STAWKI
Stanisław Gombiński
JA/ONI, II
„Zima – to mróz, jesień i wiosna – to błoto, lato – to kurz i smród. Ale i ulice ghetta mają swe kasty i stopnie. Sienna – to Aleje Ujazdowskie, kilka drzew dodaje uroku, ładne domy, czystość. Grzybowska – to pl. Teatralny, centrala władz, Leszno – to Marszałkowska z jej ruchem, handlem i gwarem. Reszta ulic nie potrzebuje i nie zezwala na porównania. Wołyńska i Stawki – to Wołyńska i Stawki. To tylko tyle, to aż tyle. Tu słońce cofa się przerażone, jego promienie nie pocieszają, nie dają otuchy, wyobrażają tylko straszną zgrozę. Kiedy ono się zjawia, widzi ludzi jak widma, widzi dzieci podobne do mar.” (s. 51-52)
ONI, III A (22.07.1942)
„Długie korowody ludzkie zmierzają na północ, gdzie w pobliżu wylotu „Dzika” znajduje się Umschlagplatz.
Umschlagplatz – jest to plac przeładunkowy, bocznica kolejowa od niedalekiego Dworca Gdańskiego; rampa, magazyny, położenie u krańców ghetta, wszystko to spowodowało, że plac stanowił odpowiednie i jedyne miejsce przeładunków, towarów do [dzielnicy] i z dzielnicy idących. Węgiel, drzewo [sic], drewno, żywność, towary podlegające przeróbce tam przechodziły, tam odstawiało getto swą produkcję, tam odbywał się cały oficjalny ruch towarowy. Od ul. Stawki przylegają doń jakaś szopa drewniana, jedna i druga, dalej dwa duże, nowoczesne budynki, wykończone w 1938 czy 39 roku, miały w nich mieścić się szkoły powszechne, do uruchomienia ich nie doszło. W 1940 roku, po zamknięciu ghetta, w większym i lepiej urządzonym budynku umieszczono oddziały zakaźne Szpitala Żydowskiego „Czyste” [Stawki 6/8], gdzie znajdują się wciąż, drugi budynek szkolny stoi pusty. Przed budynkami szkolnymi i szopami szeroki chodnik, kawałek jezdni jeszcze wolny – i mur, biegnący wzdłuż ul. Stawki aż do przekrzyżowania z ul. Dziką. Tu mur skręca pod kątem prostym i ciągnie aż do wylotu „Dzika”. Plac, biegnący między szopami i budynkami a murem, jest przedzielony na dwoje małym płotem z drutu kolczastego; ten plac, obie szopy drewniane, pusty budynek szkolny i mały dziedziniec za tym budynkiem ogrodzony znów murem od właściwego „Umschlag[u]” zostają oddane na cele wysiedlenia.” (s. 75-76)
ONI, III A (lipiec 1942 – pierwsze dni akcji)
„Pierwsze dni przebiegają trwożnie. Już oczyszczone wielkie skupiska, już zniknęły największe punkty uchodźców polskich, niemieckich, czeskich. Już wywieziono mieszkańców Domu Starców z Nowolipek – dawny Dom z Górczewskiej [istniejący do 1940 r. Dom Starców przy ul. Górczewskiej 9, dziś Wawelberga 10] – już nie ma Głównego Domu Schronienia dla Dzieci [ul. Dzielna 39], gdzie kilkaset sierot się znajdowało. Wywieziono starców, wywieziono dzieci. Wysiedlenie zaczyna działać systematycznie, w porządku ulic, nie sięgnęło jeszcze do centrum, operuje na peryferiach. Porządkowi grasują na Stawkach, Miłej, Lubeckiego, Ostrowskiej, Wołyńskiej, to daleko od Leszna, Żelaznej, Grzybow[ski]ej.” (s. 77-78)
ONI, III B (5/6.09.1942)
„W nocy z 5 na 6 września alarm innego rodzaju. Wszystkie bloki mieszkalne, wszystkie mieszkania, wszyscy ludzie zaalarmowani; wszyscy mają się ubrać, zabrać żywność na 2 dni i udać się do czworoboku zamkniętego ulicami: Smoczą, Gęsią, Zamenhofa, Stawkami. Do godz. 9 rano przeprowadzka ma się dokonać, wszystkie mieszkania winny zostać otwarte. Każdy znaleziony poza czworobokiem po godz. 9 dnia 6 września zostanie na miejscu zabity.
Prawie wszyscy idą, ale pewna część pozostaje w mieszkaniach. To ci, którzy nie mają wyjścia, którzy i tak, i tak nie widzą żadnej nadziei dla siebie. Starcy, chorzy, niezatrudnieni, nierzadko kobiety z dziećmi. Nie wszyscy: większość ich idzie do czworoboku, tylko mała część decyduje się pozostać. Ich najbliżsi żegnają ich na zawsze. (Wszyscy pozostali w mieszkaniach ocaleli. W opuszczonych przez dwa dni blokach nie było prawie żadnej kontroli.) Nie wierzą w swój powrót, nie wierzą, by – w wypadku powrotu – mieli się zastać przy życiu. Pożegnanie nie trwa długo; chce się przejść na miejsce, znaleźć jakiś kąt dla siebie i swoich, zabrać nieco żywności i najniezbędniejszej odzieży. A godzina 9 już bardzo niedaleko…
Cała ludność znajduje się już wewnątrz czworoboku, otoczona ze wszystkich stron. Wzdłuż ulic granicznych, środkiem jezdni, ciągnie się żywy mur; to placówki wojskowe Waffen SS, co 15-20 metrów rozstawione, trzymają straż. Jedna obręcz, złożona z Liwtwinów i polskich policjantów, trzyma straż na zewnątrz dawnych granic ghetta; drugą obręcz stanowią mury. Trzecia – wewnętrzna., ściślejsza – zaciąga się obecnie. Strategia bojowa według wszelkich prawideł sztuk; ta jakaś gra wojenna z zastosowaniem nowoczesnych przesłanek taktycznych, to słynny z komunikatów Naczelnego Dowództwa Kocioł, Kesselschlacht. Opracowanie i wykonanie zadania – celująco, bez zarzutu.
Wewnątrz kotła – ostatnia, wielka selekcja. Poszczególne shopy, pracownicy Gminy, Służba Porządkowa – każda grupa oddzielnie. Rusza shopy do selekcji: na oznaczonym odcinku ulicy ustawiają się rzędami, po sześciu, po ośmiu. Oto ustawiają się wzdłuż ul. Miłej, od Zamenhofa do Lubeckiego shopy Többensa, twarzą do ul. Zamenhofa. U wylotu na ul. Zamenhofa stoi Többens, stoi kilka SS-manów; wzdłuż Zamenhofa biegnie żywy łańcuch posterunków straży. Na dany znak ruszają, podchodzi do wylotu szóstka. W prawicach wysoko wzniesionych trzymają najnowsze, w ostatnich dniach po raz x-ty ostemplowane legitymacje firmy na znak, że oni są ci wybrani z wybranych, że przeszli wszystkie wewnętrzne selekcje, że są naprawdę pracownikami shopów. Podbiegają kilkadziesiąt kroków, stają. Többens nachylony do przodu, z pejczą [sic] w ręku, jednym rzutem oka przebiega legitymacje, znaczki, twarze; pejczą segreguje. Jedni – prostu, na zewnątrz posterunków, na odcinek mniejszych numerów Miłej, od Zamenhofa do pl. Muranowskiego biegnący. To wolność, to wyzwolenie. Po ukończeniu selekcji pójdą do swoich mieszkań, do swoich bloków z powrotem. Drudzy – na prawo, wzdłuż ul. Zamenhofa, wewnątrz obręczy strażniczej. To skazani, to Umschlag. Większość kobiet, każdy – kto z dzieckiem, starsze kobiety – bez wyjątku, wielu starszych mężczyzn. I tu odbywa się szmugiel, to szmugiel dzieci. W plecaku, w kocach przymocowanych do barków. Wielu mężczyzn szmugluje dzieci na sobie; ponieważ Többens i „Komisja” stoją po lewej stronie ul. Miłej, oni, nadciągający im naprzeciw, mają dzieci wzdłuż lewego boku umocowane, przywiązane pod płaszczem. Czasem podstęp się udaje: nie ma czasu na dokładną rewizję osobistą, na każdą szóstkę przypadają sekundy. Ale uratowane dzieci są rzadkością, przeważnie szmugiel się nie udaje.” (s. 111-112)
ONI, III B
„Pozostają ci, którzy odpadli [nie dostali „numerków na życie”]. Jeszcze nie idą na Umschlag, „zobaczy się”, co się z nimi zrobi. Mają oni zająć kilka domów na ul. Ostrowskiej i tam czekać wyroku.
Selekcja trwa przez niedzielę i poniedziałek, w poniedziałek [07.09.1942] o zmierzchu kończy się. Ale w domach czworoboku jeszcze pozostało tysiące ludzi, to ci, którzy – przekonani o bezcelowości stanięcia do selekcji – skryli się, pozostali w mieszkaniach. Przeważnie kobiety z dziećmi, starsi, dzieci, chorzy.
Posterunki stoją wzdłuż czworoboku nadal, we wtorek rozpoczyna się czyszczenie domów, przeczesywanie mieszkań, wyławianie kryjących się. Na zewnątrz czworoboku kręcą się porządkowi, furmani, cmentarnicy, biegną na ul. Zamenhofa, od Stawek, na Gęsią, na Lubeckiego, szukają jakiegoś słabego miejsca, próbują zmiękczyć, uprosić, przekupić posterunki, by wtargnąć do strzeżonej dzielnicy i wywieźć jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedną kobietę, jeszcze jednego starca. Zabiegi ich są czasem skuteczne. Wyciągają, szmuglują, wykradają: w wózkach cmentarnych, pod wozem, pod płaszczem. Ale jednocześnie dokonuje się oczyszczenia reszty domów, codziennie gromady ludzi są wyciągane i prowadzone na Umschlag.” (s. 113-114)
„Pozostają ci, którzy odpadli [nie dostali „numerków na życie”]. Jeszcze nie idą na Umschlag, „zobaczy się”, co się z nimi zrobi. Mają oni zająć kilka domów na ul. Ostrowskiej i tam czekać wyroku.
Selekcja trwa przez niedzielę i poniedziałek, w poniedziałek [07.09.1942] o zmierzchu kończy się. Ale w domach czworoboku jeszcze pozostało tysiące ludzi, to ci, którzy – przekonani o bezcelowości stanięcia do selekcji – skryli się, pozostali w mieszkaniach. Przeważnie kobiety z dziećmi, starsi, dzieci, chorzy.
Posterunki stoją wzdłuż czworoboku nadal, we wtorek rozpoczyna się czyszczenie domów, przeczesywanie mieszkań, wyławianie kryjących się. Na zewnątrz czworoboku kręcą się porządkowi, furmani, cmentarnicy, biegną na ul. Zamenhofa, od Stawek, na Gęsią, na Lubeckiego, szukają jakiegoś słabego miejsca, próbują zmiękczyć, uprosić, przekupić posterunki, by wtargnąć do strzeżonej dzielnicy i wywieźć jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedną kobietę, jeszcze jednego starca. Zabiegi ich są czasem skuteczne. Wyciągają, szmuglują, wykradają: w wózkach cmentarnych, pod wozem, pod płaszczem. Ale jednocześnie dokonuje się oczyszczenia reszty domów, codziennie gromady ludzi są wyciągane i prowadzone na Umschlag.” (s. 113-114)
„Jest 12 wrzesień [sic], sobota po południu, posterunki dokoła czworoboku, stojące tu nieprzerwanie przez przeszło sześć dób od niedzieli rano, zwijają się i odchodzą, czworobok jest wolny. Ludzie jeszcze własnym oczom nie wierzą, biegną do domów na Wołyńskiej, Ostrowskiej, Zamenhofa, Lubeckiego, Miłej, Niskiej, Stawkach, Smoczej, gdzie pozostawili swych bliskich. Szukają. Niemców ni sprzymierzeńców już nie ma, rozlega się wiele okrzyków radości i więcej, znacznie więcej, jęków rozpaczy.” (s. 118-119)
Perec Opoczyński
ONI, II D (czerwiec 1942)
„Handlarze i przechodnie na Wołówce [targowisko w rejonie ulic Pokornej i Stawek] ujrzeli dziś wzruszającą do łez scenę dowodzącą żydowsko-polskiej przyjaźni.
Na chodniku przy Lubeckiego stała pobladła Żydówka, którą obejmowała i bez przerwy całowała jakaś chrześcijanka. Ta ostatnia, nie przestając tulić Żydówki, wołała: „Zandowa, Zandowa… żyjesz? Nie zastrzelili cię? Co widzą moje oczy? To ty, Zandowa!…” Kiedy chrześcijanka doszła już do siebie, powiedziała Żydówce, że tam u nich wszyscy mówili, że Zandowa zastrzelona… Już ją opłakali, i często wspominali, i zastanawiali się, gdzie też się podziały jej dzieci.
Wreszcie i Żydówka zaczęła opowiadać, jak udało jej się uniknąć śmierci. Po tym, jak ją złapali po tamtej stronie, trafiła do aresztu w gettowym więzieniu, a było to wtedy, gdy zatrzymanych rozstrzeliwali całymi grupami za murem. Po krótkim czasie dostała wyrok śmierci. Otrzymała go na piśmie. A kto miał taki papier, wiedział, co go czeka. Z biegiem dni coraz bardziej wrastała w nią śmierć. Zandowa spodziewała się, że już niebawem ją rozstrzelają. Właśnie wtedy przeprowadzono konfiskatę żydowskich futer, po której 700 więźniom darowano życie. I tak pani Zand ze Stawek (jej mąż jest w niewoli) po trzech miesiącach więzienia i codziennym gotowaniu się na śmierć została uwolniona. Chrześcijanka z tej ogromnej radości, że znów zobaczyła swoją sąsiadkę, z którą przez lata żyła w wielkiej komitywie, nie chciała już ani handlować, ani niczego kupować. Rzekła tylko, że musi czym prędzej wracać do domu, żeby powiedzieć mężowi, dzieciom i wszystkim dawnym sąsiadom ze Stawek, że Zandowa żyje…” (s. 281)
ONI, II D (czerwiec 1942)
„W czasie poniedziałkowej strzelaniny na Stawkach [nieczyt.] zginął stróż Mojsze [nieczyt.], który właśnie zamiatał ulicę. Przy murze strzelano do szmuglerów i zabłąkane kule trafiły w [nieczyt.] stróża oraz w jeszcze innego Żyda, który tamtędy przechodził, wracając z ustępu.” (s. 282)
ONI, I
„[Po wrześniu 1939] Życie powróciło do prymitywnej formy sprzed tysięcy lat. Ludzie zatracili opory, wstyd i porzucili cywilizacyjne nawyki. Z ulic niósł się straszny smród. Północna część miasta, gęsto zaludniona przez żydowską biedotę, ulice: Stawki, Niska, Lubeckiego i inne, były tak zniszczone, że po trzy, cztery bloki mieszkalne naraz stały tam z oberwanymi schodami i wypalonymi wnętrzami. Z domów zostały tylko szkielety, jak ogromne straszydła. Ludność z okolic, przechodnie, którzy jakby umyślnie tam błądzili, uczynili z ruin ustęp. Wokół powstało śmietnisko, na które wyrzucano cały brud i wszystkie odpadki z zapuszczonych izb.” (Księga parówki, s. 363)
„Tu na Smoczej opłaca się uparte trzymanie domu w zamknięciu przez dwa, raz nawet przez trzy, a potem przez cztery tygodnie. Jakby nie dość tego wszystkiego, za miesiąc ów doktor znów może zechcieć zamknąć ten sam dom na Smoczej, Lubeckiego, Stawkach czy Krochmalnej. Mieszkańcy tych ulic to ludzie ubodzy, pogrążeni w rozpaczy, nie mają się komu poskarżyć. […] Nie zamyka się tylko pojedynczych domów, zamyka się pół, całą ulicę – po dwadzieścia, trzydzieści domów naraz. Na obu jej końcach stawia się płot, przy płocie policję, która rano wypuszcza za sowitą opłatą pracujących i handlujących.
Sąsiedzi w domu wzdychają i pojękują. Dzieci oblegają wyjście i czują się jak ptaszki w klatce. Ilekroć brama się otwiera, wykrada się przez nią kilkoro dzieci. Policjant przeklina, złorzeczy, krzyczy, ale wobec młodych jest bezsilny.” (Księga parówki, s. 375)
ONI, II
„Co im pozostało? Podrzucić dzieci czy je porzucić? Kazać pójść żebrać? Próbowały wszystkiego. Przecież wiele z takich sierot po prostu umarło z głodu. Wtedy przypomniało się o nich CENTOS-owi i zaczął je zbierać w określonych miejscach, często razem z dziećmi uchodźców, tymi zahartowanymi Żydziętami, które przeszły gehennę, wędrując z rodzicami zimą, w wielkie mrozy, z miasteczek, z których ich wyrzucono, do Warszawy. Do tych zaprawionych w biedzie dzieci miano, naturalnie, inny stosunek niż do tutejszych, warszawskich, już choćby dlatego, że znajdowały się w „punktach”, w tych słynnych punktach dla uchodźców w wielkich domach na Dzikiej (od numeru 1 do 19), Niskiej, Stawkach i innych, które są największymi siedliskami zakaźnych chorób.
Dzieci uchodźców w punktach trzeba było tylko zebrać w osobnych pokojach, i tak miały swój „dom”, w którym, tak jak dorośli, dostawali trochę chudej zupy z kawałkiem czarnego chleba, z czarną kawą słodzoną sacharyną.
Do tych właśnie dzieci uchodźców dołączono teraz dzieci ojców wysłanych na roboty przymusowe. Ale tej łaski nie mogły dostąpić wszystkie żony „obozowiczów”. I kiedy idziecie ulicą i widzicie młode kobiety z zapłakanymi oczami, stojące i żebrzące z dziećmi na ręku, proszące tak serdecznie, wzruszająco, to wiedzcie, że to są kobiety, których mężowie już od długich miesięcy są w obozach pracy przymusowej i jeśli dożyją one tego szczęścia, by zobaczyć swoich mężów, będą musiały wcześniej przygotować maści i bandaże do owijania ich spuchniętych od pracy po kolana w wodzie i błocie, pełnych pęcherzy nóg. Ale to się jeszcze nie stało, stoją więc i żebrzą na ulicach w imieniu swoich dzieci.” (Dzieci na bruku, s. 435)
Marek Edelman
ONI/JA, III B
„Dnia 6 września 1942 r. wszyscy pozostali przy życiu mieszkańcy getta zostają wezwani do stawienia się w obrębie ulic: Gęsiej, Zamenhofa, Lubeckiego, Stawki. Tu ma się odbyć ostateczna rejestracja. Ze wszystkich stron ciągną czwórkami masy ludzi. […] W małym czworoboku ulic skupia się cała ludność getta: robotnicy fabryk, urzędnicy Rady Żydowskiej, służba zdrowia, pracownicy szpitali (chorzy odsyłani są bezpośrednio na Umschlag). Każdej firmie niemieckiej oraz Radzie Żydowskiej Niemcy przyznają określoną liczbę pracowników, którzy mogą pozostać. Tym wybrańcom rozdawane są numerki. Numerki oznaczają życie.” (s. 41)
Adam Czerniaków
JA, II B
„Byłem na Stawkach. Obejrzałem dom dla uchodźców, obecnie pusty. Mieszkańcy (aryjczycy) rozebrali piece, kuchnie. Nie ma kanalizacji. A mieliśmy tu przeprowadzić do 66 pomieszczeń naszych uchodźców z Elektoralnej i gmachu Chinuchu, aby tamte lokale zająć na szkoły. Na tejże ulicy biedny kamasznik z żoną (starcy) mają pracownię w małym sklepiku. Przez ten sklepik przechodzi ludność na Niską. Nawet trupy się tędy przenosi. (s. 214)
Mary Berg
ONI; IIIA
22.VII.42’: „Dzisiaj policja żydowska zabrała z ulic wszystkich żebraków i opróżniła obozy dla uchodźców. Tych nieszczęśników zamknięto w wagonach towarowych bez wody czy żywności. Transporty wysyła się w kierunku Brześcia, lecz czy oni kiedykolwiek tam dotrą? Wątpliwe, by wszyscy ci przymierający głodem ludzie dojechali żywi do miejsca przeznaczenia – zginą w zamkniętych wagonach. W każdym wagonie stłoczono setki osób. Polski strażnik więzienny, który szeptem opowiedział nam o wszystkich szczegółach, miał łzy w oczach. Mieszka obok ulicy Stawki i był świadkiem straszliwych scen – ludzi zaganiano do wagonów pejczami, jak bydło. Dzisiaj otrzymaliśmy od wuja Abiego paczkę żywnościową, do której dołączył list. Na nasze szczęście wuj służy w policji, w przeciwnym razie nie wpuszczono by go na Dzielną. Krótka notka od niego wyraża rozpacz. Wuj nie godzi się z myślą, że jako policjant będzie musiał pomagać w deportacji, i myśli o zrezygnowaniu z pracy. Z drugiej strony jednak stanowisko chroni go przed wysiedleniem. Pyta nas, co o tym sądzimy” (s. 279).
Mietek Pachter
JA, II B (październik-grudzień 1941)
„[…] ogłosili znowu zmianę granic, ale tym razem nic nie dołączyli, ale odłączyli, oczywiście my jesteśmy na wokandzie. Cóż robić, tym razem było nam trochę lżej, bo już byliśmy przyzwyczajeni do tego. Wynajęliśmy pokój na Stawkach, ale myśmy już mieli szatańskie szczęście do mieszkań, był to mały pokoik i dużo wilgoci, a lokatorzy byli tacy kochani, że wolałbym w ogóle nie wychodzić z mieszkania, by te zakazane twarze nie widzieć, ale nie było innej rady. Cokolwiek zostawiliśmy w mieszkaniu, było dzielone na części, tamta była kleptomanką i w ogóle taka nieznośna, że w ciągu krótkiego czasu mieliśmy ją już po uszy” (s. 74)
JA, III A
„Rodzice przenoszą swoją siedzibę na Stawki, bo ich szop [OXACO] miał być tam urządzony. Urządzają się jakoś, my pomagamy im, przewozimy z naszego mieszkania ocalałe rzeczy i pościel, bielizna prawie pozostała w całości.” (s. 109)
JA, IV A
„Rodzice mieszkają znowu na Stawkach. Idziemy przez niezabudowany plac, by się jak najprędzej dostać do miejsca upragnionego. Jesteśmy na podwórzu. Wlatujemy szybko na schody, drzwi się same otwierają i staje w niej mamusia. Jednym skokiem jesteśmy przy niej, ściskamy się – wszystko w drzwiach, zapominamy, że można wejść do mieszkania. Nareszcie znajdujemy się w pokoju, siadamy wszyscy za stołem i jesteśmy znowu razem.” (s. 144-145)
ONI, IV A
„Szop, w którym rodzice są – OXACO – przeprowadza się na Szczęśliwą. Rodzice nie wiedzą, co mają uczynić, czy przeprowadzić się tam, czy też tu zostać. Robimy wspólną naradę, jakie teraz posunięcie mamy zrobić? To jest problem [do] dyskusji, wiemy, że nastąpi teraz znowu wysiedlenie, kiedy, nie wiadomo, ale jest to pewne, trzeba się zastanowić, czy przeprowadzać się do OXACO, czy też tu pozostać na miejscu [tj. na Stawkach]. Trudne pytania, a decyzja musi zapaść. Możliwości są takie, że niemcy będą chcieli zaskoczyć szop, by jak najwięcej ludzi stąd wydostać, a tymczasem tu będzie można się gdzieś skryć. Skryć… to niezła myśl, trzeba zbudować coś takiego, by można było się schronić w czasie niebezpieczeństwa. Postanawiamy, by tu zostać, a sprawą schronu trzeba się zająć, to jest niezła myśl, bierzemy się do tej pracy. Nad tym pracują ojciec, Sewek i wujek B[Benjamin]. Zrobili bardzo dobry plan, zamurowali część strychu i zrobili kombinacyjne wejście, było nadzwyczaj pomysłowo urządzone, i po kilku tygodniach robota była gotowa.” (s. 161-162)
ONI, IV B
„Spotykamy znajomych, którzy nam mówią, że z całego szopu zabrali rodziców moich i jeszcze jednego, bo mieszkali na „dziko”. Któż mógł wiedzieć, co nastąpi? Pech chciał, że na Stawkach była garbarnia Wajgla i Niemcom zależało na tej garbarni, bo oni robili kolosalne interesy i mieli dużo walut zagranicznych, to pociągnęło niemców i dlatego moi rodzice wpadli tak nieszczęśliwie.” (s. 222)
Halina Birenbaum
JA/ONI, III A (sierpień 1942)
„Nagle i całkiem niespodziewanie wjechało w ulicę kilka riksz — te wózki rowerowe były rozpowszechnionym środkiem lokomocji od momentu powstania getta. W rikszach tłoczyli się hitlerowcy, Ukraińcy i Litwini — „specjaliści” od polowania na Żydów… Struchleliśmy. Obława objęła naszą ulicę, Stawki i parę ulic sąsiednich.” (s.33)
„Wróciliśmy na strych, na Stawki. Odnalazłyśmy ciotkę, Halinę i Marka. Nie było końca uściskom podczas radosnego spotkania, jakbyśmy się nie widzieli od lat, jakbyśmy wróciły z tamtego świata.” (s. 41)
JA, III A (sierpień 1942)
„Wróciliśmy więc z Umschlagu na nasz śmierdzący strych, osierocone, niepewne jutra. Matka jeszcze bardziej zaczęła garnąć się do swojej siostry, jedynej, która jej pozostała z tak licznej rodziny…” (s. 42)
JA, III A (sierpień 1942)
„Drogę ze Stawek na Leszno odbywaliśmy wieczorem; wymarłe ulice, przed kilkoma tygodniami pełne ruchu i zgiełku, robiły wrażenie niesamowite. Zdawało się, że nawet kamienie domów, jezdni i chodników przesiąkły atmosferą hitlerowskich zbrodni.
Przemykaliśmy się pod murami. […] Wycieńczeni ciągłym przebywaniem na dusznym strychu, zataczaliśmy się na nogach jak po ciężkiej chorobie.” (s. 43)
JA/ONI, III A
„Po pewnym czasie porzuciliśmy mieszkanie na Nalewkach i nad ranem przedarliśmy się wraz z ciotką i Haliną na Stawki, do szopu, w którym pracował mój ojciec.
Była to fabryka butów wojskowych. Należała do Niemca Toebbensa.” (s. 26-27)
„O świcie z nieopisanym uczuciem strachu biegliśmy ulicami prowadzącymi z Nalewek na Stawki. Getto było puste, jakby wymarłe, najmniejszy szelest brałam za odgłos kroków hitlerowców czyhających wszędzie na naszą zgubę… Grozy dopełniał widok trotuarów i jezdni, w wielu miejscach poplamionych krwią przelaną w trakcie wczorajszej akcji. Jakże wymowne i straszne ślady!
Dotarliśmy jednak do celu bez żadnych przygód. […]
W szopie, gdzie także znajdowała się reszta rodziny matki, odetchnęliśmy z ulgą.” (s. 27)
Bogdan Wojdowski
F, I
„I pewnego dnia w oczach ludzi z tej i z tamtej strony zaczęli murarze murować mur na Żelaznej i Siennej, i Wielkiej, i przez Bagno, i Próżną, i Grzybów, i Graniczną, i plac Żelaznej Bramy do Hal, zamykając tak dzielnicę południową. I to było małe getto. A dalej mur ciągnął się Chłodną do Ptasiej, Przechodnią do Długiej, Mylną do Przejazdu, Świętojerską do Ciasnej, Koźlą na Przebieg, przez Pokorną, Stawki, Dziką i Okopy, zamykając dzielnicę północną. Tam było duże getto. A w poprzek ulicy Chłodnej w pobliżu kościoła Św. Karola stanął most drewniany i połączył obydwie odcięte linią tramwaju dzielnice”. (s. 44)
F, II
„W kamienicy na Stawkach nieduża karteczka pokryta ręcznym pismem i przyklejona do gołego muru u bramy, a później jeszcze inne dostrzeżone przez nich u wejść do oficyn ostrzegały włóczęgów i przechodniów, że na teren objęty kwarantanną wstęp jest policyjnie zabroniony. Weszli z bramy na czwarte piętro, aż pod sam strych. W powietrzu unosił się dokuczliwy odór lizolu, ekskrementów i długo nie mogli oswoić się z półmrokiem, potykając się na zasianej tynkiem, odartei z desek podłodze, aż na koniec, kiedy napływać zaczęły do ich oczu smugi trupiego światła, które z trudem przepuszczały do nory małe okna skryte za grubą zasłoną pajęczyn i kurzu, ujrzeli przed sobą spasionego, siwego szczura. Zamarł na ich widok pośrodku stołu, obok pustej, pogryzionej puszki po kawie, z ogonem w fałdach podartego obrusa, i wykonał ociężały, niezgrabny ruch, jak gdyby miał się na nich rzucić, a potem zsunął się ściągając obrus na ziemię i z krótkim piskiem poszorował wzdłuż ściany. Wtedy dopiero usłyszeli szelest i piski w półmroku, wyraźny ruch, skoki, szmer śmieci, gałganów i drobnych sprzętów, które na swej drodze szczury potrącały”. (s. 273)
F, II
„Wieczorem wuj Gedali bez worka wrócił z Okopów. Matka przed niskim taboretem mówiła:
– Chawa, Chawcia, zjedz odrobinkę zupy!
A na to ona:
-W żadnym wypadku, nie mogę. Ty sobie od ust odbierasz, kochanie.
Jadła szybko. Piła rzadką zupę prosto z miski, a potem rozejrzawszy się, czy nikt nie widzi, chyłkiem wycierała puste naczynie i ssała zwilżony palec, przymknąwszy oczy. Skurczona siedziała na tym taborecie koło kuchni z niepewnym uśmiechem na twarzy.
Przez parę dni zachowywała spokój; markotnie snuła się po mieszkaniu, z namysłem stawała w oknie, cicha, obojętna. A potem zaczęła uciekać i dwa razy przyprowadził ją ojciec z odległej dzielnicy. Kiedy po raz pierwszy zaczęła się przygotowywać do ucieczki, nie rozumieli jeszcze, co to oznacza, i nie protestowali. Długo pakowała swoją paczuszkę, zawijała w papier walizkę bez wieka, rozwijała. Wieczorem odnalazł ją ojciec na Stawkach. Po raz drugi uciekła, kiedy nikogo w domu akurat nie było, i zanim ją odnaleźli, minęły dwa dni. Zabiedzoną, zszarzałą, drzemiącą ze znużenia we wnęce bramy ujrzał wuj Gedali na Miłej. Kręciła głową, że nie chce wrócić, ale oporu nie stawiała. Razem z ojcem posadzili ją w rikszy, przywieźli na Krochmalną, położyli pod kocem na sienniku, a matka parzyła rumianek i poiła ją tym rumiankiem ze smutkiem zaglądając w jej mętne, granatowe oczy. Kiedy nabrała sil, uciekła jeszcze raz, widocznie w pośpiechu, bo węzełka swego nie zabrała.
Dwa tygodnie później Uri poznał paletko na Solnej. Mówił, że w pobliżu walała się ruda peruka. Ale kiedy poszli na Solną, już nie znaleźli nikogo-ulica była pusta, a Eliasz napotkany przy wozie zaklinał się długo, że ani rudej peruki, ani czarnego palta nie widział tego tygodnia na oczy”. (s. 275-276)
F, II
„Wielki plac wysypany był niegaszonym wapnem, wapnem wysypane były przejścia między starymi i rozdeptanymi grobami, doły obok usypisk świeżo wydobytej gliny w bieli, w bieli pogrążone były pnie ściętych cmentarnych drzew, mur i szopy przy bramie na Okopowej, którędy – z ulicy Pawiej i Kaczej, i Smoczej, i Gęsiej, i Żytniej, i Pokornej, i Miłej, i Niskiej, i Glinianej, i Dzielnej, i Żelaznej, i z Nalewek, i z Nowolipia, i Długiej, i Białej, i Orlej, i Solnej, i z placu Żelaznej Bramy, i Zimnej, i Mylnej, i Siennej, i Ciepłej, i Bonifraterskiej, i Świętojerskiej, i ze Stawek, z Walicowa, i Karmelickiej, i Kupieckiej, i Zegarmistrzowskiej, i Elektoralnej, i z Leszna, i z Przejazdu, i Krochmalnej, i Szczęśliwej, i z małego, i z dużego getta-furgonem konnym i wózkami ręcznymi, na pudłach z rowerowym pedałem, na odwróconych materacach, w workach z juty i w prześcieradłach żywi zwozili i znosili martwych z ich domów, z ulic, gdzie poniewierały się ich ciała, z ruin, gdzie przyklękli w ciężkiej godzinie, w czarnej godzinie swego życia, aby nie powstać więcej; znosili zwłoki tyfusowych, sczerniałe i wyschnięte na rzemień, o czaszkach nagich, obłażących z uwłosienia, i ci mieli tutaj pierwszeństwo; znosili tych, co padli na bruk udręczeni czerwonką, zzieleniałe szkielety, z których choroba wyssała ostatnie ślady krwi i limfy; znosili tych, co padli nagle i zwyczajnie z głodu, tak jak ich znaleziono zesztywniałych, do końca kurczowo zwiniętych, z podciągniętymi pod brzuch kolanami, sinych jak padlina zwierząt rażonych gromem, zmalałych i lekkich, zamotanych w kłęby zawszonych łachmanów, które były ich ostatnim odzieniem, koszulą śmiertelną. Na wielkim placu nie panuje melancholijna, skupiona cisza cmentarza; na wielkim placu nie ma już starych cmentarnych drzew. Klony, kasztany i brzozy wycięto, kamienie nagrobków zwalono na stos. Tymi kamieniami będą jutro brukować ulice i drogi i deptać stare imię, pod którym leżał Żyd. Teraz nie odmawia się nad umarłym modlitwy. Trupiarnia. Tutaj ludzi trzeba dołować, dołować, szybko dołować! Taki jest rozkaz władz. Zadołowani nie wejdą w drogę żywym, nie rozniosą chorób po mieście, nie będą wołać o chleb”. (s. 279-280)
ADRESY:
– Stawki 4 (Umschlagplatz), – Stawki 4/6 (rampa – Umschlagplatz), – Stawki 6, – Stawki 6/8 (szpital), – Stawki 9, – Niska 20/Stawki 21,
OBSZARY:
– Obszar: Getto Centralne (Gęsia/Franciszkańska/Bonifraterska/Muranowska/Pokorna/Stawki/Smocza), – Obszar: Gęsia/Franciszkańska/Smocza/Stawki/Nalewki, – Obszar: Nalewki/Miła/Gęsia/Smocza/Stawki/Zamenhofa, – Obszar: KOCIOŁ na MIŁEJ: Smocza/Gęsia/Zamenhofa/Stawki,
TRASY:
– Trasa: Karmelicka – Nowolipki – Zamenhofa – Stawki – Umschlagplatz,
![Ul. Stawki w kierunku Umschlagplatzu (Fot H. Jost, 1941). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]](https://nplp.pl/wp-content/uploads/2019/10/STAWKI-oólna-Ul.-Stawki-w-kierunku-Umschlagplatzu-fot-H.-Jost-1941-sygn.-JOST-068.-1016x1024.jpg)
Ul. Stawki w kierunku Umschlagplatzu (Fot H. Jost, 1941). [Fotografia pochodzi ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie.]
Bibliografia
– Stanisław Gombiński (Jan Mawult), Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, red. naukowa i wprow. M. Janczewska, Warszawa 2010, ss. 282.
– Perec Opoczyński, Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 31 Pisma Pereca Opoczyńskiego, oprac. M. Polit, Warszawa 2017.
– Perec Opoczyński, Dzieci na bruku, w: Tenże: Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.
– Perec Opoczyński, Księga parówki, w: Tenże, Reportaże z warszawskiego getta, przekład, redakcja naukowa i wprowadzenie M. Polit, Warszawa 2012.
– Marek Edelman, Getto walczy. (Udział Bundu w obronie getta warszawskiego), Warszawa 1945.
– Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa 1983.
– Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. M. Salapska, Warszawa 1983.
– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.
– Halina Birenbaum, Nadzieja umiera ostatnia, Oświęcim 2016.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.


