Pięć łatwych utworów? Co presuponują wczesne powieści Elizy Orzeszkowej
Czy odsłonięcie warstwy presupozycyjnej ma zwykle tak wyraźny wpływ na interpretację powieści jak w przypadku Pana Graby? Oczywiście nie. Często to, co nienapisane wprost, odnosi się do spraw oczywistych, naturalnie rysujących się na horyzoncie; wiele powieści realistycznych wydanych po 1864 roku będzie nasuwać kontekst powstańczy, nawet jeśli nie znajdziemy w nich figur typowych dla mowy ezopowej. Pewien typ pisarzy jest szczególnie predysponowany do tworzenia presupozycji. To autorzy operujący moralnym lub ideowym, czasem się mówi tendencyjnym przesłaniem, idący w stronę uwznioślenia lub „zaokrąglenia” fabuły, by z lektury wynikało coś pożytecznego dla czytelnika. Orzeszkowa spełnia idealnie tę charakterystykę. Nie tylko Pan Graba, ale i Marta, i inne powieści „generują” mocną i – co równie ważne – zaskakującą, nieoczywistą sferę presupozycji. W przypadku Marty odnoszą się one nie tylko do zjawiska emancypacji kobiet, ale także do warunków ekonomicznych, które tę modernizację wymuszają i pośpieszają. Rok po opublikowaniu powieści ukazał się w „Tygodniku Mód i Powieści” artykuł autorstwa niejakiej T.S., tłumaczony z francuskiej prasy – Emancypacja kobiety w stosunku do socjalizmu i ekonomii politycznej[1]. Autorka odwołuje się do prac Heinricha von Sybla, Alberta Schäfflego, Wilhelma Georga Friedricha Roschera, Juliusa Fröbla, Pierre’a Paula Leroy-Beaulieu. Okazuje się, że emancypacja kobiet jest problemem ekonomicznym w równie mocnym stopniu jak zagadnieniem społecznym. Nie mam na myśli zarobków kobiet jako argumentu przemawiającego za podjęciem pracy poza domem. Przeciwnie, ekonomia dziewiętnastowieczna miała stosunek raczej niechętny do emancypacji kobiet (wyjątkiem był John Stuart Mill); opór wobec tej kwestii przełamywał się powoli i nie bez kłopotów. Napisana w tym okresie Marta jest pełna napięcia i złych spojrzeń. Dramatyzm powieści można więc poniekąd uznać za pokłosie debaty zarówno wokół emancypacji, jak i wokół ekonomii.
Wymieniony artykuł z „Tygodnika”, nie najlepiej napisany lub topornie przetłumaczony (spolszczony), albo jedno i drugie, wnosi do sprawy emancypacji kilka ciekawych uwag. Po pierwsze, odkłamuje się w nim sąd, jakoby powszechny, że emancypacja jest konsekwncją myśli socjalistycznej. Ani wspólnoty Henriego de Saint-Simona, ani osady Roberta Owena, ani też falanstery Charles’a Fouriera nie zakładają wolności właściwie rozumianej, twierdzi autorka. Nie zgadza się również z tezą, że wolność (na przykład rozporządzania sobą, a więc i podejmowania pracy) w przypadku kobiet oznacza co innego niż w przypadku mężczyzn. Jeśli praca zawodowa kobiet oznaczałaby rozpad rodziny i w związku z tym należałoby jej zakazać, to wniosek płynący z tych restrykcji byłby jeden: połowy gatunku ludzkiego nie objęłyby zdrowe zasady ekonomii politycznej, nowa kapitalistyczna ἐπιστήμη (episteme), naruszając w ten sposób podstawy dziewiętnastowiecznego liberalizmu w duchu Johna Stuarta Milla, który wyraźnie patronuje temu artykułowi.


