Pięć łatwych utworów? Co presuponują wczesne powieści Elizy Orzeszkowej
Dramatyczny przebieg ma wizyta u Wigdera Ryty Słabeckiej, siostry Tozia, kolejnego kompana Graby, młodego chłopca umierającego na gruźlicę po latach marnego, pustego życia. Ryta chce wykupić rzeczy zastawione u Wigdera przez brata. Przykra sprawa, bo futra, broszę, zegarek i pierścionki Tozio ukradł swoim kuzynkom, o czym Wigder wie, a co dla Ryty stanowi plamę na honorze rodziny. Powodzenie misji podjętej przez Rytę ma chronić dobre imię chłopca. Ryta nie ma gotówki, na dowód swoich możliwości finansowych przynosi własne klejnoty. Chce od Wigdera następującej transakcji: wyda jej rzeczy zastawione przez brata, ona w ciągu dwóch tygodni ureguluje zobowiązania wobec lichwiarza. Gwarancje są w tym przypadku dwie: słowo honoru dane przez dziewczynę oraz wartość klejnotów będących jej własnością. O dziwo, Wigder godzi się na rozwiązanie, którego nie przyjąłby od Tozia czy Stasia. Ryta przekonuje go siłą charakteru, lichwiarz wierzy w jej uczciwość i dojrzałość. Robi nawet komentarz, że to ona ma energię i odwagę męską, i to ona powinna nazywać się Teodor Słabecki, a jej brat panną Słabecką. Cóż z drugą gwarancją? Wigder wycenia klejnoty Ryty na 1500 rubli. Dziewczyna protestuje i mówi twardo, że biżuteria jest warta 2500 rubli.
– Skąd pani wiesz o tym? – zapytał Wigder.
– Przywykłam wiedzieć dokładnie, co posiadam, i przedmioty te ceniono w Dreźnie na sumę, którą przed chwilą wymówiłam, a jednak pan dobrze wiedzieć musisz, że tam tego rodzaju rzeczy tańsze są niż u nas. (PG 2, s. 250)
Jakże różni się Ryta od brata i jego kolegów! Stąpa twardo po ziemi, wykonuje działania wyprzedzające (wycena biżuterii), z krytycyzmem, ale i pobłażliwością dobrej córki patrzy na roztargnienie matki, która gubi połowę tego, co kupi, w której drzemie kapryśność dziecka, oczekującego od świata pociechy w postaci niepotrzebnych gadżetów i kolejnego męża.
Czy Orzeszkowa interesowała się ekonomią? Być może znała nazwisko Simonde’a de Sismondiego, bo kiedy zaczęła interesować się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych racjonalnymi prawami rozwoju społecznego i gospodarczego, posypały się informacje na temat tego historyka i ekonomisty. Interesująca opowieść o biografii Sismondiego, włączona do Kroniki paryskiej Zofii Węgierskiej, mogła wpaść w ręce pisarki i zaintrygować ją. Korespondentka „Biblioteki Warszawskiej” (1864, t. 1) zauważa, iż Sismondi, niepowiązany w tej relacji ani z ekonomią, ani z historią (jako autor 16-tomowej Histoire des républiques italiennes du Moyen Âge, 1807–1818), był ciekawszym człowiekiem niż pisarzem, że odznaczał się odwagą i poczuciem odpowiedzialności, kiedy próbował pomóc uchodźcom, uciekinierom francusko-austriacko-rosyjskiego frontu, przecinającego u progu XIX wieku Szwajcarię, że łączyła go niezwykle czuła relacja z matką; relacja, którą dzisiaj może nazwalibyśmy toksyczną, ale w XIX stuleciu cieszyła się atrybutem chwalebnego przywiązania do bliskiej osoby. O Sismondim mogła pisarka słyszeć też z innego źródła. Na Uniwersyteckie Wileńskim, w okresie, gdy rektorem był fizjokrata Hieronim Stroynowski, katedrą ekonomii kierował książę Adam Kazimierz Czartoryski, a samej pisarki nie było jeszcze na świecie, ale jej światły ojciec mógł zgromadzić informacje na temat lokalnych dylematów gospodarczych, poszukiwano wybitnego ekonomisty. W tym mniej więcej czasie Sismondi ogłosił swoją pracę De la richesse commerciale ou Principes d’économie politique (1803). Zaproponowano mu posadę uniwersytecką. Ekonomista, postawiwszy dość twarde warunki finansowe, przesłał do Wilna wymaganą w konkursie pracę, porównującą teorię François Quesnaya, fizjokraty, z teorią Adama Smitha, wiążącego bogactwo między innymi z pracą. Rektor Stroynowski mógł się wtedy przekonać, jak bardzo myślenie Sismondiego odbiega od podzielanych przez niego i elity wileńskie założeń teorii fizjokratów, i odmówił przyjęcia francuskiego ekonomisty do pracy. Co prawda, Węgierska podaje inną wersję wypadków: to matka, obawiając się rozłąki z synem, wyperswadowała mu, że Wilno nie jest dobrym wyborem. I to Sismondi miał zerwać rozmowy z uniwersytetem. Rozprawę konkursową, która mogła zrazić miejscowego czytelnika wyraźnym wskazaniem, że do upadku Polski przyczyniło się wciąż utrzymywane poddaństwo chłopów, przełożył na język polski Antoni Gliszczyński, ekonomista, autor wielu rozpraw na przykład o podatkach, według Jerzego Jedlickiego najbardziej burżuazyjnie myślący polski ekonomista tego czasu i entuzjasta industrializmu, i opublikował ją w „Pamiętniku Warszawskim”. Dzieło mogło więc wpaść po latach w ręce Orzeszkowej, tym bardziej że wrażliwość Sismondiego miała charakter nie tylko ekonomiczny, ale również społeczny, i niewykluczone, że przyciągnęła uwagę pisarki.

