się pusty placyk na miejscu wyburzonej posesji i usuniętej stąd garbarni, gdzie latem swe kramy otwierali cholewkarze i łaciarze i gdzie dawniej schodzili się przemytnicy z obu stron muru. W cieniu bramy, porzucony wśród butwiejących straganów, stał wózek-zwyczajna platforemka dwukołowa, z dyszlem i łańcuchem. O szarówce podtaczano platforemkę do muru i po niej wspinano się na wierzch; tędy wracali do siebie szmuglerzy ze spółki Felka Pioruna jeszcze zimą ubiegłego roku. Odkąd Niemcy rozbudowali warsztaty na Prostej, placyk po wyburzonej posesji, łączący się z terenami Toebbensa, był silnie strzeżony i handel ustał, a próchniejące stragany zepchnięto na stos koło ruin, gdzie niszczały. Przedtem po przejściu każdego wózek usuwano spod muru na miejsce i dla niepoznaki odwracano do góry kołami. Kiedy nie ma komu zacierać śladów, taki przełaz może służyć tylko raz. A że Kalman tamtędy nie przeszedł, tylko cofnął się do przełazu u wylotu Grzybowskiej, myślano w kryjówce, że Niemcy sami wpadli na trop i wózek usunęli lub zniszczyli. Było jeszcze inaczej. Mordarski, który włóczył się tam nocami, słyszał od łazika na Ceglanej, że do tej pory nikt nie ruszył wózka z miejsca, a ci dwaj z Krochmalnej-poznali w nich Kalmana i Jehudę-zmuszeni byli się cofnąć, ponieważ patrol czarnych wcześniej zdemaskował przełaz po czyjejś nieudanej ucieczce. Krwaworączka wózka nie pozwolił ruszyć: posterunek w ruinach koło nowej pułapki czuwał dniem i nocą. (s. 366-367)
F, III A–III B
Kryjówka pustoszała; z legowisk po Urim, Kalmanie, Jehudzie, Mordarskim ściągnęli koce i sami się nimi okrywali, drzemiąc, znękani chłodem jesiennym i ciem ością. Woda sączyła się z murów lochu, zatapiała barłogi. Zegarek Nauma stanął, a Szwarc przekręcił sprężynę; nie mierzyli czasu, a dzień i noc pochłonęła ciemność. Nahum Szafran przestał wołać ukrytych. Znaczyło to, że Niemcy musieli go wykończyć. Głosy furmanów, ładujących meble na fury, i kroki więźniów, porządkujących ulice i podwórza, docierały coraz bliżej. Przestali czekać na Felka Pioruna i zawiodły rachuby, że Żeleźniak trafi na ich ślad w ruinach, zwabiony schowkiem pełnym skór. A Uri nie dawał ciągle znaku życia. Coraz trudniej przychodziło zaopatrzyć się w żywność; pamiętali o tym więźniowie z Prostej, u brzegu ruin kładąc szmaciane zawiniątka z chlebem. Stara Zelda nie zauważyła nawet braku Zygi. Snuła się po lochu szurając miękkimi kapciami; wolno posuwała się na spuchniętych nogach i rozkładała w załomach ścian małe niedopałki świec, które wyciągała z jakichś jej tylko znanych zapasów. Obrzmiała, wielka twarz Zeldy była już zgniłozielona. (s. 369)
F, III–IV
Nie chciał jeść, nie mógł mówić. Otworzył usta i wdychał powietrze cichego wieczoru, a wraz z napływającym swobodnie do płuc tlenem czuł, jak wchłania w siebie już na zawsze obraz tego, co miał przed oczami: uliczkę pełną kocich łbów, oszpecony dom powiewający łachmanem sczerniałej firanki, latarnię skręconą i żałośnie przegiętą ku ziemi, jak omdlały pod ciężarem pnącz, ruinę wyniesioną wysoko swym bezkształtem w granatową pustkę-i z każdym oddechem widok ten był bardziej wyraźny i ostry, a ruch, ciągły ruch własnego ciała i kołysanie, ciągłe kołysanie pleców, ramion, głów idących przed nim, wprawiło go w stan jakiejś niezaznanej dotychczas lekkości i przepełniło mu serce rozrzewnieniem, zawstydzającym smutkiem, zachwytem. Kiedy minęli druty, człowiek zdjęty ze słupka już konał. Wyciągnięte ramiona niewiarygodnie daleko leżały za tułowiem, obok rozbita cegła i krew na papierze. Zepchnięty był w błoto i okryty podartym workiem po cemencie, a wartownik ocierając ręce o spodnie krzyknął w stronę kolumny, aby Werkmeister wyznaczył zaraz jednego, który go stąd sprzątnie, ale szybko! Tam, na ulicy Prostej, był właśnie „mały” Toebbens i tam przepracowali jeszcze parę miesięcy, oczekując komendy do wymarszu na Stawki. Każdy miał numerek, łatę z przodu i łatę z tyłu. Gwiazda na plecach i piersiach, maźnięta grubo olejną farbą, przeciekła przez ubranie, lgnęła do skóry i swędzące, zaognione plamy dokuczały długo. Myślał, że farba, nie wyschnie nigdy, wyschła, a znaki nadal piekły żywe ciało. Tam mówiono, że kryjówka na Krochmalnej ciągle jeszcze służy innym; ktoś widział na starych śmieciach skrzypka Nataniela, ktoś widział, jak kręci się w ruinach Uri, który wrócił zza muru, stara Zełda… Podobno, ze strychów na Ciepłej i Ceglanej przeniosło się do lochu parę rodzin, i był wśród nich u Toebbensa człowiek, który zaklinał się na wszystkie świętości, że Felek Piorun zdążył przed Niemcami opróżnić schowek ze skór i zabrać przy okazji jakichś Żydów. Trzy dni miał wozić furą Żeleźniaka towar pod osłoną starych mebli i popsutych zegarów, brudnych pierzyn, tłumoków z odzieżą.
No, ale wacha też musiała chyba coś z tego mieć. (s. 371-372)
F, IV
Ostatni raz zobaczył dom jesienią. Kiedy w zupełnej ciszy pędzili ich przez wymarłą, spustoszoną dzielnicę, nigdy nie byli pewni, czy do roboty, czy prosto na plac przeładunkowy. Tego dnia kolumna zatrzymała się na Walicowie; mieli usuwać kozły żelazne zagradzające wylot uliczki i dźwigać je w gruzy, ciąć drut kolczasty nawinięty kłębami na szyny, a majster zabrawszy z sobą dwóch więźniów i strażnika udał się za mur. Ruiny chwiały się nad głową w powietrzu pełnym słońca i żółtego kurzu. Dawid patrzył w znajome okno wyciągając szyję, czekając. Stąd, z tego miejsca widzieli po południu patrol, który uważnie obchodził sienie w okolicy. Niemcy skradali się mocno uginając kolana, z wysuniętą do przodu bronią. Jeden kopnął drzwi do szopy, a drugi z gałganem i z bańką nafty stanął nie opodal. Ze środka dochodziło kichanie, długo bobrował, wreszcie znalazł wejście do piwnic pod pryczą Mordchaja i stosem uprzęży i musiał chyba całą wiązkę granatów cisnąć w głąb rujnując i zasypując dokładnie wylot. Zakurzyły się ruiny, zakołysały. Spod nóg miękko osuwało się usypisko. Ale szopa stała i wtedy zbliżył się drugi żandarm i oblał naftą gałgan; jeszcze obejrzał się, jak płonie stara buda, suche i spróchniałe dechy, zwietrzała i podarta papa, którą okryty był – wierzch. Cisnął bańkę z resztą nafty w otwarte drzwi, otrzepał kurz z munduru, postał chwilę i zawołał:
-Fertig.
Krótko po ich odejściu strażnik w ruinach oddał w górę pierwszą zieloną rakietę.
-Pożar! Pożar! Pali się-wołano. Ulicą biegli Niemcy z rękami na kołyszących się ładownicach. W popłochu pędzili więźniów do gaszenia. Kazali wszystkim rzucać narzędzia, szukać wiader, miednic; w jakiś czas póżniej nadciągnęła druga kolumna z warsztatów.
W ciągu godziny pożar ugaszono. Okazało się, że iskra z szopy padła na zbutwiałe zasłonki w oknie stróżówki i od tych zasłonek Ajzena zajęły się futryny i śmiecie. Woda z wiader chlustała przez okno i wyciekała schodami do sieni. Ogółem wypaliły się dwa mieszkania na parterze, stróżówka oraz pokój Mordarskiego na pierwszym piętrze. Długo jeszcze kazali Niemcy nosić wodę, deptać zetlałe gałgany, polewać dymiące ściany i tapety; jakiegoś Żyda dla żartu razem z miednicą wepchnęli kopniakiem w płomienie. Wybiegł stamtąd bez miednicy krztusząc się i kaszląc, ze spalonymi włosami. Na kolanach żarzyły się duże dziury, rosły i dymiły w miejscu, gdzie spodnie miał wypchnięte. A chodziło o to, że w pobliskich Halach były nagromadzone baki z paliwem i na placu Żelaznej Bramy urządzili Niemcy czasowo zajezdnię dla wojskowych ciężarówek. Gdyby tak benzyna zabuzowała? Więźniowie podsłuchali rozmowy żandarmów.
O szopie Mordchaja wiedzieli, ale nie chcieli nic wiedzieć o innych przełazach, o podziemnym korytarzu, o piwnicach, o zapasowym wyjściu ze składów starej mydlarni. Robili, co im kazano. Zburzony granatami i zasypany wylot odciął dostęp powietrza z tej strony, lecz nie dopuścił ognia w głąb lochu. A spopielona szopa runęła i okryła to miejsce stosem zwęglonych łat, z których sączył się dym i gorzki odór pogorzeliska. (s. 372-374)
ADRESY:
– Krochmalna 14/16/18, – Krochmalna 18, m. 20, – Krochmalna 20-25 (część wschodnia, między Rynkową a Ciepłą), – Krochmalna 32 (poczta, komenda Służby Porządkowej), – Krochmalna 42, – Krochmalna 59, – Krochmalna 92, – Krochmalna (przy Ciepłej), – róg ulic Krochmalna/Nowolipie, – Krochmalna/Plac Grzybowski, – róg ulic Krochmalna/Waliców,
TRASY:
– Trasa: Chłodna – Chłodna 29 – Krochmalna, – Trasa: Elektoralna – Solna – Leszno – Żelazna – Krochmalna – Waliców – Grzybowska 26/28 (standardowa droga prezesa Czerniakowa), – Trasa: Krochmalna – Belwederska 27, – Trasa: Krochmalna – Chałubińskiego – Plac Unii Lubelskiej – Belwederska 27, – Trasa: Krochmalna – Chłodna – Chłodna 17, – Trasa: Krochmalna – Żurawia,
Bibliografia
– Rachela Auerbach, Pisma z getta warszawskiego, wstęp i opracowanie Karolina Szymaniak, ŻIH, Warszawa 2016.
– Henryk Bryskier, Żydzi pod swastyką, czyli getto w Warszawie w XX wieku, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2006.
– Ludwik Hirszfeld, Historia jednego życia, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011.
– Abraham Lewin, Dziennik, wstęp i opracowanie K. Person, Warszawa 2016.
– Perec Opoczyński, Żydowski listonosz, w: Tenże: Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.
– Perec Opoczyński, Księga parówki, w: Tenże, Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.
– Leokadia Schmidt, Cudem przeżyliśmy czas zagłady, przedmowa i objaśnienia Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.
– Henryk Makower, Pamiętnik z getta warszawskiego. Październik 1940-styczeń 1943, Opracowała i uzupełniła Noemi Makowerowa, Ossolineum 1987.
– Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa 1983.
– Emanuel Ringelblum, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy. t. 29: Pisma Emanuela Ringelbluma z getta, oprac. J. Nalewajko-Kulikov, Warszawa 2018.
– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.



